Wenecja 2016 Biennale architektury

Kuba Szczęsny

"Raportując z frontu" - to tytuł 15. Biennale Architektury w Wenecji. Nie zaskakuje, bo postać kuratora tegorocznego Biennale, Alejandro Araveny kojarzona jest z wrażliwością społeczną i działaniami z nieuprzywilejowanymi grupami w Chile, z którego się wywodzi.

PAWILON AUSTRII. Wielkoformatowe wydruki obrazujące warunki, w jakich mieszkają uchodźcy w Austrii.
PAWILON AUSTRII. Wielkoformatowe wydruki obrazujące warunki, w jakich mieszkają uchodźcy w Austrii.
fot. materiały prasowe La Biennale Di Venezia

Jako kurator i zdobywca nagrody Pritzkera przyznanej za architekturę zaangażowaną społecznie, Aravena zajął się więc przede wszystkim projektami zmierzającymi do poprawiania warunków bytowych mieszkańców zarówno krajów rozwijających się, jak i grup odrzuconych czy marginalizowanych w krajach bogatego Zachodu Europy. Zamiast zwyczajowego festiwalu narcyzmu, w tym roku przyszedł czas pokazywania problemów (takich, jak brak lub niska jakość infrastruktury, wykluczenie w miejskich gettach itp.), sugerowania rozwiązań, zwłaszcza długotrwałych (jak w wypadku kryzysu uchodźczego) i ewentualnego chwalenia się dotychczasowymi wynikami w rozwiązywaniu problemów (np. poprzez polityki społeczne w zakresie budownictwa dla gorzej sytuowanych).

Architektura dostępna dla każdego

Wystawa ma gargantuiczne rozmiary i tradycyjnie dzieli się na dwie części. Główną, w budynku Arsenału na obrzeżach stoczni i wystawę w ogrodach Giardini, gdzie od lat 20. XX wieku budowano kolejne pawilony stanowiące prezentacje narodowe (w tym pawilon, który Polska otrzymała w darze od rządu włoskiego). W ogrodach zwiedzający mogą spacerować pośród prac, w których pokazuje się architekturę i wszystko, co z nią związane. W coraz większym stopniu nie są to tylko rysunki i makiety, a raczej narracje i obiekty wyzwalające szereg, czasem nawet fizycznych, doznań.

W tym roku można zobaczyć m.in. pawilon holenderski, który pokryto niebieską, odrealniającą siatką, bo Holandia udostępniła go Narodom Zjednoczonym. Ukazano w nim trud niesionej przez ONZ pomocy dla potrzebujących całego świata. Stojący obok pawilon hiszpański, zdobywca Grand Prix 2016, pokazuje swoisty katalog zaniechań i niedokończonych inwestycji publicznych powstałych w wyniku pęknięcia "hiszpańskiej bańki". Dla odmiany pawilon austriacki demonstruje projekt fotograficzny na temat warunków, w jakich w kraju Franza Josefa mieszkają uchodźcy. Zwiedzający oglądają wielkoformatowe plakaty, które mogą zwinąć i zabrać (podobny patent, choć ciekawszy graficznie, zaproponowali Brazylijczycy). W pawilonie polskim ustawiono strukturę z rusztowań, w której ukazano serię projekcji na temat rozbieżności między teoretyczną sterylnością procesu projektowego, a trudem pracy robotników, którzy owe projekty wprowadzają w życie.

Architektura z innej perspektywy

Po drugiej stronie kanału przecinającego ogrody kontrastują ze sobą pawilon australijski, w którym poprzez zbudowanie rozległego basenu opowiedziano o roli wody jako łącznika i przywileju społecznego w Australii oraz pawilon Urugwaju, gdzie zwiedzający trafiają na dziurę w podłodze, kilka odręcznych rysunków na ścianach i tajemniczą garderobę przy wejściu. Okazuje się, że służy ona do przechowywania fantów, czyli ukradzionych z innych pawilonów obiektów, za które kradnący otrzymują od obsługi eleganckie torby z ziemią z Urugwaju (ze stosownym certyfikatem). Nie trzeba dodawać, że najwięcej miejsca zajmuje tu zbiornik z wodą kradzioną z australijskiego basenu...

