Uzależniony od porcelany - Andrzej Kareński-Tschurl

produkcja sesji i tekst Małgorzata Tomczyk zdjęcia Olo Studio

Andrzej Kareński-Tschurl ma w sobie imperatyw podążania za pasją. A także potrzebę piękna i ładu w życiu. Z jego ucieczek od rzeczywistości w świat sztuki, historii, kunsztu i wrażliwości artystycznej powstała niezwykła domowa kolekcja filiżanek do mokki. Chyba jedyna w Polsce.

1 z 11
Fot. Olo Studio
2 z 11q
Fot. Olo Studio
3 z 11
Fot. Olo Studio
4 z 11
Fot. Olo Studio
5 z 11
Fot. Olo Studio
6 z 11
Fot. Olo Studio
7 z 11
Fot. Olo Studio
8 z 11
Fot. Olo Studio
9 z 11
Fot. Olo Studio
10 z 11
Fot. Olo Studio
11 z 11
Fot. Olo Studio

Małgorzata Tomczyk: Panie Andrzeju, ile eksponatów liczy Pana kolekcja filiżanek?
Andrzej Kareński-Tschurl: W dwóch dużych gablotach w mieszkaniu jest miejsce dla 360 sztuk, ale moje zbiory przekroczyły magiczną granicę 500. Niestety, nie mam zgody na umieszczenie trzeciego regału do ich eksponowania. Żona protestuje przeciw zmianie funkcji mieszkalnej na muzealną. Już teraz bywający u nas znajomi starają się zachować bezpieczny dystans wobec kolekcji... A ja uważam, że właśnie ona dodała naszemu mieszkaniu w poznańskiej kamienicy charakteru i niezwykłej atmosfery.

MT: To prawda, ze świecą szukać wnętrz z takimi skarbami! Jak to się stało, że zaczął Pan kolekcjonować filiżanki?

AKT: To było jakieś trzy lata temu. W prezencie na urodziny dostałem od mojej żony Ani filiżankę Rosenthala o rzadko spotykanej dekoracji pâte-sur-pâte, co w dużym uproszczeniu oznacza malowanie filiżanki płynną porcelaną. Wypatrzyliśmy ją razem podczas wernisażu w pewnej poznańskiej galerii sztuki połączonej z antykwariatem. Nie mogłem oderwać oczu od tego okazu, kilka razy podczas imprezy wracałem przed witrynę, w której stała. Żona to zauważyła i kupiła filiżankę w tajemnicy przede mną. Kilka dni później otrzymałem ją i była to naprawdę miła niespodzianka! Wtedy też zaświtała mi myśl, że fajnie byłoby mieć własny zbiór filiżanek do mokki (dziś zwanej espresso), pochodzących wyłącznie z manufaktury Rosenthal, reprezentujących różne okresy jej działalności, rozmaite style, formy i techniki. Poszukując ich jednak, spotykałem tak ciekawe egzemplarze z innych firm, że postanowiłem rozszerzyć kolekcję o modele rodem z innych niemieckich manufaktur. Zadanie dość ambitne, jeśli zważyć na fakt, że na przestrzeni 300 lat istniało przynajmniej 100 dobrych manufaktur.

MT: I nigdy nie wyszedł Pan poza te pierwotne założenia? Nie kusiło, by zdobyć filiżanki z innych kręgów kulturowych?

AKT: Skusiło. Uzupełniam właśnie swój zbiór o obiekty z innych krajów Europy – Danii, Włoch, Austrii, Węgier, Szwecji, Anglii i Francji, gdzie powstały liczące się manufaktury.

MT: To musi być przygoda! I pewnie okazja do poznawania nowych miejsc, ciekawych ludzi...

AKT: Jedną z najbardziej intrygujących filiżanek (Capodimonte) nabyłem w maleńkim antykwariacie w Bari, wypełnionym po brzegi przedmiotami z różnych bajek i epok. Usytuowany w trudno dostępnym zaułku, niewielki, słabo oświetlony sklep był królestwem handlarza starociami, człowieka w bardzo podeszłym wieku. Ten staruszek ożywiał się przy każdym moim pytaniu i wyraźnie ubywało mu lat, gdy opowiadał o swoich zbiorach. Z pewnością jest szczęśliwym człowiekiem i odniosłem wrażenie, że wcale niełatwo mu było rozstawać się z czymkolwiek przy okazji sprzedaży. Kiedyś specjalnie polecę jeszcze raz do Bari!

MT: Perła Pana kolekcji to...

AKT: Najdumniejszy jestem z zakupu filiżanki z monachijskiej manufaktury Nymphenburg. Pochodzi ona z królewskiego zestawu bawarskiego dworu. Produkcja tego wzoru nie była przeznaczona do sprzedaży – miał stanowić wyłącznie wyposażenie pałacu o tej samej nazwie.

MT: Co dają takie zbiory? Przyjemność, radość, satysfakcję? Co Pan z tego ma?

AKT: Pasja kolekcjonerska jest trochę jak choroba, swego rodzaju uzależnienie. Kiedy podróżuję i przybywam do miasta, w którym jeszcze nie byłem, pytam o pchli targ albo uliczkę z antykwariatami. Natomiast kiedy trafiam do miast, które znam, nie mogę oprzeć się pokusie odwiedzenia miejsc, gdzie kiedyś już coś kupiłem. Jednak powiększanie zbioru to nie tylko pomnażanie stanu posiadania, to przede wszystkim poszerzanie wiedzy o historii sztuki użytkowej. Trochę też tęsknota za światem, którego już nie ma. Wiele znanych kiedyś manufaktur już nie istnieje, a pozostały kruche przedmioty, trochę wbrew logice – rozsypały się fabryczne mury, a przetrwała delikatna porcelana. Oczywiście kupno rzadkiego okazu sprawia radość, czasami wielką satysfakcję daje świadomość nabycia wartościowego przedmiotu za okazyjną cenę, ale największą wartością jest poszerzanie własnych kompetencji.

MT: Każdy może być kolekcjonerem?

AKT: Nie polecałbym kolekcjonerstwa osobie, która nie czuje radości z polowania na okazje ani fascynacji tematem zbiorów. To trochę tak, jak w przypadku myśliwego. Sama kalkulacja ewentualnego zysku to za mało i może być złudna. Choć w przypadku porcelany ma sens, bo przecież nie przybędzie starej porcelany, a wręcz przeciwnie, na pewno będzie jej ubywać. Ale satysfakcji rasowego kolekcjonera nie da się oszacować, bo czasami dotyczy przedmiotów o małej wartości. Znam kogoś, kto zbiera stare wizytówki – nie sądzę, żeby za tą pasją kryła się nadzieja na zysk.

MT: Jak bardzo absorbuje Pana rozwijanie kolekcji?

AKT: Trudno ocenić czasochłonność kolekcjonerstwa – pasji nie szacuje się w kategoriach straty, lecz zysku. To najczystsza przyjemność, a czasami nawet swego rodzaju ucieczka od rzeczywistości w świat sztuki, historii, przedmiotów pięknych i rzadkich, kunsztu i wrażliwości artystycznej.

MT: Niedyskretnie, ale spytam, czy to kosztowne hobby?

AKT: Umiarkowanie kosztowne, zwłaszcza jeśli porównamy je z kolekcjonowaniem malarstwa, rzeźby czy starej biżuterii. Inne plusy – dostępność, bo niemalże w każdym antykwariacie znaleźć można filiżanki do mokki, a na pchlich targach akurat niemieckiej porcelany jest stosunkowo dużo. Oczywiście sporej wprawy trzeba, aby w masie dość przeciętnych wyrobów bawarskich wyłowić ciekawe egzemplarze manufaktur już nieistniejących. Ułatwieniem w ocenie porcelany jest obszerność fachowej literatury i katalogów sygnatur. Nie ma też zbyt wielkiego ryzyka nabycia falsyfikatów i tzw. podróbek.

MT: Zbierał Pan w życiu coś poza filiżankami?

AKT: Nigdy wcześniej niczego. Nie miałem potrzeby gromadzenia, może za wyjątkiem krawatów! Teraz już ich nie noszę, najchętniej zamieniłbym każdy z nich na filiżankę, gdyby to było możliwe... Nie sadzę również, aby dopadła mnie jakaś nowa przypadłość, podobna do tej, którą nazywano kiedyś „La maladie de porcelaine” – choroba porcelanowa!

Jak kolekcjonować porcelanę – radzi Andrzej Kareński-Tschurl

Warto przestrzegać narzuconych sobie założeń i nie robić wyjątków. W moim przypadku celem było stworzenie kolekcji filiżanek do mokki z porcelany. Wykluczyłem takie materiały jak szkło, srebro, a nawet pokrewny porcelanie fajans. Unikałem też zakupu filiżanek do kawy (większych niż do mokki) albo herbaty (niskich i szerokich), przestrzegając kryterium wielkości filiżanki lub spodeczka. Dzięki temu kolekcja przedmiotów, choć różniących się formą i dekoracją, nie sprawia wrażenia chaotycznego zbioru. Zalecałbym też ostrożność przy zakupach na aukcjach i licytacjach. Presja czasu i rywalizacja są złymi doradcami. Pojawia się ryzyko, że wylicytowana cena nie będzie adekwatna do faktycznej wartości przedmiotu.

Kolekcjonerom porcelany sugeruję, by nie ulegali pokusie kupowania przedmiotów z  uszkodzeniami, jak pęknięcia czy wyszczerbienia, nawet za okazyjną cenę. Do zaakceptowania są ślady używania, jak drobne rysy na szkliwie, nieznaczne wytarcie złoceń. Ślady używania nie są dyskwalifikujące, ale wykluczam uszkodzenia mechaniczne. Zanim zyskamy wiedzę i kompetencje kolekcjonerów porcelany, sugeruję ograniczenie się do zakupów obiektów sygnowanych podszkliwnie – ograniczy to ryzyko zakupu falsyfikatu. I kupujmy książki, albumy i encyklopedie, aby pogłębić swą wiedzę o gromadzonej kolekcji.

Skomentuj:

Uzależniony od porcelany - Andrzej Kareński-Tschurl