Dom, w którym nie brakuje miłości

Liliana Jampolska
05.07.2010 12:00
A A A

Fot. Andrzej Szczepański

W rodzinnym domu dziecka najważniejsza jest atmosfera. Nieważne jak wygląda, jakie są w nim meble i wyposażenie. Jednak chciałoby się, żeby do swej szczególnej roli był dobrze przygotowany.
Rodzinny dom dziecka państwa Edyty i Pawła Wiszniewskich działa zaledwie od lutego 2003 roku. Jest to segment wybudowany w latach 80. przez rodziców pani Edyty. Znalazło w nim schronienie sześcioro dzieci w wieku od trzech do trzynastu lat. Czworo z nich to rodzeństwo.

Syn państwa Wiszniewskich - Łukasz - nazywa już nowe dzieci swoim rodzeństwem. Początki nie były dla niego łatwe - przez 11 lat wychowywał się sam, aż tu nagle taka zmiana! Wiedział o planach rodziców i zaakceptował je, ale potrzebował czasu, aby się przyzwyczaić do "chaty pełnej dzieciaków". Teraz traktuje je jak prawdziwy brat.

Dla rodziców założenie rodzinnego domu dziecka to także ogromna zmiana, można powiedzieć - epokowa.

Prawdziwy, rodzinny zamiast pogotowia

Tak się złożyło, że kiedy trzy lata temu państwo Wiszniewscy sprowadzili się do segmentu, zaledwie dwa domy dalej powstało właśnie pogotowie opiekuńcze. Cała rodzina szybko zaprzyjaźniła się z sympatycznymi sąsiadami. Przez kolejny rok wszyscy żyli złożonymi problemami podopiecznych pogotowia. Współczuli i pomagali, jak tylko mogli. Pokrzywdzone dzieci, wyczuwając przyjaźń, lgnęły do sąsiadów spragnione ciepła i uczuć.

Pewnego dnia rodzice Łukasza zadali sobie pytanie: a może i my założylibyśmy takie pogotowie?

Przez kilka miesięcy rozważali za i przeciw. Najbardziej obawiali się, że nie podołają rozwiązywaniu trudnych problemów dzieci, że nie udźwigną ogromu nowych obowiązków, że nie wytrzymają psychicznie. Wiedzieli już przecież, że do takich miejsc trafiają dzieci po strasznych przejściach. W końcu zgłosili się jednak do siedziby Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, a wkrótce potem ukończyli kursy przygotowujące do utworzenia pogotowia opiekuńczego. Kiedy już stali się wykwalifikowanymi opiekunami, nastąpił niespodziewany zwrot wydarzeń.

Zgłosiła się do nich osoba z miejskiego ośrodka pomocy społecznej i zaproponowała, żeby zamiast pogotowia opiekuńczego (w Łodzi jest ich dostatecznie dużo) założyli rodzinny dom dziecka. Przekonywała, że bardziej pomogą dzieciom, gdy te będą mogły u nich mieszkać aż do osiągnięcia pełnoletności. Bo dla osamotnionych dzieci prawdziwy dom to przecież największy skarb.

Po zaledwie dwóch godzinach rozmowy państwo Wiszniewscy podjęli życiową decyzję - stworzą u siebie rodzinny domu dziecka.

Trudy urządzania domu dla małej rodziny...

Segment stawiany kilkanaście lat temu przez spółdzielnię mieszkaniową przeznaczony był dla czteroosobowej rodziny. Rodzice pani Edyty przejęli go w stanie surowym i wykańczali metodą gospodarczą. Ojciec do śmierci samodzielnie wykonywał wiele prac: stawiał ogrodzenie, wylewał posadzki, powoli wyposażał wnętrza. Jednak z braku materiałów (było to w czasach stanu wojennego), a później funduszy wykańczanie domu postępowało bardzo powoli. Ponieważ rodzice finansowali to z zakładowych pożyczek, po śmierci męża mama pani Edyty zupełnie zaprzestała działalności na budowie. Wznowili ją dopiero córka z mężem i to oni małymi krokami wykonali niezbędne prace. Założyli centralne ogrzewanie, samodzielnie położyli podłogi z desek na piętrze oraz glazurę i terakotę w kuchni i łazience, pomalowali wnętrza.