Dojmujące wrażenie robi pawilon Wenezueli - pogrążonego w kryzysie politycznym kraju na skraju bankructwa. O ironio, mieści się on w niezwykle wysmakowanym betonowym budynku projektu jednego z mistrzów późnego modernizmu we Włoszech, Carlo Scarpy. Wewnątrz, w szlachetnych półotwartych wnętrzach, z których część oddziela od ogrodu jedynie masywna drewniana krata, znajdziemy wystawę pokazującą kilkanaście projektów kolektywu młodych architektów z Caracas, którzy od blisko dziesięciu lat budują dla biednych dzielnic w całym kraju obiekty infrastruktury kulturalnej, sportowej i zdrowotnej. Dzieje się to przy współudziale lokalnych pracowników - od robotników po wyspecjalizowanych rzemieślników, np. kobiety wyplatające z poliestrowych pasków kolorowe przekrycia dachów. Zaskakuje skala: od wiat przystankowych po centra sportowe i edukacyjne. Po oczach bije też kontrast między budynkiem służącym funkcjom reprezentacyjnym, w którym użyto masywnego betonu, kamienia i drewna, a zwiewnością i efemerycznością struktur służących "zwykłym" Wenezuelczykom. Malowana pędzlem stal stanowi tam najbardziej szlachetny z użytych materiałów, a większość to recyklowane plastiki, pustaki czy napinane tkaniny, słowem najtańsze, lokalnie dostępne materiały. Ten kontrast doskonale podsumowuje dychotomię między "wrażliwym" Biennale dla wysublimowanych światowych architektów, a prawdziwym światem, gdzie nikt nie da za kawę dwóch euro, bo zastanawia się, jak dożyć do pierwszego.

Przypływ wrażliwości w architekturze

Krytycy, w tym teoretyk architektury Ole Bouman, w czasie dyskusji towarzyszących otwarciu Biennale podkreślali, że dla zachodnich architektów taki profil Biennale stanie się przejściową modą na wyrzuty sumienia, formą katharsis, ale też festiwalem cynizmu w uzyskiwaniu nowego typu zamówień z sektora pomocowego. Jego zdaniem wahadło nieuchronnie powróci do dyskusji o przestrzeni i innych wartościach podstawowych, choć może ten przypływ wrażliwości jakoś odmieni architektoniczny mainstream.
Prawdziwa uczta intelektualna, a zarazem swoiste bombardowanie zmysłów odbywa się na terenie Arsenału i stoczni. Alejandro Aravena wraz z grupą zaproszonych na Biennale kuratorów i twórców opowiada o architekturze, która jest blisko ludzi. Prawie nie znajdziemy tam stereotypowej działalności deweloperów i star-architektów. Obejrzymy, czasem bardzo szczegółowo, projekty powstałe z potrzeby radzenia sobie z ograniczonymi środkami, z biedą, a z drugiej strony projekty wynikłe z zachwytu rzeczami podstawowymi, emocji, czy wspólnotowej energii. Sekwencja wielkich sal prowadzi nas poprzez instalację wykonaną z odpadów po poprzedniej wystawie, relację z budowania obiektów użyteczności publicznej w chińskich wioskach, przez obiekt opisujący rolę śmieci w architekturze aż po zaproponowaną przez kolektyw Transsolar oniryczną kąpiel w snopach światła.

Ku ludziom

Przykładem odpowiedzi na brief kuratorski Araveny była salka projekcyjna akademickiego kolektywu Rural Studio z Uniwersytetu w Alabamie. Pokazywano w niej film o dwudziestu latach działalności studentów i profesorów, którzy wraz z mieszkańcami zapomnianych wiosek na amerykańskim Południu budują domy i obiekty publiczne z odpadów przemysłowych. Salkę skonstruowano z nowych, opakowanych w folię ram łóżek, które po Biennale trafią do weneckich przytułków i domów opieki.

Za serce chwytała też projekcja o Maisha Film Lab - plenerowej szkole filmowej w Ugandzie, której spiritus movens jest legendarna indyjska reżyserka Mira Nair. - To my musimy opowiadać nasze historie, bo nikt inny tego za nas nie zrobi - mówi Mira Nair o przebijającej się afrykańskiej kinematografii. Patrząc na całość wystawy można by dojść do wniosku, że Nair podsumowuje wysiłki milionów kobiet i mężczyzn, którzy budują lepszą przyszłość wbrew ograniczeniom ekonomii i opresji politycznej na całym świecie. Ludzi, z których prawdopodobnie większości nie będzie stać na espresso macchiato i gelato al pistacchio, które piszący te słowa pochłonął w cieniu markizy nad Canale Grande, dumając nad niesprawiedliwością tego świata.

Skomentuj:

Wenecja 2016 Biennale architektury