Klasyczne wnętrza z nutą szaleństwa

tekst: Karolina Kowalska

Przez rok szukała stołu do jadalni. - Wszystkie, które oglądałam, były zbyt "trzeźwe" - opowiada. Aż natknęła się na mebel, którego blat opierał się na pniach drzew.

Na ścianie salonu obraz autorstwa Sally King Benedict, stolik kawowy marki Philip and Kelvin LaVerne, lampa podłogowa Karl Springer, stołki w stylu vintage marki Jansen tapetowane tkaniną marki Stark.
Na ścianie salonu obraz autorstwa Sally King Benedict, stolik kawowy marki Philip and Kelvin LaVerne, lampa podłogowa Karl Springer, stołki w stylu vintage marki Jansen tapetowane tkaniną marki Stark.
Fot. Eric Piasecki Photography LLC

Apetyt na przygody Ashley Stark odziedziczyła po dziadku. Makler z Wall Street, Arthur Stark, lubił jeździć po świecie i z każdej wyprawy wracał z dywanem pod pachą. Po latach pracy na giełdzie nabrał pewności, że od papierów wartościowych bardziej wartościowe i o wiele piękniejsze są wełniane sploty. Z amatora, który nie potrafił odróżnić dywanu od chodnika, przemienił się w profesjonalnego handlarza, a następnie producenta. I to na wielką skalę - zamówił krosna, które pozwalały mu tkać dywany szerokie na 6 metrów. Takich Ameryka dotąd nie widziała. Do sukcesu firmy przyczyniła się nie tylko koniunktura lat 50., ale przede wszystkim przedsiębiorcza żona Nadia, była modelka, potem projektantka kapeluszy i tkanin, a po śmieci Arthura szefowa firmy. Zarządzała koncernem do osiemdziesiątki.

Dywany dla prezydenta

Jak znaczące dywanowe imperium stworzyli świadczy przywilej zaopatrywania Białego Domu. Pierwsze zlecenie przyszło od Johna F. Kennedy’ego i tę tradycję podtrzymali kolejni prezydenci. Ashley w rodzinny biznes wkręciła się jako nastolatka, ba, już jako dziecko wałęsała się z babcią po biurach firmy, bawiła kolorowymi ścinkami, bywała na targach mody i tkanin. Jako studentka była poważnym kontrahentem i jeździła po świecie.

Należy do trzeciego pokolenia zarządzającego Stark Carpet jako dyrektor kreatywna. Uwielbia podróżować do fabryk na całym świecie, podglądać jak powstają inne dywany i wychwytywać niuanse ich produkcji.

Dziś, jako niezależna trzydziestoparolatka, jeszcze mocniej zacisnęła więzy rodzinne - ponownie zamieszkała w kamienicy na Upper East Side, w której się wychowała. Niby przypadkowo. Dwa lata szukała mieszkania na Manhattanie, aż trafiło się to. 280-metrowy apartament należał do syna pierwszego lokatora kamienicy, który mieszkał tam przez kilkadziesiąt lat i, mówiąc oględnie, nie ingerował w wystrój. - Kuchnia składała się z pieca i lodówki z lat 50. oraz pojemnika na chleb - śmieje się Ashley. Zanosiło się więc na solidne porządki i małą korektę przestrzeni. Z pomocą projektanta Philipa Gorrivana uszczknęła kawałek jadalni na rzecz kuchni i powiększyła nieco łazienkę. Aż tyle. - Kto śmiałby mieszać w dziele Rosaria Candeli! - zwierza się. Zamieszkać w domu zaprojektowanym przez słynnego włosko-amerykańskiego architekta to nobilitacja dla każdego nowojorczyka.

Połączenie klasyki i nowoczesności

- Moją estetyką jest ponadczasowa klasyka orzeźwiona nowoczesnością - mówi Ashley. - Faktury cenię bardziej niż wzory. Pokoje muszą być przyjazne i wygodne.

Pozostawiając oryginalne podłogi, drzwi, kominek i przedpokój spróbowała zasiedlić przestrzeń apartamentu tym, co jest jej bliskie. Z jednej strony kusiły odziedziczone rodzinne obiekty i meble o wadze sentymentalnej, a z drugiej własna "menażeria": design, vintage, egzotyka i sporo niestandardowych dzieł sztuki. Była jej zapaloną łowczynią. Zresztą dzieciństwo u boku babki, fascynatki mody, znawczyni sztuki i rzemiosła zrobiło swoje - mała Ashley zabierana była na pokazy, zakupy i wystawy.

O pomoc poprosiła Jamesa Amana i Johna Meeksa. Ten duet designerów i koneserów sztuki doradza w zakupach znamienitym amerykańskim rodom, urządza wnętrza, pomaga łączyć meble ze sztuką. Absolutnie elitarni - mają wąskie grono stałych klientów i "czytają w ich umysłach". Intencje Ashley też odczytali. Przykładem niech będzie konsola, niegdyś honorowy mebel w salonie rodziców. James i John zdarli z niej złotą farbę, co podziałało na mebel jak odmładzający zastrzyk. Na konsoli umieścili zdjęcie mnicha tybetańskiego, a obok postawili tapicerowaną futrem akrylową ławkę. I wszystko do siebie pasuje!

Detale z historią

W każdym pomieszczeniu udało się zaimplantować jakiś ważny dla rodu detal. I tak babcine biurko z czeczotowym blatem tonizuje krzykliwy turkus w garderobie. Nawet wielkie słoje z cukierkami - pomysł Ashley - nie ujęły elegancji klasycznie urządzonej kuchni. A dzięki nim, oprócz tych samych widoków za oknem, mogła zatrzymać jeden z czułych obrazków dzieciństwa.

- Ashley ma nadzwyczaj dojrzały gust jak na swój wiek - przyznają jej dekoratorzy - i zna się na antykach. Ale teraz to jest jej czas zabawy i ryzyka - dodają. Czyżby mieli na myśli spiżową palmę w salonie albo stół jadalny postawiony na pniach?

    Więcej o:

Skomentuj:

Klasyczne wnętrza z nutą szaleństwa