W 2002 roku rodzinne gniazdo miało wyposażony parter - gdzie mieszczą się sień, kuchnia, łazienka i duży pokój dzienny - oraz pierwsze piętro z trzema pokojami. Choć trzeba było jeszcze osuszyć zawilgocone piwnice, ocieplić ścianę sąsiadującą z kolejnym segmentem stojącym nadal w stanie surowym, istniało już wygodne lokum dla ich małej rodziny.

... a potem dla znacznie większej

Piętrowy, podpiwniczony budynek o powierzchni 270 m2 (z garażem) został zakwalifikowany jako schronienie dla sześciorga dzieci. Żeby jednak mogły w nim zamieszkać, rodzina musiała najpierw uporządkować sprawy administracyjne - przeprowadzić odbiór techniczny budynku oraz przygotować go na przyjęcie małych lokatorów.

- Wszystkie podstawowe czynności przeprowadziliśmy błyskawicznie - opowiadają rodzice. - Wiedzieliśmy, że dzieci już na nas czekają. Zupełnie nie zrażało nas, że będziemy musieli oddać im swoją sypialnię, a mama, która do tej pory mieszkała z nami, znowu będzie musiała nocować w mieszkaniu w bloku.

Decyzja o utworzeniu rodzinnego domu dziecka całkowicie zmieniła planowane zagospodarowanie pomieszczeń. Państwo Wiszniewscy postanowili, że wszystkie dzieci zamieszkają w pokojach na piętrze, a oni sami będą spali w pokoju dziennym. Mama pani Edyty miała wrócić do swojego mieszkania aż do czasu, kiedy zostanie zaadaptowany nieużytkowany dotąd strych.

Na potrzeby gromadki małych dzieci kupiono odpowiednie meble: do kuchni - dużą narożną ławę, stół i krzesła, do pokojów na piętrze - regały, składane łóżka i biurka.

One już mają dom

Pierwszy 17 lutego 2003 roku trafił do nich trzyletni Piotrek. Można go nazwać dzieckiem uśmiechu, tak bardzo jest pogodny - uśmiech ani przez chwilę nie schodzi z jego buzi.

Cztery dni później pojawiło się rodzeństwo w wieku cztery, pięć, sześć i osiem lat. Czwórka zestresowanych, zastraszonych dzieci. Nie odzywały się, bały się pytać i prosić o cokolwiek. Potem dołączyła do nich 13-letnia Magda.

Już w pierwszych dniach państwo Wiszniewscy zauważyli, że dzieci są bardzo zaniedbane - że muszą być pod opieką psychologa, że trzeba leczyć ich wady wzroku i natychmiast zaprowadzić wszystkie do dentysty. Lekarze stwierdzili, że dwoje z nich wymaga stałej opieki psychiatry, i skierowano je do szkoły specjalnej.

Rodzice przyznają, że choć czuli się teoretycznie przygotowani, początkowo problemy po prostu ich przerosły. Byli zszokowani losem i stanem maluchów. Nieprzyzwyczajeni do tak licznej gromadki, do której trzeba po kilka razy wstawać w nocy, przez pierwsze tygodnie czuli się bardzo zmęczeni. Nie dość, że zasypiali na stojąco, to jeszcze musieli radzić sobie z kłopotami dzieci w szkole. Bywało, że kilka razy dziennie jeździli tam na wezwania nauczycieli.

Dziś nie wstydzą się powiedzieć, że mieli chwile zwątpienia. Przez krótki czas było trudno, ale potem na szczęście wszystko się uporządkowało i zorganizowało. Odkąd dzieci poczuły się kochane i bezpieczne, zaczęło się prawdziwe życie rodzinne. Oni sami nauczyli się radzić z ogromem zajęć, choć pan Paweł musiał zrezygnować z pracy. Między godz. 7 a 9.30 rano rozwozi dzieci do przedszkola i odległych od siebie szkół, potem robi zakupy, załatwia sprawy na mieście, a następnie zwozi wszystkich podopiecznych z powrotem do domu.

Małżeństwu pomaga mama pani Marty - Zofia Bojan - emerytowana położna. Jej doświadczenie z małymi dziećmi bardzo się teraz przydaje.

Dom trzeba zmieniać

Po kilku miesiącach od powiększenia się rodziny widać już, że należy jak najszybciej zaadaptować strych. Rodzice liczą się z tym, że niedługo nie będzie możliwe utrzymanie obecnego podziału pokoi (wypracowywanego przez cały pierwszy miesiąc metodą prób i błędów). W przyszłości chłopcy nie będą mieszkać razem z dziewczynkami, dlatego w planach jest wygospodarowanie na poddaszu trzech pokoi dziecinnych z łazienką. Dla starych członków rodziny pozostanie pierwsze piętro. Gospodarze wrócą do swojej dawnej sypialni. Mama będzie znowu miała własny kąt.

Pan Paweł już teraz myśli o wstawieniu na strych stołu do gry w ping-ponga, a kiedy chłopcy podrosną - także atlasu do ćwiczeń. Rozważa również wersję zorganizowania sali ćwiczeń w piwnicy po jej osuszeniu.

Pani Edyta marzy o doinwestowaniu kuchni, bo jak na taką gromadkę ma za mało szafek. Przydałaby się także zmywarka, choć młoda pani domu od razu zastrzega, że to tylko dla jej wygody, bo to w sumie zbędny luksus. Na razie wszystkie te marzenia muszą zaczekać. Najważniejsza jest dla wszystkich adaptacja strychu. Rodzice konsultowali już projekt z inspektorem nadzoru. Wiedzą, że czeka ich zmiana pokrycia dachu, ocieplenie całego poddasza, postawienie ścianek działowych, budowa łazienki, a potem wykończenie i wyposażenie nowych pomieszczeń. Jednak na to wszystko brakuje funduszy.

A przecież bardzo ważną sprawą jest też zmiana samochodu. Kiedy najmłodsze dzieci chciały pójść do zoo, oboje uświadomili sobie, że przecież wszyscy nie wejdą do jednego osobowego samochodu. Bez odpowiedniego środka lokomocji trudno będzie organizować wspólne wycieczki czy dalsze podróże.

Jednak... choć w domu wielu rzeczy brakuje, widać od razu, że dzieci są szczęśliwe. Zaczynają być ciekawe świata, wokół panuje wesoły harmider, słychać śmiech i odgłosy zabawy. Nowi mieszkańcy zawładnęli już całą przestrzenią, a rodzice żartują, że dla nich została tylko kuchnia. Widać, że dzieci zaczynają kochać nowe gniazdo rodzinne - kiedy maluchy wracają z miasta, z daleka wołają: - Już widać nasz kochany domek!

Dzieci są w nowej rodzinie stosunkowo krótko, jednak z dnia na dzień zmieniają się na korzyść. Obserwowanie tych pozytywnych zmian jest największą radością państwa Wiszniewskich.

- Wiemy, że nasze dzieci przeszły już w życiu tyle, co niejeden dorosły - mówią. - Widać, jak wiele dla nich znaczą uczucie, spokój i bezpieczeństwo. Jesteśmy radzi, że możemy im to dać. To dla nich ważniejsze niż lepsze warunki mieszkaniowe.

Od redakcji

Nawet gdyby było w Polsce tylko jedno takie dziecko, którego nie potrafią kochać własny ojciec i matka, za wszelką cenę warto szukać sposobu, by mu pomóc. Najlepsze, co można zrobić dla takiego osamotnionego malucha czy nastolatka, to znaleźć mu prawdziwy dom. Może nim być Rodzinny Dom Dziecka, w którym może się znaleźć mimo przeszkód formalnych czy niewyjaśnionej sytuacji prawnej. Idea takich domów jest tak oczywista i piękna, że postanowiliśmy ją wspomóc naszym Konkursem na Rodzinny Dom Dziecka. Liczymy, że jego plon ułatwi tworzenie takich domów w całej Polsce. Wierzymy też, że będą chętni, by takim domom pomagać. Miło nam już teraz podziękować firmie Rockwool Polska, która przekaże państwu Wiszniewskim wełnę mineralną na ocieplenie poddasza.

Zobacz także
  • Numer 8/2003

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX