Tłoczny Hongkong

Maria Kruczkowska

Z kombinacji zbyt małej przestrzeni i zbyt dużej liczby ludzi pomnożonej przez oczekiwany zysk biorą się nowe rozwiązania

Najwięcej rolls-royce'ów na świecie

Mówi się, że gdyby wszyscy mieszkańcy półwyspu Koulun w Hongkongu wyszli naraz na ulicę, ruch by stanął. W byłej kolonii brytyjskiej zaludnienie dochodzi miejscami do 43 tysięcy osób na kilometr kwadratowy - to 13 razy tyle co w Warszawie.

Ścisk budzi agresję, zwierzęta stłoczone w klatce zagryzają się nawzajem. Zatem Hongkong powinien być najbardziej agresywnym miejscem na planecie. Tymczasem poziom przestępczości jest tu bardzo niski. Na co dzień jest grzecznie, brutalnie jest w hongkońskich filmach kung-fu.

Hongkong powinien dać do myślenia tym, którzy snują wizję przeludnionej planety, gdzie nie wystarczy wody i powietrza dla wszystkich. Rację wydają się raczej mieć ci, którzy twierdzą, że nie samo przeludnienie jest problemem, tylko bieda. W Hongkongu, najbardziej wolnorynkowej gospodarce świata, bezrobocie praktycznie nie istnieje. Miasto ma najwięcej na świecie milionerów, telefonów komórkowych, rolls-royce'ów. Jest też doskonale poinformowane, bo interesy tego wymagają, wychodzi tu 48 dzienników, ma największe czytelnictwo na głowę ludności. Rano sprzedawcy rozkładają stosy gazet na chodniku.

Niekończące się centrum handlowe

Hongkong ma kupiecką duszę, a dla kupca tłok to więcej klientów, zamówień, pieniędzy. Dobrobyt zawdzięcza chińskim emigrantom, twardym i pracowitym, oraz prawu brytyjskiemu i brytyjskim urzędnikom. Światową karierę zrobił w ostatnich stu latach, dawniej był siedliskiem piratów. Dziś liczy 7 milionów ludzi, którzy żyją stłoczeni na niewielkiej przestrzeni między morzem a górami. Są w ciągłym ruchu, bo wstawszy rano na którejś z 234 wysp lub na przedmieściach, czyli Nowych Terytoriach, wsiadają na prom albo do metra, by jechać do pracy na wyspę Hongkong lub na półwysep Koulun, po dwóch stronach zatoki Wiktoria. Praktyczny geniusz Hongkongu zamienił i tę niedogodność w atut, sprawiając, że nigdy się tu człowiek nie nudzi. Hongkong to jednocześnie międzynarodowe centrum finansowe i brama do Chin, które są o godzinę drogi stąd.

Energię tego miejsca czuje się już na międzynarodowym lotnisku Chek Lap Kok. To jedno z najbardziej udanych dzieł Normana Fostera, wybudowano je na wyspie Lantau. Samolot podchodzi do lądowania nad falami. Z lotniska część pasażerów pędzi do autokarów, na promy, do limuzyn jadących do Chin. Inni ruszają do Hongkongu, Miasta Świateł. To fakt - w Hongkongu śpi się krócej.

Tylko pod jednym adresem - na Argyle Street, przecznicy od Nathan Road, która przecina półwysep Koulun - doliczyłam się 14 restauracji, 16 sklepów z elektroniką i kilku klinik medycyny chińskiej. W Hongkongu otworzyć biznes łatwo, podatki są niskie, a biurokracji jest mało, problem jest tylko z miejscem. Jest go za mało, ceny gruntu są tak wysokie, że trzeba wykorzystać powierzchnię do maksimum. Z kombinacji zbyt małej przestrzeni i zbyt dużej liczby ludzi pomnożonej przez oczekiwany zysk biorą się nowe rozwiązania.

Sklepy i stoiska cisną się jeden koło drugiego, wąskie przejście zamienia się w pasaż handlowy. To, co się nie zmieściło na ladzie i na wystawie, upchano pod sufitem. - Nie ma problemu - mówi na wszystko właściciel i wspina się na drabinę.

Jedna i ta sama ulica rano wystawia stoliki na zewnątrz i serwuje śniadania, chińskie i zachodnie, wieczorem zamienia się w nocny targ z setkami stoisk ustawionych w aleję na wysokość pierwszego piętra. Nad głowami przechodniów wiszą chińskie neony, które nachodzą na siebie. Umocowane na podłużnych stelażach w poprzek ulicy od pierwszego piętra do góry zwiększają przestrzeń na reklamy.

W innych miastach narożnik ulicy służy tylko do skręcania. W Hongkongu, skręcając, można jednocześnie kupić nabite na patyczki smażone warzywa, kulki ryżowe, krewetki i różne mięsiwa. O sam róg oparto maszyny do wyciskania soku ze świeżych ananasów, gujawy i papai.

Zanim się człowiek spostrzeże, już został wessany w głąb kolejnego centrum handlowego. Nie sposób tu rozróżnić, gdzie kończy się ulica, a zaczyna sklep, bo sklepy nie mają zabudowanego frontu, w nocy spuszczana jest metalowa krata, a od chodnika nie oddziela ich nawet stopień.

Przybysz z Europy nie nadąża, próbuje wtopić się w tłum, jak na dyskotece wyczuć jego rytm. Zauważa brak samochodów, motorów czy rowerów. Nie ma gdzie zaparkować, więc zostały wyeliminowane. Zastąpiła je komunikacja miejska, czysta, sprawna i idealnie zsynchronizowana. Dwupiętrowe autokary, mikrobusy, tramwaje, metro, promy, a także kolejka linowa i najdłuższe ruchome schody świata, które pozwalają zjechać pół wzgórza.

Hongkong w prezencie

Alberta tak rozbawiło, że dostałam wyspę Hongkong' - napisała w 1841 r. królowa Wiktoria do belgijskiego króla Leopolda. Pisała zaraz po pierwszej wojnie opiumowej, którą Wielka Brytania wygrała, a jej męża rozbawiło, że dostała za to trochę nadmorskich skał. Brytyjskie kanonierki z łatwością pokonały cesarskie Chiny, które nie chciały kupować opium z Indii. Minister Jej Królewskiej Mości lord Palmerston był mniej zachwycony. 'Hongkong to jałowa wyspa, na której prawie nie ma domów' - grzmiał dyplomata.

Po drugiej wojnie opiumowej w kolejnym traktacie Korona Brytyjska zyskała półwysep Koulun. W 1898 r. Wielka Brytania wyrwała im jeszcze Nowe Terytoria na zapleczu Hongkongu. Termin 99-letniej dzierżawy upływał 1 lipca 1997 r.

W 1949 r. upadł Szanghaj, Perła Orientu, komuniści przejęli władzę. Zaczęła się fala ucieczek. W 1950 r. przybył milion ludzi, Hongkong pękał w szwach. Na nadmorskich wzgórzach wyrosły slumsy, chatki z desek pokryte falowaną blachą, a między nimi fabryczki obuwia, zabawek, latarek.

W 1953 r. w największym z nich wybuchł pożar. 53 tysięcy pogorzelców zostało bez dachu nad głową. Wcześniej władze kolonialne nie martwiły się przesadnie, co dzieje się z Chińczykami. Teraz postanowiły załatwić problem hurtowo i szybko zbudowały mieszkania socjalne. Powstało osiedle mieszkań socjalnych Shek Kip Mei, pierwsze z wielu wybudowanych do dziś. Ówczesne warunki były spartańskie: domy miały po siedem pięter, były bez windy, ze wspólną ubikacją, łazienką i kuchnią po jednej na każde piętro. W mieszkaniach po 25 metrów gnieździły się dwie, trzy rodziny, po dziewięć osób spało na jednym łóżku.

