Loft w Nowym Jorku w stylu skandynawskim

Potrafi upiec tradycyjny chleb, zbudować stół, zaprojektować luksusowy mebel i oryginalny kapelusz. Razem z żoną, dziennikarką z zawodu, i trójką dzieci prowadzi szczęśliwe i intensywne życie w lofcie na Manhattanie.

Biuro i rodzinne gniazdko pod wspólnym dachem. Dla jednych koszmar, dla innych - spełnienie marzeń. Soren Rose należy do tej drugiej grupy. Pracuje w tym samym miejscu, w którym co rano serwuje swojej rodzinie - żonie Mette i trójce dzieci - śniadania. Sam ich nie jada, ale codziennie piecze dla wszystkich tradycyjny duński żytni chleb. Od roli męża i ojca do roli projektanta przechodzi bez najmniejszego wysiłku. - W Nowym Jorku biura w domu są bardzo popularne - mówi Soren, człowiek w nieodłącznym kapelusiku. - Dla mnie to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Przeprowadzając się tutaj, wiedziałem, że chcę spędzać z dziećmi jak najwięcej czasu. Gdybym miał oddzielne biuro, nie widywałbym ich. Na Manhattanie wychodzisz z domu wczesnym rankiem i wracasz późno wieczorem.

Polowanie na mieszkanie

Rodzina Rose przyjechała z Kopenhagi pięć lat temu. Soren śmieje się na pytanie, czy to był dla nich szok kulturowy.

- Tutaj w jedną noc więcej się dzieje w naszej najbliższej okolicy, niż w całej Kopenhadze - mówi. Dzięki swej czujności razem z żoną wytropili ciekawy lokal do mieszkania, w miejscu zamykającego się outletu. Natychmiast wyrazili chęć zagospodarowania go, a los im sprzyjał - sklep należał do Szwedki. Wzbili się na szczyty dyplomacji, by nie wyjść na oszalałych stalkerów. Podchody trwały miesiąc.

Właściciele mieszkaniaWłaściciele mieszkania fot. Matthew Williams/Photofoyer

Kiedy w końcu doszło do spotkania, to właśnie nordycka krew była głównym sygnatariuszem porozumienia. Tym, co z miejsca ich urzekło, były przestrzeń i morze światła. Apartament mieści się w starym, poprzemysłowym budynku w samym sercu dzielnicy Tribeca na dolnym Manhattanie. Otwiera się na świat wielkimi oprawionymi w stalowe ramy oknami. I dodatkowo na niebo - świetlikami. - Lokal stał nietknięty chyba od lat 80. I miał "zdrowe kości" - śmieje się Soren. - Remont przed wprowadzeniem się był minimalny. Nie ruszaliśmy podłóg i ścian.

Urządzanie mieszkania po swojemu

Z całą resztą pomogli im ludzie z jego studia oraz firmy, z którymi współpracuje, np. producent lamp zadbał o oświetlenie. Największą zaś innowacją były przesuwne ściany, które podzieliły otwartą wcześniej przestrzeń loftu. Jednak funkcje, jakie im postanowili nadać, nie utrzymały się. Na przykład w miejscu, gdzie jest teraz salon, mieściło się biuro projektowe, obecne pomieszczenia biurowe były pokojami dzieci etc. - Po roku doznałem olśnienia - wspomina Soren. - I wszystko zmieniliśmy. Teraz pracę mam na górze, ta część domu funkcjonuje jako przestrzeń do biznesowych spotkań z klientami i burzy mózgów z producentami. Natomiast dawne biuro, wychodzące na ulicę, znacznie lepiej sprawdza się jako domowa część dzienna.

Ale apartament odgrywa jeszcze jedną rolę - showroomu i miejsca, gdzie testuje się prototypy mebli i dodatków sygnowane przez Sorena. Ciągle więc pojawiają się nowe rzeczy, które trzeba jakoś wciągnąć w przestrzeń, zintegrować z nią. Mette na szczęście nie protestuje i przywykła do "sprzętów na próbę", szukania dla nich miejsca, wymieniania na inne czy po prostu pozbywania się ich.

Mieszkanie to wyzwanie

- Jeśli coś nie działa w naszym życiu, to znaczy, że trzeba się z tym pożegnać - twierdzi Soren. - Duńskie przysłowie mówi, że na skale da się żyć. Czyli: do życia tak naprawdę niewiele potrzeba. Ta filozofia bardzo pasuje do Mette. Na hasło: wyrzucamy dywany, tylko by przyklasnęła.

Ich mieszkanie to wyzwanie. Nawet dla tak zdeklarowanego dziwaka jak Soren i takiej superminimalistki jak Mette. Wielkie otwarte przestrzenie są wspaniałe, ale też trochę niepraktyczne, kiedy ma się trójkę dzieci i chce pod tym samym dachem prowadzić w pełni profesjonalne biuro architektoniczne. To wymaga nieprawdopodobnej dyscypliny. Kiedy wychodzi się z domu, żeby odwieźć dzieci do szkoły i przedszkola, chciałoby się, żeby apartament wyglądał przyzwoicie, bo niedługo będzie się tu poważnie konferować. Czy czasem zdarza się, że wszystko wygląda na trochę "wczorajsze"? - Czasem? - Soren jest wyraźnie rozbawiony. - Codziennie!
Soren zachwyca samowystarczalnością. I Oryginalny plakat reklamowy Andy'ego Warhola z kampanii Chanel sprzez 30 lat. Okrągłe lustro The Captain z firmy BDDW, stołek barowy Edgar, projektu Sorena dla De La Espada.

W łazience nic się nie zmieniło - wygląda tak, jak ją zastali obecni właściciele. Jedyna rzecz, którą dołożyli od siebie to drabinkowy wieszak na ręczniki marki Menu.

Więcej o: