Ruchomości

Karolina Domagalska

Za oknem przepłynęło stado kaczek. - Mówiłem, że tu jest jak na wsi - oznajmia zadowolony Krzysztof Koziński, właściciel barki zacumowanej w jednym z warszawskich portów. To fakt - jak na centrum Warszawy. - I tanio. 50 tysięcy, które wydałem rok temu na barkę, wystarczyłoby na dziesięć metrów po drugiej stronie ulicy - tłumaczy Krzysztof.

29.06.2007 RYNIA - BARKI
Widok z okna barki mieszkalnej w Rynii
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
A może zamieszkać w jaskini lub kontenerze?

Boom mieszkaniowy powoli zaczyna dotyczyć wszystkiego, w czym można zamieszkać. - Barkę znalazłem na Allegro. Gdy przyszedłem ją obejrzeć, na brzegu czekała kolejka. Jakiś gość z łańcuchem na szyi chciał ją kupić na knajpę, fotografka marzyła o mieszkaniu i pracowni. Szybko wpłaciłem zaliczkę. Tak zakupiłem hotel robotniczy z 12 pokojami na 73 metrach kwadratowych.

- Ludziom życie na barce kojarzy się z degradacją. - kontynuuje 40-letni menedżer. - Nie wyobrażają sobie, że można mieć fajne mieszkanie na wodzie. A ja tu sobie rano przy kawce oglądam mecze waterpolo przez okno. Po drugiej stronie ulicy jest stadion Legii. Kiedyś zastałem u siebie na tarasie dwóch kibiców zaprawiających się wódką przed meczem. Innym razem dwóch wędkarzy zaczęło u mnie łowić ryby, popijając piwko. 'Panowie, czy ja przychodzę do was do ogródka i piję piwo?' - zapytałem i grzecznie sobie poszli.

Pierwsza zima na barce już za Krzysztofem. - Pewnej nocy obudził mnie przerażający huk. Nie wiedziałem, czy mnie torpedują, czy tonę, poleciałem do sąsiadów na ratunek. Okazało się, że to lód zaczął topnieć i uderzać w barkę. Wystarczyło wrzucić do wody opony i po sprawie. I tak ciągle coś. A to mi woda zamarzła w rurach, a to 30 litrów zebrało się pod łazienką. Do tej pory walczę ze śmieciami, których w Wiśle jest niewyczerpana ilość. Mam nawet specjalny drąg z hakiem, którym wyławiam foliówki.

Plany Krzysztofa: postawić barkę na pływakach, zbudować skylight (okno w dachu), zburzyć niektóre ściany i wstawić w ich miejsce szyby oraz z zewnątrz obić barkę drewnem. Polskie banki nie ułatwiają sprawy. Ponieważ barka nie jest nieruchomością, nie chcą przyznać kredytu na remont.

Kuter torpedowy

Żeby zamieszkać na wodzie, czasem wystarczy dobrze się rozejrzeć. Andrzej Wróblewski przyszły dom wyłowił spod wody. - Moja żona jest ode mnie młodsza o 16 lat. Nie wszystkim się to podobało, więc uciekliśmy na wodę - śmieje się pan Andrzej. - Obydwoje kochamy wodę, więc zamknąłem warsztat samochodowy w Warszawie i zacząłem szukać czegoś, w czym można by zamieszkać na Zalewie Zegrzyńskim. Barki okazały się za drogie, ale w ośrodku wojskowym w Ryni, rodzinnym mieście żony, znalazłem zatopiony kadłub morskiego kutra torpedowego. Wypompowałem z niego wodę i sam wyszedł na powierzchnię. Oczywiście od razu znalazł się właściciel. No cóż, papiery miał, trzeba było płacić. Stanęło na 17 tysiącach.

Andrzej, z wykształcenia mechanik samochodowy, sam zaprojektował nadbudowę, która kształtem nawiązuje do okrętu Kolumba 'Santa Maria'. Mieszkanie ma obecnie 43 m kw., na których znajduje się kuchnia, łazienka, pokój syna, salon i sypialnia na antresoli. - Fajnie się zasypia, gdy tak delikatnie buja - mówi Andrzej. Ale właśnie wiatry są jednocześnie największym minusem mieszkania na Zegrzu. - W zeszłym roku, gdy były huragany, nie dało się spać. Meble mamy poprzykręcane, ale wiszące naczynia i sztućce trzeba było pozdejmować, bo dzwoniło niemiłosiernie.

Poza tym są same plusy. Wróblewscy cumują na terenie wydzierżawionym przez kolegę, który prowadzi punkt wodny w Ryni, odpada więc czynsz. Wodę biorą z sześciometrowej studni, którą Andrzej wywiercił obok domu. Nie nadaje się do picia, ale do prania i mycia jest w sam raz, tylko trochę pachnie zalewem. Toaleta jest chemiczna. Raz na tydzień pan domu wychodzi z walizką na spacer i wynosi 15 litrów. Płacą jedynie za prąd, który podciągnęli od teścia.

Na razie obydwoje pracują w pobliskim miasteczku, żona jest księgową, Andrzej zatrudnił się jako mechanik. Do czasu, aż wypożyczalnia sprzętu wodnego, którą otworzyli koło domu, nie nabierze wiatru w żagle. Wtedy uzupełnią pokład zegrzyńskiej 'Santa Marii' i dobudują dziób, w którym zaplanowany jest pokój gościnny.

Polskie Orinoko

Zakup mieszkalnej barki w Holandii wydaje się najprostszym rozwiązaniem. Lata tradycji, różnorodność oferty i jeden mały problem - transport.

Wyzwanie to podjęła krakowska firma Pathways, która postanowiła sprowadzić z Holandii 'Alrinę', barkę motorową z 1889 r. - Okazałe, wysokie burty, piękny zadarty dziób, to była miłość od pierwszego wejrzenia - opowiada Agnieszka Migas. Poprzedni właściciele Al i Rina (od ich imion powstała nazwa łajby) przez 30 lat przewozili nią ziarno, węgiel i pasze. Mieszkali na 25 m kw. nad rufą, ale po zlikwidowaniu ładowni powierzchnia barki to około 300 m kw. oraz dodatkowe 140 na tarasie. - W sam raz na centrum szkoleniowe połączone z restauracją i małą salą koncertową, o jakim marzyliśmy - dodaje Agnieszka.

'Alrina' wyruszyła z Holandii w sierpniu 2003 r. Do Odry dotarła w ciągu dziewięciu dni. Potem zaczęła się siedmiomiesięczna podróż przez Polskę, która upłynęła na czekaniu na wodę. Najpierw ponad dwa miesiące stania w Bielinku, potem kilka tygodni u ujścia Warty. Gdy woda się podniosła, zaczęło się przeciskanie pod niskimi mostami i forsowanie 26 śluz. Nie przepłynąwszy nawet połowy drogi, pod koniec listopada 'Alrina' dotarła do Bydgoszczy i zacumowała na zimę. Na Wisłę, zwaną polską Orinoko, załoga ruszyła w marcu 2004 r. Triumfalny rejs wzdłuż Krakowa odbył się dwa tygodnie później i zakończył w stoczni Namaron, w której barka stoi do dziś.

Podróż przez polskie rzeki może śmiało konkurować z drogą urzędową, którą trzeba przejść, aby uzyskać wszelkie pozwolenia na zacumowanie łodzi na Kazimierzu, u wylotu ulic Mostowej i Gazowej. 55 m kw. 'terenu pokrytego wodą', czyli powierzchni, na której stanie 'Alrina', już na nią czeka. Budowa i renowacja opóźnia się obecnie przez problemy z silnikiem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wodowanie i chrzciny (każda łódź zmienia nazwę wraz z właścicielem) odbędą się na jesieni. - Może kiedyś Kraków odwróci się w stronę Wisły - marzą autorzy projektu.

Zestaw Duplo

Albo Wrocław w stronę Odry - mógłby dodać Kamil Zaremba, który postanowił zbudować pierwszy w Polsce dom na wodzie. Zaremba to człowiek wynalazku, zmysł McGyvera budzi się w nim, gdy się pojawia potrzeba. Tak było z portalem Edysk.pl, który powstał, gdy okazało się, że prezentacja, z którą przyjechał do Warszawy, zniknęła wraz ze skradzionym notebookiem. Natychmiast po powrocie do rodzinnego Wrocławia założył portal, na którym można archiwizować dowolne dane. Było to w 2000 r., kiedy internet nie był jeszcze chlebem powszednim. Do dziś 370 tys. osób korzysta z tego portalu.

Gdy w 45-metrowym mieszkaniu powoli zaczynało się robić ciasno, pojawiła się myśl o domu, który nie wiązałby się z dożywotnim kredytem. - Sama działka to wydatek rzędu 200 tysięcy, przy czym o centrum Wrocławia można zapomnieć. Pozostała mi woda i powietrze. Przy obecnych cenach paliwa postawiłem na wodę - tłumaczy Kamil. - Początkowo myślałem o kupnie barki gdzieś za granicą, ale koszty zakupu i transportu przekraczały moje możliwości. Wtedy postanowiłem wybudować pływający dom od zera.

Szkoła budowlana nie poszła na marne. Pierwszym projektom składanym z klocków lego przyświecała jedna zasada: żadnych kół i łuków - podnoszą koszt inwestycji o 30 proc. Przy współpracy z młodym architektem z Gliwic Pawłem Barczykiem powstał projekt nowoczesny i prosty jak zestaw Duplo. - Wszystkie materiały są lekkie i szybkie w montażu, do kupienia w Castoramie. Ściany zbudujemy z płyt warstwowych, które oprócz funkcjonalności mają fajny pomarańczowy kolor. Myślę, że budowa to kwestia dwóch miesięcy.

Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, dzieło pana Kamila ujrzałoby swoją przystań przy moście Grunwaldzkim (genialny widok na Stare Miasto) już tego lata. Niestety, ze względu na brak ustawodawstwa Zaremba co krok napotyka nowe przeszkody. - Argumenty ochrony przeciwpowodziowej są trochę na wyrost, sam straciłem prawie wszystko podczas powodzi w '97 r., więc jestem na to szczególnie uczulony. Wygląda na to, że pewni urzędnicy uważają mój pomysł za zbyt awangardowy. Ja się jednak nie poddaję, mam nadzieje, że dom na wodzie będzie niedługo wizytówką Wrocławia. Poza tym ja wracam do tradycji, na zdjęciach z początku XX wieku można znaleźć barki mieszkalne przycumowane na Odrze w centrum Wrocławia.

Bombonierka

Pani Nina, córka kapitana żeglugi śródlądowej, nadawałaby się na specjalistkę od promowania życia na wodzie. Nie dość, że całe dzieciństwo spędziła na barce, to jeszcze pięknie o tym opowiada. - Przewoziliśmy głównie cukier, choć kiedyś Rosjanie załadowali naszą barkę minami, które kazali nam przewieźć do Berlina - wspomina 70-latka. - W Berlinie przeżyłam też bombardowanie w 1941 r. Zatrzymaliśmy się pod mostem, więc niebezpieczeństwo było zdwojone. Gdy wszyscy uciekli do schronów, my z tatusiem staliśmy w klapie i patrzyliśmy zachwyceni na płonący Berlin.

Pani Nina urodziła się w Bydgoszczy, u komunii była w Gdańsku, bierzmowanie przyjęła w Warszawie. Na czas roku szkolnego barkarze zazwyczaj zostawiali swoje dzieci w domach dziecka, ale małą Ninę rodzice oddawali krewnym w Gorzowie, Bydgoszczy, Poznaniu. W efekcie każdą klasę kończyła w innym mieście. Dopiero gdy poszła do liceum plastycznego w Warszawie, zamieszkała w internacie. W 1953 r. władze upaństwowiły barkę 'Suna' i wysłały ją na trasę Warszawa - Sandomierz. Właściciele udali się do Bydgoszczy.

- Całą drogę pociągiem przepłakałyśmy z mamusią - wspomina pani Nina. - Życie na barce było piękne. Mieliśmy psa, kury, gęsi, a kiedyś nawet bociana. Kury mieszkały w drewnianej klatce, przy każdym postoju wychodziły na ląd, żeby sobie podjeść. Zawsze przeciągłym gdakaniem chwaliły się, że mają jaja.

Barki ciągnął statek. Gdy sznur barek zwany pociągiem zatrzymywał się na noc, we wsiach kupowali masło w liściach rabarbaru, czereśnie, truskawki, wiśnie. Gospodarze nie chcieli zapłaty. 'Narwijcie sobie, ile zjecie' - mówili. Koło Garwolina były plantacje truskawek - murzynki i ananaski, najpyszniejsze odmiany. Gdy się kąpali, dno było widać na kilka metrów.

- 'Pani to ma jak w bombonierce!' - mówili goście mojej mamy. Salon był w kabinie przedzielonej szafą odzieżową, z jednej strony była kuchnia. Ja spałam na pryczy zrobionej ze skrzyni pełnej jabłek. W plificie [pomieszczenie dla marynarza] stał piec, na którym mama gotowała pranie, na półkach stały zapasy. Moja mama robiła pyszne zaprawy, pikle, kompoty, śliwki w occie. W suficie mieliśmy świetlik, pod którym wisiał kwiat w doniczce na łańcuszku, żeby było ładniej - opowiada pani Nina. - Najgorsze były zimy. Bogatsze rodziny barkarzy miały mieszkania na lądzie, my cumowaliśmy w Porcie Praskim i stawaliśmy na głowie, żeby tę naszą żelazną barkę ogrzać. Gdy skuł lód, jeździłam wokół domu na łyżwach.

Mimo nieprzyjemnych zim pani Nina tęskni za życiem na barce. Dowiedziała się, że barka jej rodziców nadal pływa gdzieś w okolicach Sandomierza. - Nasza rodzina to ród barkarzy, najprawdopodobniej już dziadkowie rodziców spławiali tratwy Wisłą. Chciałabym powrócić na barkę. Miło mi, że nie tylko ja.

    Więcej o:

Skomentuj:

Ruchomości