Dom urządzony przez kobietę ze stolarską pasją

Ania udowadnia, ze stolarstwo to nie tylko męskie zajęcie. Dała temu wyraz, urządzając własny dom i rozkręcając biznes. Nam opowiada o swoich czterech kątach i pasji do drewna.

Anna Pryć-Futkowska (zwana Aną). Z wykształcenia ekonomistka i logistyk, z zamiłowania stolarz amator, dekoratorka wnętrz i blogerka. Od ośmiu lat szczęśliwa żona, mama Matyldy i Antosia. Informacje o niej i jej pracach oraz firmie można znaleźć na stronie any-thing.pl.m

Ana: Zamiłowanie do prac stolarskich mam we krwi. Pradziadek był zawodowym stolarzem, obaj dziadkowie hobbystycznie zajmowali się robieniem mebli i ich renowacją. Meble przerabiał też tata. To od niego uczyłam się podstaw stolarstwa. Moim pierwszym własnoręcznie zrobionym dziełem był prezent dla mamy na Dzień Matki - deska do krojenia w kształcie jabłuszka. Od najmłodszych lat rodzice powtarzali, że jeśli tylko zechcę, mogę zrobić naprawdę wiele. Rzeczywiście! Pod koniec podstawówki postanowiłam przemalować meble w swoim pokoju na fioletowo i żółto. Tata nie miał wtedy szlifierki, dostałam więc to, czego sam używał - szkło i trochę papieru ściernego. Nadzorował i pilnował, żebym nie zrobiła sobie krzywdy, ale nie pomagał. Wszystko od początku do końca wykonałam sama.

Droga do obecnego zajęcia nie była prosta

Miałam zdolności manualne, uwielbiałam malować, ale nie zdecydowałam się na kształcenie w tym kierunku. Chyba się bałam, nie wierzyłam jeszcze we własne możliwości. Rozpoczęłam więc naukę w liceum profilowanym z językiem niemieckim i po dwóch latach przeniosłam się do szkoły w Niemczech. Tam trafiłam na świetną panią od plastyki, która zabierała mnie na wystawy, namawiała do udziału w konkursach (często je wygrywałam). Na wakacjach dorabiałam, malując portrety. Potem były studia ekonomiczne, praca w różnych przedsiębiorstwach, a wreszcie stanowisko kadrowej w firmie męża, która związana jest z obrotem drewnem.

Gdy byłam w ciąży, zainteresowałam się odnawianiem mebli. Na własny użytek. Z potrzeby chwili. Wciągnął mnie czarodziejski świat, który pachniał drewnem, farbami. Targi staroci, wyszukiwanie perełek, ściąganie ich ze strychu rodzinnego domu. Potem mozolne skrobanie, odnawianie. Do każdego mebla mam ogromny sentyment, miał przecież swoją historię, a ja dopisałam jej ciąg dalszy.

Po urodzeniu drugiego dziecka postanowiłam w końcu zająć się na poważnie tym, co od zawsze mnie pasjonowało - rękodziełem. Zaczęłam od ozdabiania techniką dekupażu skrzynek, pudełeczek i najróżniejszych innych drobiazgów. Robiłam również sporo rzeczy szydełkiem - poduszki, narzuty, koszyczki, ocieplacze na kubki, łapki do kuchni itp. Jednak nie czułam się wtedy jeszcze na tyle profesjonalistką, by proponować nieznajomym ich kupno.

Cztery lata temu założyłam blog

Nazwałam go "Wymarzony dom Ani" (nazwa pochodzi od tytułu mojej najukochańszej książki) - i to był początek nowej przygody. Dzieliłam się pasją i codziennością z czytelnikami. To oni (oraz mój mąż) zmotywowali mnie do pójścia dalej. Zaczęły się prośby o zrobienie prezentu, ozdoby. Odważnie wyjechałam na dwa tygodnie 600 km od domu, żeby ukończyć kurs z podstaw stolarstwa. Nabrałam przekonania, że jestem dobra w tym, co robię, praca w drewnie daje mi prawdziwą satysfakcję, a pomysły rodzą się same.

Zmiany w życiu zawodowym zbiegły się z wykańczaniem domu. Nie chciałam kupować przedmiotów i mebli, ale zrobić lub odnowić je samodzielnie. Zyskiwałam doświadczenie. Zaczęły się też poważniejsze zamówienia od rodziny i znajomych. Zwykle prosili mnie o bielone krzesła, taborety, drobne mebelki w słodkim stylu shabby chic.

Pracy i pomysłów przybywało

Warsztat stolarski w garażu powoli przestawał wystarczać. Mąż zaproponował mi więc osobne pomieszczenie na terenie firmy, w którym mogłabym zgromadzić potrzebne narzędzia i oddawać się pasji bez przeszkód. Samodzielna pracownia okazała się strzałem w dziesiątkę. Pozwoliła na większą swobodę. A mąż po cichu ucieszył się z odzyskania miejsca na samochód.

Zdałam sobie sprawę, że nie chcę wracać do dawnej pracy. Chciałam działać na własną rękę i rozwijać swoją pasję. Zaczęłam sprzedawać w internecie - początkowo były to głównie szydełkowe drobiazgi: pokrowce na tablety, kolorowe girlandy do dziecięcych pokoi.

W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę. I na drewno. Głównie na robione z niego litery i napisy. Są teraz bardzo popularne, bo można nimi ozdobić niemal wszystko - i stoły weselne, i dziecięce pokoiki. Są fajnym prezentem na urodziny, imieniny i każdą rocznicę. Robię litery różnej wielkości z wycinanych ręcznie desek (warto je składać w słowa i ustawiać np. na gzymsie kominka lub półce) albo małe wycięte literki naklejam na sklejkę, dodaję np. drewniane wąsy i tworzę obraz. Bawię się też typografią - w ramki oprawiam dekoracyjnie wypisane znane cytaty. Z Holandii i Skandynawii zaczerpnęłam pomysł na domki (tam są bardzo popularną ozdobą). Ja robię głównie domki-świeczniki.

W końcu odważyłam się otworzyć własny sklep internetowy. By nie mieszać mojego prywatnego bloga z komercją, nazwałam go AnyThing. Nieprzypadkowo. To połączenie mojego imienia i zainteresowań. Więc zarówno "Anything you want - you've got it" (czyli "możesz mieć wszystko, czego chcesz", jak śpiewał Roy Orbison), ale i AnyThing, czyli "rzecz/y Any". Bo tak mnie nazywają - Ana.

PRZEJDŹ DO GALERII >>

Więcej o: