Jak Marzena i Marcin swój ogród zakładali, cz. I

Rozpoczynamy nowy cykl o powstawaniu ogrodu. W tym roku o swoich doświadczeniach będą opowiadać Marzena i Marcin, którzy uciekli z centrum Warszawy, by zamieszkać wśród zieleni. W kolejnych numerach podzielą się z nami radościami, ale też problemami płynącymi z posiadania i urządzania własnej działki.
Mamy przyjaciół, którzy kilka lat temu postanowili wyemigrować ze stolicy do podwarszawskiej wsi. Kiedy jechaliśmy do nich po raz pierwszy, jeszcze na plac budowy, droga wlokła nam się w nieskończoność. Patrzyliśmy na siebie i pytaliśmy: "w jakie krzaki oni się wyprowadzają i po co?". My nie zrobimy tego nigdy! Jednak życie weryfikuje poglądy i nasze "nigdy" po kilku wizytach na ich ustronnym hektarze, wśród kojąco szumiących łąk, zmieniło się w wyraźne "jak najszybciej". Najtrudniejsze, czyli podjęcie decyzji o wyprowadzce z miasta, było więc za nami.

Dwa motorki

Oboje dużo pracujemy. Do domu zdarza nam się wracać późno, a i weekendy niechętnie spędzamy "w miejscu zamieszkania" - wolimy góry niż miasto. Czy dla takich latawców posiadanie domu ma sens? W końcu, ile my w nim czasu spędzimy? - zastanawialiśmy się. Górę wzięła jednak niechęć do oglądania za oknem sąsiedniego bloku, słuchania przez sufit odgłosów cudzych imprez. No i im więcej przybywało nam przedmiotów potrzebnych do uprawiania naszego podróżniczego hobby, tym bardziej marzyliśmy, by w kolejne wspaniałe wyprawy wyruszać nie z 7. piętra 15-piętrowego wieżowca, lecz z własnego garażu. A kiedy ostatni trawnik przed naszym blokiem zamieniono w dziesiąty parking w okolicy, powiedzieliśmy: "Koniec!" i... usiedliśmy nad kalkulatorem.

Kosztowna decyzja

Już wstępna analiza kosztów sprawiła, że zaczęliśmy poważnie myśleć o budowie. Okazało się bowiem, że dokładnie za te same pieniądze możemy mieć stumetrowe mieszkanie w stanie surowym w Warszawie, lub ponad dwustumetrowy dom pod klucz (!) i to z działką! Dodatkowo, w ramach promocji, w komplecie z domem dostaje się od natury dziką przyrodę, las, świeże powietrze i ciszę

Raj na ziemi

Nim kupiliśmy tę wymarzoną działkę, przez pół roku zjeździliśmy dwadzieścia potencjalnych lokalizacji. Żaden z pozostałych kawałków gruntu nie spełniał naszych - wcale nie wygórowanych - oczekiwań. Miał być tylko ładnie położony, z dobrym dojazdem do Warszawy, otoczony miłymi sąsiadami i... tani. Niby niemożliwe, a jednak. Bo w końcu znaleźliśmy nasz rajski kawałek ziemi. I choć mówiono nam, że nim się działkę kupi, trzeba ją obejrzeć we wszystkich porach roku, myśmy naszą pokochali w paskudny, jesienny dzień - latem mogła być tylko piękniejsza! I tak było. Wylądowaliśmy w niewielkiej wsi, która leży w otulinie Kampinoskiego Parku Narodowego. 30 km dzielących ją od centrum Warszawy pokonujemy samochodem zaledwie w pół godziny.

Nasza działka

Powierzchnia - 800 m kw. Działka jest prostokątna - 20x40 metrów, ustawiona idealnie wzdłuż lini północ-południe. Dom stanął w północnej części działki, z tarasu jest widok na południe.

Sąsiedzi - z dwóch stron trwają budowy, z trzeciej (na szczęście najbardziej widokowej) nie dzieje się nic, z czwartej jest droga.

Gleba - gliniasta

Stan wód - niski, nie sprawia problemu. Większym kłopotem jest słaba przepuszczalność gruntu - deszczówka długo stoi.

Istniejąca roślinność - łąka i ani jednego drzewa.

Ogrodzenie - całość ogrodziliśmy siatka pod koniec budowy. W czasie budowy betoniarki miały bezproblemowy wjazd na teren.

Kampinoski piasek pustyni

Dom postawiliśmy w dziesięć miesięcy. Projekt wybraliśmy w katalogu gotowych (honorarium architekta wyniosło tysiąc zamiast 10 tysięcy zł.). Szukaliśmy takiego, który pasowałby i do nas i do otoczenia. I tak jest, ma też duży garaż, szpejownie i drewniany taras, na którym do późna celebrujemy śniadania letnią porą. Otynkowaliśmy go w kolorze pustyni - żeby dobrze nam się kojarzył z wyprawami do Afryki. A gdy wracamy z dalekiej podróży wciąż przypomina nam o przeżytych przygodach.

Afganistan za progiem

Był długi majowy weekend 2002 r, gdy mały busik z naszymi nielicznymi meblami zaparkował na podjeździe wymarzonej posesji. Po niedługiej, lecz jednak zawsze stresującej budowie byliśmy bardzo szczęśliwi, zmęczeni, ale i... niedoinwestowani. Garstka mebli rozeszła się po domu, i nadal wyglądało tak, jakbyśmy się nie wprowadzili. A każde wyjście na taras przypominało o wydatkach, jakie jeszcze nas czekają - czyli urządzenie ogrodu. Bo na działce nie rosło nic. Dosłownie nic! Natomiast pełno było gruzu, desek, rozlanego betonu, wystających resztek prętów zbrojeniowych i rur kanalizacyjnych. Ziemię mamy gliniastą, więc koszmaru poruszania się po naszym wymarzonym terenie dopełniały kałuże stojące tygodniami pomiędzy fantazyjnie usypanymi górkami pobudowlanego piachu. Było dla nas obojga jasne, że w pierwszym roku mieszkania na wsi musimy się przyzwyczaić do tych widoków, niczym do migawek z Kabulu, pokazywanych wówczas często w telewizji.

