Stary dom na Mazurach

Tekst i stylizacja Magda Kazimierczuk, zdjęcia Michał Skorupski

Stare domy zazwyczaj kupuje się z myślą o wakacjach. A gdy się w nich zamieszka, jakoś trudno ogłosić koniec sezonu - wakacje wydłużają się i wydłużają... I już nikomu nie chce się wracać do miasta na dłużej, niż to konieczne.

UWAGA ! PONOWNA PUBLIKACJA ZA ZGODA WLASCICIELI !
Fot. Michał Skorupski
Zawsze najbardziej lubili spędzać wakacje na Mazurach. Nie ciągnęły ich ani zatłoczone bałtyckie plaże, ani też wydeptane górskie szlaki. Jak zgodnie przyznają wszyscy członkowie rodziny, Mazury urzekły ich swoim spokojem, krajobrazami i zapachami już na zawsze.

Prawie dwadzieścia lat temu przypadkiem trafili w okolice Mikołajek. Znaleźli się w jednej z okolicznych wsi, położonej pośród zalesionych wzgórz, jezior i łąk. Jej zabudowania ciągnęły się malowniczo wzdłuż piaszczystej drogi.

We wsi był jeden sklep, jeden "ohap" (Ochotniczy Hufiec Pracy), którego członkowie pracowali przy wyrębie lasu, i jedno strome zejście do jeziora. Miejsce to urzekło ich tak bardzo, że rzucili za siebie grosik i wypowiedzieli w myślach życzenie: Będziemy wracać tu w każde wakacje. Tak też się stało. W myśl przysłowia, że dla chcącego nic trudnego.

Poszukiwania miejsca na osiedlenie się nie trwały długo. Szybko udało się znaleźć ładne stare gospodarstwo i wkrótce wraz z przyjaciółmi, którzy również ulegli urokowi miejsca, kupili we wsi murowany dom z towarzyszącymi mu zabudowaniami gospodarczymi - oborą i stodołą, a do tego trzy piękne jabłonki, krzak kaliny oraz bzy pod płotem. Tak szybko, jak to tylko było możliwe, przystąpiono do remontu i adaptacji starego gospodarstwa na miejsce letnich wypadów za miasto.

W trosce o wygodę

Prace remontowe trwały dobrych kilka lat. Jak to bywa ze starymi budynkami, właściwie wszystko wymagało poprawek i odświeżenia, a niektóre elementy - po prostu gruntownego remontu. Najwięcej pracy było z przystosowaniem poddasza do celów mieszkalnych. Trzeba było wymienić część belek stropowych i ślepą podłogę z desek, a w dachu umieścić dwie warstwy waty mineralnej. Przełożono także stare pokrycie z dachówek, ale ponieważ wymieniono przy tym tylko te, które były zniszczone, dach nie stracił pierwotnego uroku. Żeby powiększyć przestrzeń poddasza, gospodarze wzbogacili bryłę o dwie rozbudowane lukarny.

W budynku nie było bieżącej wody, nie istniało więc też odprowadzenie ścieków. Na podwórku stała po prostu studnia, a za stodołą - sławojka. Początkowo kąpiele odbywały się w ogromnej, niebieskiej misce lub w jeziorze opodal domu, ale z czasem nowi właściciele zdecydowali się doprowadzić wodę do budynku.

W piwniczce pod salonem zamontowano pompę elektryczną, która ciągnie wodę ze studni, a także bojler, który wodę podgrzewa. Na piętrze urządzono wygodną łazienkę z toaletą, prysznicem i umywalką. Wodę doprowadzono także do kuchni. Oczywiście zrobiono też porządne szambo.

W kuchni gotowało się z początku na starym murowanym palenisku, opalanym węglem lub drewnem. Później nowi właściciele zdecydowali się na wstawienie bezpieczniejszej i wygodniejszej kuchenki elektrycznej.

Ogrzewanie domu też przerobiono na elektryczne - grzałki wstawiono w stare piece kaflowe. W ten sposób domownicy zapewnili sobie wygodę, a i uroda wnętrz nic nie straciła. Jak za dawnych lat można przy piecu wysuszyć ubranie, gdy w drodze znad jeziora złapie kogoś ulewa. W domu jest zresztą jeszcze jedno źródło ciepła. To przepiękna kaflowa koza, która ogrzewa i zdobi poddasze. Jak podkreślają właściciele, stare mury wiosną i jesienią długo trzymają ciepło, latem zaś dają przyjemny chłód.

Dom dla dwóch rodzin

Dom jest stosunkowo duży, nie było zatem kłopotu z podzieleniem jego przestrzeni na dwa oddzielnie funkcjonujące gospodarstwa. Zmiany ułatwiło jeszcze zaadaptowanie poddasza, które do tej pory służyło za mieszkanie jedynie nietoperzom. W części dawnego strychu urządzono sypialnie dzieci znajomych naszych gospodarzy, które z czasem stały się także sypialniami dzieci ich dzieci. Reszta obszernego pomieszczenia przypadła w udziale opisywanej rodzinie.

Na parterze, żeby zyskać dodatkowe miejsce, zrezygnowano z dawnego frontowego wejścia "dla gości" i na miejscu przedsionka urządzono malutką sypialnię, do której przylega malowniczy ganeczek. Gdy koguty z sąsiedztwa pieją zapamiętale, właśnie na tym ganku nasi gospodarze zasiadają do porannej kawy. Drugie drzwi wejściowe - od strony podwórza - znacznie poszerzono, a przed nimi dobudowano obszerny drewniany ganek wejściowy, ocieniony dzikim winem. Parter, podobnie jak poddasze, również został podzielony na dwie strefy wpływów, tak by dwie gospodarujące tu rodziny mogły funkcjonować, nie przeszkadzając sobie wzajemnie.

Salon na poddaszu

Zachwyceni urodą poddasza gospodarze zdecydowali się nie dzielić swojej części na pokoje, ale właśnie tu urządzić główny salon. Tym bardziej że to stąd rozciąga się najpiękniejszy widok na okolice. Uroku wnętrzu dodaje jedna z dwóch zbudowanych w czasie remontu lukarn (druga stanowi fragment łazienki). Żeby dodatkowo doświetlić wnętrza, a także lepiej wyeksponować urodę otoczenia, prócz stworzenia lukarn zdecydowano się powiększyć okna w szczytach budynku. Ogromne okna wychodzą na pola i las w oddali. Jak okiem sięgnąć - żywej duszy. Poranne mgły snują się nad polem kukurydzy, wieczorem słońce chowa się za linią lasu. Sarny podchodzą prawie pod drogę - tak opisują gospodarze widoki, które radują ich każdego ranka.

Ozdobą wnętrza jest też osłonięta konstrukcja dachu - więźba dachowa i słupy konstrukcyjne z pewnością nadają salonowi dużo uroku.

Uroda rzeczy

Gospodarze lubią piękne przedmioty. Przez ponad dziesięć lat nie przywieźli na Mazury ani jednej przypadkowej rzeczy. Wszystko, co zostało kupione, znalezione i zwiezione do domu pośród wzgórz, odnowiono specjalnie z myślą o konkretnym wnętrzu. Niektóre z mebli, zanim stanęły w domu na dobre, przeszły swoistą metamorfozę.

I tak przy oknie w salonie, przez które co dzień oglądać można nowy piękny film przyrodniczy, gospodarze ustawili meble własnego pomysłu. Zanim stały się częścią wyposażenia domu na Mazurach, służyły do spania parze małżeńskiej ze Śląska. Pani domu zauważyła je w antykwariacie w Katowicach. Nie bez problemów przewieziono je do Warszawy, gdzie przerobione zostały na kanapę oraz dwa fotele. Z Warszawy "łóżka-już-nie-łóżka" trafiły na Mazury. Tu pasują świetnie. Landszafty na oparciach idealnie korespondują z jeleniami na rykowisku za oknami, jak śmieją się właściciele.

Gdzie dziś zjemy?

Gospodarstwo, które kupili, składało się z domu, drewnianej stodoły i murowanej, kamiennej obórki. To, że te obiekty trzeba będzie zagospodarować, było od początku oczywiste. Do stodoły wieczorami przenosi się życie towarzyskie. Tu stanął grill - podstawa mazurskiej kuchni. Tutaj znajduje się także ogromny jak lotnisko stół, przy którym wygodnie zasiada dwadzieścia osób.

Nowa funkcja zabudowań gospodarskich wymagała oczywiście odpowiednich prac modernizacyjnych i remontowych. Podłogę w stodole wyrównano wylewką samopoziomującą. Wymieniono stare spróchniałe belki podtrzymujące dach budynku. Zlikwidowano "antresolę", na której niegdyś składowano siano. Ze względów bezpieczeństwa zdecydowano się na umieszczenie grilla w części, gdzie ściany stodoły są murowane - zresztą i tak dziś nie trzyma się już tutaj ani grama siana czy słomy.

W planach gospodarze mają też zagospodarowanie obory. Chcą tam postawić kominek, przy którym można by było ustawić kanapy i wygodne fotele. Telewizora z zasady na Mazurach nie ma. I nie będzie, tak przynajmniej mówią gospodarze.

Skomentuj:

Stary dom na Mazurach