Więcej, lepiej, bliżej

Tekst i zdjęcie: Liliana Jampolska
15.02.2006 11:00
A A A

Fot. Liliana Jampolska

Kiedy zapadała decyzja o budowie domu, nie narzekaliśmy na brak dachu nad głową. Zamarzyło nam się jednak coś lepszego niż wciśnięty między sąsiednie budynki stumetrowy budyneczek po przeróbkach.
Przez dziewięć lat mieszkaliśmy w niedużym domu, który dostaliśmy w prezencie od babci mojej żony. Na początku miał tylko 40 m2, ale wkrótce z myślą o powiększeniu rodziny rozbudowaliśmy go do 100 m2. Powiększyliśmy parter i dobudowaliśmy piętro, wymieniliśmy wszystkie instalacje, by rodzinne gniazdo było bardziej funkcjonalne i bezpieczne. I choć uzyskana powierzchnia była dla naszej trójki zupełnie wystarczająca, dom ze względu na wyjątkowo wąską działkę (w najwęższym miejscu miała zaledwie 8 m) nie był do końca wygodny. Stał w poprzek posesji od granicy do granicy (sąsiedzi wyrazili na to zgodę), więc dzielił nieduży teren (800 m2) na dwie części. Chcąc nie chcąc, komunikacja między obiema częściami ogrodu przebiegała przez wnętrze domu. Na domiar złego budynek znajdował się przy ruchliwej drodze.

Droga do domu

Inicjatorem zmiany miejsca zamieszkania była Beata, moja żona. To przede wszystkim jej przeszkadzały za mała i "kiszkowata" działka, na której trudno było zbudować funkcjonalny dom oraz założyć ogród, a także bliskość sąsiadów - mimo że żyliśmy z nimi w zgodzie.

Beata uważała, że skoro już mieszkamy na wsi, powinniśmy mieć więcej przestrzeni i prywatności. Choć początkowo wolałem zostać na starym miejscu, jej argumenty w końcu mnie przekonały, tym bardziej że w międzyczasie ojciec Beaty ofiarował nam atrakcyjną działkę. Znajdowała się 100 m od lasu, w zacisznym, ale dobrze uzbrojonym w media miejscu (brakowało tylko kanalizacji). A co najważniejsze - miała wygodny, zbliżony do kwadratu kształt. Trudno było nie skorzystać z takiego daru.

Co się nam udało

Aby sfinansować budowę domu, zdecydowaliśmy się sprzedać ponad połowę ofiarowanego nam terenu. Pozostawiliśmy sobie 1700 m2 gruntu położonego na samym końcu ślepej uliczki i graniczącego z trzech stron z otwartymi łąkami. Postanowiliśmy nie budować zbyt wielkiego domu i staraliśmy się jego wielkość dostosować do potrzeb trzech osób.

Podobają się nam proste, tradycyjne domy w polskim stylu. Wybraliśmy więc gotowy projekt, nawiązujący do formy dworku, z łamanym dachem i kolumnami na froncie. Jednak po doświadczeniach z poprzedniego domu - z ciasnymi wnętrzami, przebudowywanymi tylko tak, jak miejsca "stawało", w nowym zachłysnęliśmy się dużymi i otwartymi pomieszczeniami dziennymi. Do wyjściowego projektu wprowadziliśmy kilka niepotrzebnych, jak się potem okazało, zmian (np. połączyliśmy kuchnię z jadalnią) i zdecydowaliśmy się na niezamykany wiatrołap. Dziś wiemy, że powinniśmy bardziej zaufać wiedzy projektantów. Otwarta kuchnia i otwarta sień w naszym domu, niestety, nie sprawdziły się.

Do tradycyjnej architektury postanowiliśmy dobrać zdrową i solidną technologię budowy, zwracając szczególną uwagę na dobre ocieplenie i zabezpieczenie mostków cieplnych. Zastosowaliśmy tradycyjne pustaki ceramiczne (ocieplone od zewnątrz 12 cm styropianu), a dach wykończyliśmy dachówką (połacie zostały ocieplone 20-centymetrową warstwą wełny mineralnej). Wszystkiego pilnowała Beata, która na czas wznoszenia naszego nowego domu przerwała pracę zawodową i codziennie doglądała postępu prac. Udanym pomysłem było zatrudnienie projektanta budynku jako kierownika budowy. Staranny wybór materiałów i porządnie prowadzona budowa przyniosły oczekiwane efekty. Za ogrzewanie nowego domu płacimy mniej niż za ogrzanie poprzedniego.

Pieniądze nie takie straszne

Doświadczenia z poprzedniego domu nauczyły nas, że nie należy oszczędzać na dobrej jakości oknach ani na instalacji centralnego ogrzewania. Kupiliśmy bardzo nowoczesny i ekonomiczny kocioł gazowy z automatycznym sterowaniem oraz zastosowaliśmy miedzianą instalację. W części domu położyliśmy wodne ogrzewanie podłogowe (sień, kuchnia, łazienki), w pozostałej korzystamy z grzejników naściennych. Nigdzie nie zastosowaliśmy ogrzewania elektrycznego, bo wcześniej przekonaliśmy się, że jest bardzo drogie w eksploatacji. Mimo drogich urządzeń i materiałów koszt założenia instalacji hydraulicznej i centralnego ogrzewania zamknął się w kwocie 30 tys. zł. Długo negocjowałem jednak cenę materiałów i wykonania w kilku konkurencyjnych firmach.

W poprzednim domu lubiliśmy palić w kominku, więc wykorzystujemy go również w nowym. Traktujemy go jednak raczej jako ozdobę salonu niż efektywne źródło ciepła. Nie zastosowaliśmy żadnego systemu rozprowadzania ciepła, bo i tak ciepłe powietrze dociera na poddasze przez szeroką i otwartą klatkę schodową. Rocznie płacimy za drewno 100 zł.

Stosunkowo wysokie opłaty za elektryczność biorą się stąd, że przez cały rok, i to 24 godziny na dobę, pracują pompy w oczku wodnym, a latem także w basenie pod chmurką. Duże zużycie wody z wodociągu spowodowane jest natomiast podlewaniem ogrodu i uzupełnianiem wody w oczku i basenie. Z tego względu zastanawiamy się nad budową studni. Ustaliliśmy już, że jej wybudowanie będzie nas kosztować około 20 tys. zł.

Woleliśmy samodzielnie organizować materiały budowlane, ponieważ mogliśmy wtedy negocjować obniżenie cen. Metoda przyniosła spore oszczędności, podobnie jak zatrudnianie małych firm wykonawczych spoza Warszawy.

Jako główną zasadę budowania i wykańczania nowego domu przyjęliśmy kupowanie solidnych materiałów i urządzeń, aby przez długie lata nie było konieczności przeprowadzania remontów. Woleliśmy zainwestować w wysoki standard domu już w trakcie budowy i potem mieszkać wygodnie, niż przez następne lata ciągle coś poprawiać.

Stała obecność Beaty nad budowie bardzo przyspieszyła prace i przyczyniła się podniesienia ich jakości. Nie mieliśmy poślizgów, ani przeróbek. Do nowego, w pełni wykończonego domu wprowadziliśmy się już po roku od chwili rozpoczęcia budowy.



Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX