Przedwojenna willa z Gracją

Majestatyczna, przedwojenna rezydencja na warszawskim Żoliborzu. Zbombardowana podczas powstania, podźwignięta z ruin, prawdziwa perła. Znaleźli ją przez przypadek, tuż po tym, gdy została wystawiona na sprzedaż.

Kto tu mieszka? Para z dwoma pieskami.
Gdzie? W Warszawie.
Metraż: Ok. 360 m2, dom.

Pierwsze, ukradkowe spojrzenia. Powrót, by stanąć z nią oko w oko, sam na sam. I jeszcze raz, i znowu.

Nie potrafiłam przestać o niej myśleć – mówi obecna właścicielka. – Jeździłam do niej, spacerowałam uliczką, przy której stoi, obserwowałam życie wokół. Któregoś dnia na schodach willi dostrzegłam kobiety, zaprosiły mnie do środka...

Po tej wizycie fascynacja miejscem sięgnęła zenitu. Żeby upewnić się, że nie bez podstaw, poprosiła znajomego, słynnego scenografa Borisa Kudlickę, by na architektoniczne odkrycie spojrzał fachowym okiem. Kiedy i w oku artysty dostrzegła błysk zachwytu, niezwłocznie na wizję lokalną przywiozła męża. 

Mimo że nie szukaliśmy dużego domu, nie potrafiliśmy się oprzeć jego dumnej historii, eleganckiej bryle, oknom pięknie kadrującym zadbany ogród

– przyznają oboje. Obiekt został zakupiony. Był rok 2006. Przez 5 kolejnych, długich lat trwała przebudowa.

Pomysłów, jak willi przywrócić świetność, było sporo. Potrzebny był ktoś, kto by ich wysłuchał, zweryfikował rozwiązania i nadał kierunek rewitalizacji. Za pośrednictwem Borisa Kudlicki właściciele poznali architekta Piotra Majewskiego, który przywracał do życia nie jeden historyczny budynek, z pałacem włącznie. Kiedy okazało się, że tak jak oni, Majewski jest uzależniony od muzyki, eksperymentuje w kuchni i ceni dobre wina, nabrali pewności, że ta współpraca jest im przeznaczona.

Piotr zaproponował zmiany, dzięki którym dom zyskał przestrzeń, imponujące osie widokowe, klatkę schodową z podestem na dzieło sztuki i wymarzoną przez gospodarza piwniczkę na wino.

Wnętrza zaplanowali stonowane, niedopowiedziane – w kontraście do bogatej architektury domu. Wiedzieli, że w centrum salonu umieszczą obraz przyjaciela Tomasza Tatarczyka o żartobliwej nazwie „Brądzący pies”, nadanej mu przez artystę podczas jednej ze wspólnych kolacji w jego ukochanym Mięćmierzu. Dobrze znają osobistą, tragiczną historię autora, z którą zmagał się w całej serii obrazów z motywem psa. W ich domu psy również są traktowane jak członkowie rodziny. Towarzyszą gospodyni na każdym kroku, a popołudniami zalegają wokół niej i Bubble chair zawieszonego na tle okna w salonie.

Ten ulubiony fotel domowników – ikona designu, projekt Eero Aarnio z 1968 r. – to był drugi pewnik na starcie projektu. Na przeciwko kulistej huśtawki fińskiego projektanta miał stanąć fortepian, z myślą o nim wzmocniono podłogę. Ale najpierw pojawiła się „Gracja”, jedna z rzeźb Krzysztofa M. Bednarskiego.

Z wybitnym artystą poznali się, gdy trwały prace budowlane. Któregoś dnia odwiedzili jego pracownię i zakochali się w „Gracji” od pierwszego wejrzenia. Chyba podświadomie z myślą o niej powstał podest w kształcie elipsy u podstawy klatki schodowej. Rzeźba najpierw przyjechała na próbę, pomysłodawcą akcji był sam Bednarski. Z każdej strony prezentowała się świetnie, ale najbardziej intrygująco z samego czubka klatki schodowej. – Nawet układ jej ramion nawiązuje do łuku naszych schodów – zauważyli.

Sprawiała wrażenie jakby została zaprojektowana w to miejsce. Dostała więc ten adres na stałe. I zaczęła się rozprzestrzeniać...

Zainspirowała właścicielkę do powieszenia w kuchni i jadalni kolaży rysunków z różnych etapów jej powstawania. Barwnych, wyrazistych, przyciągających wzrok. Potem w domu pojawiły się kolejne rzeźby Bednarskiego, np. „Moby Dick” wykonany w brązie polerowanym i patynowany na czarno – stanął na kominku.

Dzieła sztuki odwiedzają ten dom, przyjeżdżają na chwilę lub dłużej, pomieszkać trochę, sprawdzić, jak dogadują się z lokatorami. Na przykład Bednarski przyjmuje się zawsze. Lubią jego poczucie humoru, „Dzieła zebrane Karola Marksa”, całe w chlorofilu osobiście zasadzonym przez artystę, eksponują w... salonie kąpielowym. Choć zdarza im się słyszeć, że w swych eksperymentach artystycznych balansują na granicy kontrowersji, w ogóle się tym nie przejmują. Czasem bawią ich zakłopotane uwagi odnośnie erotycznych obrazów Agnieszki Sandomierz, znajdujących się w jadalni. – Przecież to właśnie one wnoszą rys współczesności do klasycznego wnętrza. Bez nich byłoby ładnie i nudno – gospodarze są pewni swoich wyborów. Gdy siedzi się przy stole w jadalni, wzrok co i rusz „napotyka temat do rozmowy”. W jednej z wnęk figura Ryszarda Wagnera. Gospodarz oddałby duszę za jego muzykę. Figura, niby nobliwa, spowita w czerń, w dystyngowany gest, ale znienacka puszcza do nas oko. Jest z plastiku! „Wagnerka” przywieźli ze słynnego, odbywającego się od 1876 r. festiwalu muzycznego w Bayreuth.

Jakie są granice dla sztuki w tej willi? Wydaje się, że ich w ogóle nie wytyczono. Nawet w podziemiu, w holu do winnej piwniczki wiszą dzieła sztuki z najwyższej półki. Dwurnik, Tatarczyk, Tarasewicz. A jest jeszcze miejsce na klatce schodowej, w siłowni... Dom pozostaje otwarty na zainteresowania jego właścicieli.

Pytani o to, jak wiele ten dom zmienił w ich życiu, przyznają, że pozwolił wreszcie, po długich wędrówkach po świecie, zapuścić korzenie. Gospodyni żartuje, że była jak cygańskie dziecko i nawet nie czuła potrzeby przypisania do jednego miejsca. A to pokochała, niespodziewanie dla siebie samej. Ze wzruszeniem opowiada o losach domu, śladach pocisków z czasów wojny na barierkach, ludziach, którzy odwiedzają go wiedzeni wspomnieniami z dzieciństwa. Kiedy wstaje rano, czuje, że jest na swoim miejscu, pije kawę, z czułością patrzy na wypielęgnowany ogród, magnolie i begonię dragon, która nie traci rezonu aż do grudnia. Wieczorem, gdy zasłania okna, przypływa żal, że oto mija kolejny dzień.

Więcej o: