Wielka niewiadoma

Dwa lata przed ślubem kupiłem działkę rolną, na której stał duży budynek gospodarczy. Postanowiliśmy wtedy z Małgosią, moją ówczesną narzeczoną, a obecnie żoną, że zaadaptujemy ten budynek na nasz dom.
Droga do domu

Wszystko wskazywało na to, że adaptacja będzie najwygodniejsza i ekonomicznie uzasadniona.

Fachowcy, których przed podjęciem ostatecznej decyzji poprosiliśmy o konsultacje, potwierdzili, że choć budynek wymaga gruntownego remontu, warto wykorzystać istniejące fundamenty oraz jego ściany nośne.

Jednak najważniejszym argumentem przemawiającym na korzyść remontu, był fakt, że budynek gospodarczy miał już przyłączone wszystkie niezbędne media: elektryczność, gaz i wodę. Mieliśmy nadzieję, że wykorzystując istniejącą instalację, będziemy mogli sporo zaoszczędzić. I nie chodziło tylko o pieniądze, ale również o czas.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, ale najpierw przeszliśmy całą procedurę notarialną i administracyjną uprawniającą nas do przeobrażenia istniejącego obiektu w dom jednorodzinny z prawdziwego zdarzenia.

Kiedy już wszystkie potrzebne dokumenty były w naszych rękach, przystąpiliśmy do rozmów z architektem.

Ponieważ zarówno okolice, w których znajduje się nasza działka, jak i sam ogród są bardzo piękne, chcieliśmy mieć budynek otwarty na otoczenie. Nie potrzebowaliśmy się nawet specjalnie izolować od sąsiadów, bo mamy ich tylko od jednej strony, z trzech pozostałych stron ciesząc się widokiem lasu i pól.

Jeśli chodzi o samą organizację budynku, marzyliśmy o zintegrowanych pomieszczeniach dziennych, z których prowadziłyby szerokie wyjścia do ogrodu. Wyobrażaliśmy sobie, że salon i kuchnia znajdą się po przeciwległych krańcach domu.

Projektant przedstawił nam kilka wariantów modernizacji. Najbardziej spodobał nam się ten najprostszy i najtańszy w realizacji, co nie oznacza, że poprzestaliśmy na półśrodkach.

Pomysły na oszczędności

Dawny, prostokątny parterowy budynek z jednospadowym dachem podzielony był na dwie części - rozległy garaż i rzeźnię. Ściany rzeźni, zbudowane z dwóch warstw cegieł, nie miały ocieplenia. Między warstwami cegieł pozostawiono starym zwyczajem tylko pustkę powietrzną. Natomiast ściany garażu, w którym ze względu na najlepsze widoki planowaliśmy nasz przyszły salon, były zaledwie jednowarstwowe i w ogóle nieocieplone.

Po konsultacjach z fachowcami zdecydowaliśmy się w garażu od strony wnętrza wymurować z pustaków ceramicznych drugą warstwę ściany, pozostawiając między warstwami pustą przestrzeń. Potem cały budynek ociepliliśmy od zewnątrz grubą warstwą wełny mineralnej (10 cm). Wybrałem wełnę, choć jest droższa od styropianu, ponieważ wolałem zastosować materiał "oddychający" i trwalszy niż styropian. Zależało mi także na zabezpieczeniu ocieplenia przed gryzoniami (słyszałem bowiem, że styropian jest często przez nie uszkadzany).

Ponieważ fundamenty, które odkopaliśmy, a następnie zaizolowaliśmy od nowa i ociepliliśmy polistyrenem ekstrudowanym, pozwalały na zbudowanie użytkowego poddasza, rozebraliśmy stary dach aż do poziomu stropów nad parterem. Postawiliśmy nowe murowane ściany poddasza, a na nich dwuspadowy dach, wykończony ceramiczną dachówką. Części skośne dachu ociepliliśmy 15-centymetrową warstwą wełny mineralnej, a sufit nad poddaszem - warstwą nieco grubszą, bo 20-centymetrową.

Ponieważ w domu jest dużo przeszkleń, nie mogliśmy zbytnio oszczędzać na jakości okien i szyb. W końcu zdecydowaliśmy się na okna mahoniowe, z "ciepłymi", potrójnymi szybami.

Pieniądze nie takie straszne

Korzystając z istniejącego w budynku przyłącza, postanowiliśmy ogrzewać dom gazem.

Kupiliśmy piec kondensacyjny i zdecydowaliśmy się na montaż wodnego ogrzewania podłogowego na całym parterze oraz w łazienkach na górze. W pozostałych pomieszczeniach na poddaszu zamontowaliśmy grzejniki ścienne.

Najlepszym posunięciem było jednak zamontowanie wkładu kominkowego z rozprowadzeniem ciepła na piętro. Choć nie traktujemy kominka jako podstawowego źródła ciepła, zyskaliśmy możliwość taniego ogrzewania budynku, bez konieczności uruchamiania pieca gazowego. Ostatnio obliczyliśmy, że rocznie spalamy od 1 do 2 m3 drewna, które kupujemy od znajomego stolarza za 80 zł/m3.

Nasz dom jest podłączony do wodociągu, ale mamy też studnię. Na początku korzystaliśmy jedynie z wody wodociągowej, jednak kiedy założyliśmy w ogrodzie wielki trawnik (700 m2) i zaczęliśmy go podlewać wodą z sieci, okazało się, że rachunki za wodę urosły do 600 zł miesięcznie. Czym prędzej więc przestawiliśmy się na wodę ze studni i teraz używamy jej nawet w domu.

W takim wiejskim domu jak nasz dobrym rozwiązaniem jest posiadanie dużego, zamykanego kontenera na śmieci. Dzielimy się nim z zaprzyjaźnionym sąsiadem, dzięki czemu śmieci wywożone są regularnie, a koszt wywozu to 35 zł miesięcznie.