Wzorem było podobno istniejące w Australii więzienie. Ale czynsz wynosił tylko dwa dolary i emigranci nie narzekali. - Nas było ośmiu i dzieliliśmy mieszkanie z inną rodziną dziewięcioosobową - wspomina 84-letni pan Wong. Nie było szyb, tylko drewniane okiennice.

W rok wybudowano 240 domów z 90 tysiącami mikroskopijnych mieszkań. Tego osiedla nie da się już dziś zobaczyć. Rok temu rozebrano je, by zbudować nowe.

Dla nas nad Wisłą ciasne i zagracone mieszkania to żadna egzotyka. Znamy je aż nadto dobrze. Uderzające jest tylko, że na Shek Kip Mei, jak również na jego następcach nie wytworzyła się kultura blokowisk, beznadziei i roszczeń. Jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi na myśl, to że powstały w innym systemie. Zamieszkali w nich nie klienci państwa opiekuńczego, ale zdani na siebie pracowici emigranci. Uciekli z Chin, by walczyć o lepszą przyszłość dla siebie i swoich rodzin. Klitki, do których ich zapakowano, były dla nich i przystanią, i odskocznią.

Osiedla jak lasy z klocków lego

W latach 60. w Hongkongu postawiono kolejne 500 mieszkalnych drapaczy chmur, 16-piętrowych, tym razem już z windami i kanalizacją. Potem kolejne 500, do 60 pięter. Widziane z góry są jak lasy z klocków lego.

Dzisiaj mieszka w nich jedna trzecia mieszkańców Hongkongu. Rząd, który je dotuje, jest największym kamienicznikiem świata.

Na liście oczekujących jest 90 tysięcy ludzi. Squatów jest mniej, ale jeszcze istnieją. A najbiedniejsi śpią w klatkach, w których zamykają się na noc z dobytkiem.

Jak tak można żyć? - pytam znajomego, który urodził się w Hongkongu, ale wraca tu tylko czasami z wykładów w Japonii.

- Zwróć uwagę, ile czynności przenosi się na ulicę - odpowiada. Rano ludzie wychodzą, by poćwiczyć. Śpiesząc do pracy, jedzą śniadanie na ulicy, przy niedużym stoliku, w biegu łapią mleko sojowe czy pudełko obiadowe. Na galeriach zewnętrznych sadzą rośliny w glinianych donicach, przy murze stawiają ołtarzyki Buddy, w przejściach rozwieszają pranie.

'Z braku przestrzeni przestrzeń publiczna staje się prywatna' - pisze niemiecki fotograf Michael Wolf. Zafascynowany architekturą Hongkongu poświęcił mu album 'Życie w zagęszczeniu'. Fotografował mrowiskowce, starając się uchwycić ich rytm. Sfotografował też emigrantów chińskich na tle ich niewiarygodnych mieszkań. Trudno uwierzyć, ile można wbić haczyków na metr kwadratowy, jak wiele plastikowych misek mieści się pod łóżkiem i jak udaje im się wepchnąć jeszcze jedną walizkę pod sufit. Czasem przestrzeni wystarczyło tylko na łóżko, które wypełnia całe mieszkanie, na którym na wieszakach i w torebkach wisi dobytek lokatora. Nad łóżkiem koniecznie telewizor, na suficie wiatrak, który rozgania parne powietrze. Jest jeszcze miejsce na kilka półeczek, kalendarz i zegar ścienny.

Na murku suszą się warzywa, na ogrodzeniu z drutu kolczastego schną robocze rękawice, a przestrzeń między ścianą a rurami kanalizacyjnymi wystarczyła, by w nią wepchnąć plastikowe klapki. Tyle zdobytego miejsca. To, co nie zmieści się w mieszkaniu - mop, szczotka, garnki - zawieszą na zewnątrz na haczykach.

Wolfa fascynuje chińska zdolność przystosowania się. To ona uczyniła Hongkong tym, czym jest.

'W porównaniu z miastami europejskimi, które są zaplanowane i uporządkowane, Hongkong rozwija się organicznie. Jak roślina w ciasnej doniczce szuka dla siebie miejsca' - pisze.



    Więcej o:

Skomentuj:

Tłoczny Hongkong