Nie mieliśmy wtedy już pieniędzy na zatrudnienie ludzi, którzy pomogliby nam się z tym uporać, a sami hmm, jakby to powiedzieć, nie mamy w sobie zbyt wielkiej misji rolniczej. - Nie poczuliście jeszcze zewu chłopa-siewcy - podsumowała nasz stosunek do ziemi przyjaciółka z sąsiedniej wsi, też uciekinierka z Warszawy.

Jedyne na co wystarczyło nam sił i środków, to wyjazd na wakacje. Trzy tygodnie wśród dziczy francuskiej Prowansji dało nam nie tylko odpoczynek, lecz również uświadomiło, że nie wszystko w ogrodzie musi być poukładane, wyrównane i przycięte pod linijkę. Że krzywe i nierówne także bywa piękne.

Napalm w płynie

Kiedy przyszły letnie dni, spośród szczątków budowy buńczuczne łby natychmiast zaczęły wychylać chwasty. Mieszkamy wśród pól (między żytem a ziemniakiem) i nieużytków, nic więc dziwnego, że wszystko co żywe i co rozsiewa nasiona postanowiło wykiełkować przed naszym tarasem. Gdy chaszcze sięgnęły po pachy, powiedzieliśmy: "dość!". I udaliśmy się do ogrodnika po "napalm w płynie", czyli herbicyd wyniszczający wszelką roślinność do gołej ziemi. Dwa tygodnie po rozpyleniu na działce nie było ani jednego zielonego chwastu. Zebraliśmy je dzięki ofiarnej pomocy rodziny i ustawiliśmy w stos. Ach, co to był za płomień! Rodzina tak się rozochociła, że w prezencie kupiła nam kilka krzaczków i zrobiła z nich klombik. Trzy pospolite gatunki umieściliśmy wprost przed oknem, tak by choć z jednej strony działka wyglądała na uprawianą. Klombik miał być tymczasowy - do kiedy nie zrobimy prawdziwego ogrodu. - Wiosną się przesadzi - mówiliśmy. Akurat! Nigdzie się już nie ruszył, a reszta przyszłych prac była projektowana z myślą o jego zachowaniu.

Drzewobranie

Ocknęliśmy się jesienią - przecież to ostatni moment, by posadzić drzewa! Początek był świetny, bo miłorząb japoński, sosnę kalifornijską i ozdobny mały świerk dostaliśmy od przyjaciół i kolegów z pracy. Zaś w październiku wydaliśmy 1,5 tysiąca złotych na kilkanaście drzew w donicach, kupionych na chybił trafił w pobliskim centrum ogrodniczym. Przytargaliśmy klon czerwony (bo był najwyższy w sklepie), dwa jawory (bo imponujących rozmiarów i w bardzo dobrej cenie), kilka jarzębin (bo lubimy je my i lubią je ptaki - szczególnie wczesną wiosną), bambus (bo mrozoodporny), śliwę (bo ozdobna), sumaka (bo koślawy i pewnie by go wycięli), świerk (bo srebrny) i platan (bo przypomina nam ukochaną Prowansję i widzieliśmy oczami wyobraźni siebie pijących w jego cieniu wino). Sadziliśmy je w okrutnej, typowo polskiej aurze - deszcz ze śniegiem padał poziomo, więc spieszyliśmy się potwornie. - W ostateczności wiosną je poprzesadzamy - mówiliśmy. A gdy już myśleliśmy, że tej jesieni już więcej drzew nam nie przybędzie, nasz przyjaciel przywiózł kolejne, ze swojej działki. Po ich posadzeniu nasz ogród wyglądał tak, jakby był wytyczany przez ślepego konika szachowego błąkającego się po szachownicy.

Pytanie: "Co z tym zrobić?" spędzało nam sen z powiek. Czarę przepełniło... błoto. Gdy po raz kolejny w drodze z domu do komórki na drewno wlało się Marcinowi górą do butów, podjęliśmy strategiczną decyzję. "Gdy tylko przyjdzie wiosna, wokół domu muszą być i porządne ścieżki i jakiś ład w nasadzeniach". Tym razem, nauczeni doświadczeniem, postanowiliśmy skorzystać z pomocy fachowca. Na przełomie lutego i marca umówiliśmy się więc z ogrodnikiem

Krzysiek bierze nas w garść

Krzysiek niemal od razu wydusił z nas, czego właściwie oczekujemy od przyszłego ogrodu. Chcieliśmy, żeby był łatwy w utrzymaniu i by porastały go nie wydumane, popularne rośliny. Żadnych rabatek warzywnych, żadnych wyszukanych krzewów dla snobów. Jedyną ekstrawagancją były duże drewniane donice na kwiaty przed tarasem.

Po tygodniu Krzysiek wrócił z naręczem kolorowych odręcznie narysowanych projektów. Był to plan i kilka widoków naszego ogrodu z różnych miejsc: z tarasu, sprzed wejścia do domu itp. Wszystkie rysunki pokazywały coś, czego wcześniej nie byliśmy stanie sobie wyobrazić, a mianowicie jak to będzie wyglądało za kilka lat, gdy wszystkie rośliny już się rozrosną.

Więcej o: