Niezwykły dwór pod Tatrami

Tekst Andrzej Markowski, Zdjęcia Joanna Siedlar
06.08.2010 12:00
A A A
Wiele osób, oglądając zdjęcia dworu w Wysokiej, pyta o kraj, w którym zostały zrobione. Trudno uwierzyć, że w Polsce są jeszcze takie miejsca
Ten dwór, położony na ponad pięćsetmetrowym wzgórzu, jest opisany w starych dokumentach przechowywanych na Wawelu jako "rezydencja pańska z kamienia i cegły na wapnie murowana o jednym piętrze ze sklepami dwoma i piwnicami dwiema pod temi murowanemi". Z okien renesansowej budowli rozciąga się na cztery strony świata jeden z najpiękniejszych widoków w Polsce. Łagodny zarys wzgórz Beskidu Żywieckiego przechodzących w rozległe doliny znaczone pasmami lasów, poprzedzielanych gdzieniegdzie kępami drzew i krzewów upodabniają tę krainę do ogromnego, romantycznego ogrodu angielskiego. A w tle bukolicznego pejzażu rysują się poszarpane, pokryte płatami śniegu granie Tatr.

Zobacz galerię zdjęć Dworu pod Tatrami



Historia nie byle jaka

To z pewnością właśnie piękno tego miejsca, poza dogodnym położeniem, musiało skłonić fundatorów do wzniesienia tu dworu obronnego. Do dnia dzisiejszego zachował się czytelny układ renesansowego założenia ogrodowego, z charakterystycznymi osiami widokowymi. Pozwalają one bez przeszkód kontemplować urodę górzystego krajobrazu.

Dwór jest związany ze wsią Wysoka położoną przy drodze z Jordanowa do Spytkowic. Pierwszy raz nazwa ta pojawia się w dokumentach pochodzących z 1581 roku. Właściciele osady zawsze wywodzili się z zasłużonych i szacownych rodzin: Sierakowskich, Stadnickich, Larnischów, Wąsików. Ostatnimi, którzy tu gospodarowali, byli Żeleńscy herbu Prawdzic. W 1944 roku władza ludowa pozbawiła ich własności i zabroniła przebywania w odległości mniejszej niż 50 km od skonfiskowanego majątku. Przez pewien czas we dworze działała szkoła podstawowa. Później, do początku lat 80. ubiegłego stulecia, zabytek był użytkowany przez Biuro Podróży i Turystyki "Almatur" Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, który doprowadził budowlę do ostatecznej ruiny. Po kilku latach Almatur opuścił budynek. Jeden z nielicznych dworów obronnych w Polsce wydawał się skazany na zagładę.

Zabytek w dobrych rękach

Los okazał się jednak łaskawy. Podobnie zresztą jak dla państwa Pilchów - obecnych właścicieli dworu, którzy z radością i entuzjazmem odkrywców kupili ruinę.

- To wewnętrzna potrzeba włączenia się w nurt pokoleń, chęć przywrócenia do życia tego, co zaświadcza o rodzinnej historii, a co wydawało się bezpowrotnie utracone i zapomniane, przywiodła nas na Wysoką - mówi Antoni Pilch. Jego sięgające głęboko w rodzinną przeszłość zainteresowanie tradycją (podobnie jak i małżonki) określiło gusty, zamiłowania i dążenia obecnego współwłaściciela Wysokiej.

Pochodzący z Przemyśla (rocznik 1949) wychowywał się w inteligenckiej rodzinie żyjącej w kręgu starej galicyjskiej kultury łączącej harmonijnie pierwiastki polskie i ukraińskie, a także wielu innych południowo-wschodnich nacji. W zwyczaju było wspólne muzykowanie, czytanie na głos książek, słuchanie opowieści oraz dyskusje przy biesiadnym stole. Po ukończeniu liceum w Przemyślu Antoni Pilch wstąpił do Akademii Muzycznej w Krakowie. Zanim stał się entuzjastą muzyki renesansowej, był zwolennikiem awangardy w jej agresywnym wydaniu (włącznie z wyrywaniem strun z gitary). Został jednak lutnistą. Jedynym i pierwszym od stuleci w Polsce. Stan wojenny zastał go na studiach w angielskim Royal College of Music. Po ich ukończeniu wrócił do kraju. Wkrótce związał się z ludźmi "Solidarności" z kręgu kultury niezależnej. W pracowni przy krakowskim placu św. Marka organizował koncerty muzyki dawnej, śpiewu, recytacji, a potem spektakle teatralne. Jedną z uczestniczek tych spotkań była Anna Madeyska, wtedy studentka teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, prywatnie prawnuczka Henryka Sienkiewicza, w nieodległej przyszłości żona Antoniego Pilcha. Już wspólnie w piwnicy przy ul. Kanoniczej podjęli udaną próbę organizowania wieczorów muzyki renesansowej. Tak powstało Bractwo Lutnicze.

- Chodziło nam o wskrzeszenie wspólnoty w duchu tradycji sięgającej przeszłych wieków, kiedy to kultura była częścią zwyczajnego, codziennego życia - opowiada pani Anna. - Tak bywa jeszcze niekiedy na wsi.

Piwnica okazała się wkrótce za ciasna do realizacji zamierzeń. Potrzebna była siedziba odległa od wielkomiejskiego zgiełku, pozwalająca na bezpośredni kontakt z przyrodą, a jednocześnie zakorzeniona w przeszłości. Takim miejscem mógł być tylko staropolski dwór jako doskonały wzór symbiozy natury z kulturą.

Długo trwały poszukiwania odpowiedniego obiektu. Małżonkowie odwiedzili dziesiątki budowli wskazanych przez konserwatorów.

- To były same beznadziejne przypadki - wspomina pani Anna. - Czuliśmy się tak, jakbyśmy dotykali żywych ran. To był świat skazany na zagładę, na niebyt i niepamięć. Szukaliśmy jednak nadal. Zależało nam po prostu na tym, by ocalić choćby jeden z tych dworów.

Tak trafili do Wysokiej. I mimo zniechęcającego widoku ruiny, braku doświadczeń budowlanych, a także pieniędzy postanowili niczego już nie szukać. Musieli zatem odłożyć swoje artystyczne plany na później i zabrać się do odbudowy posiadłości kupionej od gminy - na szczęście za niewielką sumę.

- Zanim jednak przystąpiliśmy do owych prac, uznaliśmy za konieczne uzyskanie zgody dla dalszych poczynań ze strony spadkobierców dawnych właścicieli - mówi pan Antoni.

- To był dla nas problem natury moralnej. W rezultacie uzyskaliśmy ich pełną aprobatę. Na dodatek okazało się, że są oni spowinowaceni z moją żoną Anną.

Przywracanie świetności

Odbudowa dworu (bo trudno nazwać to remontem) trwała półtora roku. Przy tej skali zniszczeń, a równocześnie braku doświadczeń i niezasobnej kasie rodzinnej należy uznać to za doskonały wynik.

- Mieliśmy dużo szczęścia do właściwych ludzi - mówi pani Anna. - Bardzo dopomógł nam dobrą radą zaprzyjaźniony inżynier konstruktor z krakowskiego PKZ Roman Stopa, bywalec naszej piwnicy. Miejscowi fachowcy, a tylko ich zatrudnialiśmy, również okazali się świetnymi majstrami. Otrzymaliśmy też materialne wsparcie w formie pożyczki od Fundacji Batorego. Ostatecznie, doceniwszy nasze osiągnięcia budowlane, umorzono obie transze w wysokości po 1000 dolarów każda.

Na jakość i tempo robót miała niewątpliwy wpływ stała obecność właścicieli, którzy zamieszkali w jedynym pomieszczeniu z sufitem, czyli w dawnym i obecnym salonie.

W pracach rekonstrukcyjnych starano się zachować (a tam, gdzie należało - odtworzyć) to wszystko, co stanowiło o urodzie budownictwa sprzed wieków - m.in. grubość murów i masywne stropy. Stosowano się też do zaleceń pana Romana, który utrzymywał, że konstrukcję trzeba dociążać, a nie odciążać. Dlatego odrestaurowane wielkie piwnice robią takie wrażenie i zachowują stałą temperaturę 120C. Wymieniono też stolarkę drzwiową i okienną, odtworzono stropy, położono posadzkę, tynki i nowy dach.

Przywrócono dawny układ wnętrza. Przez drzwi frontowe idzie się do obszernej sieni przechodzącej w dwutraktowe schody na piętro. Po lewej stronie znajduje się salon, po prawej - kuchnia z częścią jadalną. Sień i salon są przekryte sklepieniami kolebkowymi z lunetami, a kuchnia - drewnianym stropem z belek. Drzwi są ozdobione barokowymi obramieniami kamiennymi. Na piętrze mamy podobny układ pokoi, z tym że po lewej stronie holu umieszczono dwie sypialnie, po prawej zaś gabinet-bibliotekę. Wszystkie pomieszczenia z wyjątkiem pokoi sypialnych mają identyczną wielkość 50 m2. Na poddaszu znalazło się jeszcze miejsce na trzy niewielkie pokoje gościnne.

Wnętrze sprawia wrażenie zamieszkanego od pokoleń. W ciągu kilkunastu lat udało się państwu Pilchom zgromadzić wiele mebli i przedmiotów pochodzących z zasobów rodzinnych, kupionych okazyjnie bądź ofiarowanych przez znajomych i przyjaciół. Nie tworzą one jednorodnego stylistycznie wnętrza, pochodzą bowiem z różnych epok, przynależą do kultury szlacheckiej, mieszczańskiej i chłopskiej. Wśród tych sprzętów rozmaitej proweniencji znajdują się przedmioty znacznej artystycznej wartości, jak choćby XVIII-wieczny kredens z zakrystii kościoła w Orawce (usunięty podczas zmiany wystroju wnętrza) czy szafka babci Madeyskiej zdobiąca bibliotekę. Konglomerat form uzupełniony o liczne zabytkowe instrumenty muzyczne (bądź ich kopie), z przewagą lutni, tworzy smakowitą wizualnie i w pełni użytkową całość, odległą od muzealnych skojarzeń.

Drzwi szeroko otwarte

W takim kształcie dwór z Wysokiej spełnia wymagania stawiane mu przez państwa Pilchów, będąc od lat ośrodkiem - a zarazem miejscem animacji - życia kulturalnego regionu. Działa tu fundacja Lutnia Staropolska utworzona w celu "prowadzenia studiów nad kulturą i muzyką dawną, upowszechniania ich żywotnych wartości oraz dla ochrony dziedzictwa i zabytków staropolskiej kultury duchowej i materialnej". Powołana przez nią do życia Akademia Lutni propaguje muzykę renesansową ze szczególnym uwzględnieniem utworów znakomitego polskiego twórcy tamtej epoki Mikołaja Gomółki.

Odbywają się tu spotkania poświęcone XVI- -wiecznemu repertuarowi muzycznemu, technikom wokalnym, a także podstawom filozofii, której związki z muzyką były wówczas bardzo bliskie. Na ten m.in. temat pisze pracę doktorską współwłaścicielka Wysokiej. Ponadto związki Antoniego Pilcha ze Wschodem owocują międzynarodowymi seminariami, w których uczestniczą nasi zabużańscy pobratymcy, organizowanymi przy wsparciu Fundacji Batorego, Fundacji Kultury, Fundacji dla Polski oraz Ministerstwa Kultury. Utworzony międzynarodowy zespół wykonuje dawną muzykę śpiewaną po polsku, rosyjsku i litewsku. Zupełnie jak w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Działalność państwa Pilchów nie ogranicza się do sfery muzyki. We dworze kultywuje się dawne obrzędy, organizuje jasełka, dialog o Zmartwychwstaniu Pańskim, walkę postu z karnawałem. Uczestniczą w nich okoliczne dzieci oraz wielu przyjezdnych. W tych działaniach biorą również udział dzieci właścicieli dworu. Dziewiętnastoletni Karol śpiewa basem, rok młodsza Zuzanna - sopranem, a dwunastoletni Józio ma według pana Antoniego wszelkie zadatki na przyszłego gospodarza Wysokiej. Czteroletnia Ludwika na razie uczy się śpiewać.

Wiele zamierzeń państwa Pilchów znalazło szczęśliwy finał. Wyremontowali dwór, trzeba jeszcze tylko ozdobić główne wejście renesansowym portalem i ewentualnie wznieść narożną basztę zwyczajowo przynależną dworowi obronnemu. Sprowadzili i postawili w jego sąsiedztwie dziewiętnastowieczny drewniany budynek skazanej na rozbiórkę dawnej szkoły w Naprawie. Pozyskali również starą kuźnię z przeznaczeniem na garaż. Dokupili też łąkę na południowym stoku przylegającym do dworu.

- To fragment tarasowego, renesansowego ogrodu, któremu zamierzamy przywrócić dawny kształt - mówi pan Antoni.

Łąka dochodzi do krawędzi lasu świerkowego mającego powierzchnię 400 hektarów zwanego Zwierzyńcem.

- A to znaczy, że był tu rajski ogród na ziemi - dodaje. - Zachowały się w nim ledwie już widoczne linie ścieżek, kaskady strumieni, staw. Jest szansa, że przy współpracy z leśnictwem można by zrobić z niego piękny park, do którego przyjeżdżaliby ludzie z całej Polski.

Należy mieć tylko nadzieję, że fortuna będzie nadal sprzyjała właścicielom Wysokiej, bo wyobraźni i woli działania z pewnością im nie zabraknie.

Autor korzystał z książki Henryka Urbanowskiego "Gorczańska dziwożona", Wydawnictwo Krytyki Artystycznej "Miniatura", 30-307 Kraków, ul. Barska 13

Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX