Dom na Czerniakowie - jak mały Belweder

Tekst Liliana Jampolska, zdjęcia Włodzimierz Okoński
05.07.2010 12:00
A A A
To losy właścicieli przydają domowi wartości. Szkoda, że historie polskich domów są często tak dramatyczne, jak ta opowiedziana poniżej. Może kolejne lata dworku na Czerniakowie będą w końcu spokojniejsze?
Historia domu zaczyna się w roku 1925, kiedy dziadkowie pani Kasi - Anna i jej mąż Przemysław Podgórski, za swoje rozliczne zasługi odznaczony krzyżem Virtuti Militari oraz Polonia Restituta - zakupili na ówczesnych peryferiach Warszawy działkę o powierzchni 700 m2, aby zbudować na niej rodzinny dom.

Znany architekt Władysław Borawski poproszony o zaprojektowanie budynku nawiązał do najlepszych wzorów budownictwa polskiego. Kierując się przekonaniem, że architektura Mazowsza powinna pasować do nizinnego krajobrazu i jednocześnie pełnić funkcje reprezentacyjne, zaproponował dom stylizowany na dworek polski, ale o zwartej bryle, z łamanym dachem.

Przewrót majowy

Budynek stanął już w 1926 roku, jednak gospodarze nie zdążyli się nim dobrze nacieszyć, kiedy go stracili - dom został ostrzelany, a następnie zburzony prawie do fundamentów podczas pamiętnych wydarzeń majowych. Właściciele nie załamali się tym i tak szybko, jak to było możliwe, odbudowali rodzinne gniazdo według pierwotnych planów. Dom stanął po raz drugi.

Wkrótce sprowadziła się tutaj matka pani Katarzyny - Maria - oraz trójka jej rodzeństwa. Nastąpiło kilka szczęśliwych i w miarę spokojnych lat. Jednym z większych wydarzeń w życiu rodziny stał się ślub Marii z Tomaszem Piskorskim (w roku 1927). Wiąże się z nim zabawna historia utrwalona nawet w zapiskach prasowych. Wybranek pani Marii piastował w tamtym okresie funkcję komendanta Głównej Komendy ZHP, więc jego podkomendni zgotowali młodej parze nie lada przyjęcie - ustawieni w szpaler wzdłuż ulicy Książęcej wiwatowali, wznosząc okrzyki - Komendant jedzie! Zamieszanie zmyliło przechodniów, którzy myśląc, że chodzi o marszałka Piłsudskiego, zbiegli się tak tłumnie, że musiała interweniować policja.

Wybuch wojny

Wkrótce państwu Piskorskim urodziły się dwie córki. Jedna z nich to pani Katarzyna - obecna właścicielka domu.

Od najmłodszych lat obie dziewczynki wiele czasu spędzały u dziadków na Czerniakowie; były świadkami i uczestniczkami kolejnych dramatycznych wydarzeń w życiu domu. Już w pierwszych dniach II wojny światowej willa dziadków została zbombardowana i ostrzelana przez wojska niemieckie. Zapadł się wtedy narożnik budynku i cała ściana frontowa. Jak mówi rodzinna opowieść, jeden z pocisków wpadł do pokoju jadalnego, przeleciał wzdłuż, uderzył w rozsuwane drzwi między salonem i jadalnią, rykoszetem odbił się w salonie od marmurowego stołu, przy którym podobno siedział kiedyś Napoleon Bonaparte (stół pochodził z dawnego majątku pod Warką), a w końcu wpadł do łazienki i "utopił się" w wannie. Pamiątką po tamtych zdarzeniach są zachowane do dziś drzwi, uszkodzone wówczas przez buszujący po domu niewybuch.

Czas okupacji

Dziadkowie z dużym trudem wyremontowali zrujnowany dom, w którym wkrótce znalazło schronienie wielu członków bliższej i dalszej rodziny. Wśród nich znalazła się też Maria z córkami. Jednak ciężkie wojenne doświadczenia miały dopiero nadejść.

Najpierw dom opuścił ukrywający się przed Niemcami dziadek. Potem w roku 1940 zginął zastrzelony przez Rosjan w Charkowie ojciec pani Kasi - Tomasz Piskorski. Wkrótce na Majdanku został spalony żywcem wuj pani Kasi - Jurek. Drugi wuj, również prześladowany przez Niemców, cudem przeżył wojnę; mąż ciotki - Janek - przeszedł przez Pawiak, a potem został zamknięty w obozie dla cudzoziemców. W 1941 roku aresztowano babcię pani Kasi - Annę Podgórską. Spędziła sześć strasznych miesięcy na Pawiaku.

Powstanie Warszawskie

Dramatyczne wypadki nie załamały członków rodziny - pani Katarzyna opowiada, że nawet siostra i ona - dwie kilkuletnie dziewczynki - uczestniczyły w działaniach "małego sabotażu", licząc Niemców na posterunkach. Nic więc dziwnego, że wszyscy w domu z nadzieją czekali na wybuch planowanego Powstania. Małoletnia Kasia, wychowywana przez dziadków i rodziców - harcerzy i patriotów - cieszyła się, wołając: - Babciu, nareszcie będziemy się bić!

Kiedy żołnierze AK zwrócili się z prośbą o udostępnienie budynku na potrzeby Sztabu Czerniaków oraz punktu sanitarnego i obserwacyjnego (z okien widoczne były: Solec, Powiśle, Jeziorko Czerniakowskie, Wisła oraz teren po kościół św. Katarzyny i Królikarnię), nikt z rodziny się nie wahał. Matka pani Kasi, łączniczka Powstania, aktywnie uczestniczyła w walkach ulicznych. Trzaskały drzwi, ciągle ktoś wchodził i wychodził. Z budynku widać było walki na barykadach i płonącą Warszawę.

Niestety, piątego dnia Powstania sąsiad - Niemiec o nazwisku Lange - doniósł, że w domu Podgórskich jest Sztab AK. Niemieccy żołnierze obrócili więc działo stojące w alei Sobieskiego w stronę ich budynku i ostrzelali go. Mieszkańcom udało się schronić w piwnicy, ale zostali zasypani gruzem. Sąsiedzi odkopali ich dopiero na drugi dzień - na szczęście wszyscy byli cali i zdrowi. Poważnie jednak ucierpiał budynek - zniszczony został cały dach, a pod jego ciężarem zarwał się strop nad holem.

Po upadku Powstania rodzina ze względu na swoje bezpieczeństwo musiała opuścić dom. Pani Maria z córkami została oddelegowana przez władze powstańcze na Śląsk, gdzie działała w organizacji "Rodło".

Czasy PRL-u

Zrujnowany budynek na Czerniakowie zajęli dzicy lokatorzy. Właścicielki nie porzuciły jednak myśli o powrocie. Porządkowanie spraw domu (remont po ostatnim bombardowaniu i eksmisję lokatorów) rozpoczęła babcia. W 1946 roku pierwsza wróciła do Warszawy. Pani Maria z córkami pojawiły się w nim rok później, kiedy wreszcie znalazł się dla nich wolny kąt.

Pełen obcych ludzi dom remontowały sposobem gospodarczym - etapami, zaciągając na ten cel pożyczki. Najgorzej wspominają naprawę dachu - żeby dało się ją przeprowadzić, wszyscy mieszkańcy poddasza musieli się zmieścić na parterze. Ciasnota była straszna, ale podczas remontu wydarzyło się też coś radosnego - odnalazło się ukryte na strychu pod dachówkami pudełko z pistoletami, z których wedle przekonania właścicieli "strzelał się" i zginął Puszkin. Ten niezwykły prezent, który Tomasz Piskorski otrzymał przed laty od hrabiego Wodzińskiego, jakimś cudem przetrwał nienaruszony na zrujnowanym i splądrowanym strychu. Nietrudno wyobrazić sobie radość rodziny z odzyskania cennej pamiątki. Dziś pani Kasia przechowuje pistolety w depozycie bankowym jako jedną z najcenniejszych rodzinnych relikwii.

Niechcianych lokatorów rodzina wyprowadzała z domu ponad 30 lat. Ostatnia lokatorka opuściła budynek w 1981 roku.

Jednak kręte losy historii znów nie pozwoliły domownikom prowadzić spokojnego życia. Kiedy ogłoszono stan wojenny, pani Kasia zaangażowała się w działalność solidarnościową. W domu zaczęła pracować drukarenka i odbywały się spotkania ludzi związanych z "Solidarnością". Mieszkańców nie ominęły więc przeszukania i zarekwirowanie sprzętu.

Ostatnie lata

Nadeszły lata 90. Dom, wpisany już na listę zabytków, wymagał poważniejszych napraw. Na domiar złego w piwnicy pojawiła się woda.

W 1993 roku pani Kasia przy wsparciu rodzinnego "sponsora" rozpoczęła generalny remont. Najpierw osuszono istniejące piwnice, które dotąd zajmowały jedną trzecią powierzchni parteru. Potem za namową architekta i po uzyskaniu zgody konserwatora zabytków rozbudowano je tak, by wykorzystać miejsce pod całym budynkiem. Przy okazji sprawdzono stan fundamentów i dolnych odcinków ścian. Były w niezłej kondycji, ale dla zabezpieczenia ich przed wodą poprowadzono wokół domu opaskę drenującą. Nad piwnicami wylano strop żelbetowy. Następnie wyremontowano również drewniany strop nad parterem. W większości pomieszczeń wymieniono podłogi.

Na naprawę czekał jeszcze dach. W końcu pani Kasia zdecydowała się na jego generalny remont, chociaż musiała go już finansować bez wsparcia, z własnej emerytury. Prace ciągnęły się więc blisko trzy lata, ale z jakim efektem! Nie tylko wymieniono krokwie, deskowanie, papę i dachówkę, ale przede wszystkim przywrócono dachowi kształt zgodny z przedwojennym projektem (po wojnie w trakcie prowizorycznego remontu skrócono okapy, co wpłynęło niekorzystnie nie tylko na wygląd budynku, ale i na kondycję murów). Teraz szerokie jak dawniej okapy pozwalają odpływać wodzie daleko poza obręb ścian domu.

W porównaniu z remontem dachu odnowienie elewacji budynku było już tylko zabiegiem kosmetycznym. Pani Kasia zabrała się do tej pracy w roku 2002. Uzupełniono ubytki w tynku, mury pomalowano na beżowy kolor, a gzymsy i obramowania okien - na biało. Dom został też solidnie ocieplony, dzięki czemu nikt nie marznie na poddaszu.

Wpisany do rejestru zabytków znowu wygląda jak Mały Belweder na Czerniakowie.

Zobacz także:

Mały Belweder na Czerniakowie - galeria zdjęć



Zapisz się na NEWSLETTER. Co tydzień najnowsze wiadomości o budowie, remoncie i wykańczaniu wnętrz w Twojej poczcie e-mail: Zobacz przykład



Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX