Z parteru do parterowego

Andrzej Markowski

Szukaliśmy intymności, której bardzo nam brakowało w mieszkaniu na parterze budynku wielorodzinnego. Mieliśmy uczucie klaustrofobicznego zamknięcia w przestrzeni blokowiska okupowanego przez setki lokatorów.

Tak mieszkaliśmy

Moja żona pochodzi z Łodzi, a ja z Warszawy. Po ślubie wynajęliśmy nieduże mieszkanie (36 m2) na Mokotowie. Początkowo byliśmy zadowoleni, bo to dobra dzielnica. Ale niestety mieszkanie było na parterze, więc nieustannie znajdowaliśmy się w centrum życia osiedlowego: pod oknem zbierali się mieszkańcy na pogaduszki, a my - chcąc nie chcąc - uczestniczyliśmy w życiu sąsiadów. I vice versa zresztą - oni również słyszeli każdą naszą rozmowę. Ten brak intymności dokuczał nam bardzo, zwłaszcza mnie, zasmakowałem bowiem w dzieciństwie w urokach domu z ogrodem.

Byłem zatem zdecydowany zmienić nasz mieszkalny status i wybudować własny dom. Musiałem jednak przekonać żonę, która choć także pragnęła odmiany, obawiała się ryzyka związanego z budową. Pomógł mi brat, który wynajmował kolejne domy w podwarszawskich miejscowościach. Ponieważ go często odwiedzaliśmy, żona miała możliwość przekonania się o tym, jak dobrze żyje się w tak odmiennych warunkach. To pomogło zmienić jej sceptyczne nastawienie do idei budowy własnego domu. Decyzję podjęliśmy więc jednomyślnie. I zaczęliśmy poszukiwania działki.

Droga do domu

Początkowo szukaliśmy czegoś w okolicach trasy łączącej Warszawę z Łodzią, bliżej rodziców żony, ale tamte tereny okazały się mało interesujące. Chcieliśmy mieć działkę niedaleko miasta (do 30 km) i oczywiście w miarę tanią. Przeglądaliśmy anonse prasowe, a także ogłoszenia na przystankach komunikacji, płotach, słupach, murach. W końcu trafiliśmy na interesujący kawałek gruntu w Halinowie. Wybraliśmy działkę położoną ok. 3 km od stacji kolejowej. Miejsce zauroczyło nas swoim położeniem. Wzięliśmy też pod uwagę bliskość szkoły (mamy w planie powiększenie rodziny), a także posterunku policji, przychodni zdrowia, siedziby gminy. Zanim kupiliśmy ziemię, ustaliliśmy też, że planowana stołeczna obwodnica i autostrada będą przebiegały w bezpiecznej odległości od działki, a jednocześnie na tyle blisko, że da się z niej wygodnie korzystać.

Kolejnym etapem było poszukiwanie projektu. Chcieliśmy mieć parterowy dom z mieszkalnym poddaszem, o powierzchni 120-150 m2, jednak nie spodobał nam się żaden z przeglądanych projektów gotowych. Zwróciliśmy się więc do zaprzyjaźnionego architekta. Poddał generalnej krytyce przyniesiony przez nas na rozmowę projekt katalogowy, który częściowo nam odpowiadał, i zaproponował własne rozwiązanie, które od razu przypadło nam do gustu. Składa się z salonu połączonego z holem i dużym zadaszonym tarasem wychodzącym na ogród oraz z łazienki i dwóch sypialni. Mieszkalne poddasze, ciągle jeszcze w trakcie prac wykończeniowych, będzie mieściło dużą sypialnię z balkonem oraz dwa pokoje, z których jeden ma podłączone media i może w przyszłości stanowić samodzielny apartamencik. Do garażu połączonego z kotłownią wchodzi się z podjazdu. Na jego zapleczu zaprojektowano pomieszczenie gospodarcze.

Rozważając zalety różnych technologii, zdecydowaliśmy się na tradycyjną, murowaną, z użyciem cegły silikatowej, bo jest trwała, dobrze tłumi dźwięki i zawiera wapno chroniące przed grzybem. Zainstalowaliśmy piec produkcji fińskiej na pelety z odpadów drewna i trocin wielkości 8 cm, automatycznie dozowane i podawane do paleniska z sąsiadującego z piecem pomieszczenia; jego zawartość starcza na rok ogrzewania. Uzupełnieniem systemu grzewczego są umieszczone na dachu baterie słoneczne.

Pieniądze nie takie straszne

Działkę kupiliśmy za pieniądze pożyczone od rodziców w 2002 roku. Później żona wzięła w pracy kredyt, z którego spłaciliśmy tę pożyczkę. Mieliśmy również trochę oszczędności. Ponieważ na blisko dwa lata wstrzymaliśmy się z budową domu, w tym czasie udało nam się prawie w całości spłacić resztę pożyczki zaciągniętej przez żonę.

Budowę zaczęliśmy, korzystając z niskooprocentowanego kredytu otrzymanego z kolei w mojej pracy. Jednocześnie pożyczyliśmy ponownie pewną sumę od rodziców. To wystarczyło na rozpoczęcie budowy. Zaczęliśmy się starać o kredyt bankowy. Uważnie przeanalizowaliśmy wiele ofert i w końcu zdecydowaliśmy się na pożyczkę z mBanku na preferencyjnych warunkach, w wysokości 150 tys. zł - pod zastaw działki i wybudowanego już domu w stanie surowym otwartym. Z tego kredytu sfinansowaliśmy większość robót wykończeniowych.

    Więcej o:

Skomentuj:

Z parteru do parterowego