Wnętrza: dom na Saskiej Kępie

Agnieszka Rezler, stylizacja Anna Tyślerowicz
11.07.2014 08:00
A A A
Parter jest jak system naczyń połączonych; otwarta przestrzeń pozwala bez przeszkód krążyć domownikom i światłu. Składane drzwi (po prawej) dzieliły salon na dwie części; projektanci przenieśli je na granicę holu i strefy dziennej.

Parter jest jak system naczyń połączonych; otwarta przestrzeń pozwala bez przeszkód krążyć domownikom i światłu. Składane drzwi (po prawej) dzieliły salon na dwie części; projektanci przenieśli je na granicę holu i strefy dziennej. (Fot. Rafał Lipski)

Ten dom mówi "nie" kompletom, schematom i skończonym raz na zawsze kompozycjom, a mimo to panuje w nim niewymuszona harmonia - głębokie porozumienie ludzi, sprzętów i przestrzeni.
kony designu wiodą pod tym dachem pospolity, ale szczęśliwy żywot: wolne od muzealnego kurzu, stale używane, docenione jako świetnie zaprojektowane przedmioty. Meble nie narzucają tu swojej obecności, choć wzrok wyławia rodowodowe oryginały, a nawet prawdziwe unikaty - takie, jak wisząca w kuchni lampa, niezwykły wariant znanego modelu PH 50 Poula Henningsena. Projektant stworzył ją dla duńskich Kortów Królewskich w zaledwie sześciu egzemplarzach; jeden z nich, wyszukany w nowojorskiej galerii, trafił nad tę kuchenną wyspę. I wygląda jakby wisiał tu od zawsze. Właściciele nie lubią połysku nowości, dlatego nic tu nie zdradza przeprowadzonej niedawno rewolucji. A jednak się zdarzyła...
Budynek stoi w cichym sercu Saskiej Kępy, przy jednej z bocznych arterii, wśród innych podobnych sobie, szlachetnie urodzonych reliktów epoki modernizmu. Do niedawna sam był ważnym punktem na kulturalnej mapie dzielnicy; pani domu, Dorota prowadziła w przyziemiu Galerię Sztuk Pięknych vV (wcześniej Kontynenty), w której swoje prace wystawiali uznani artyści. Dziś galeria nieśpiesznie szuka sobie nowego miejsca, bo jej dotychczasową przestrzeń zaanektowały zabawki i szpargały czworga dzieci, które wygrały ze sztuką rywalizację o metraż.
Kiedy Dorota i Erik wprowadzali się tu kilkanaście lat temu, przedwojenny dom miał już za sobą pełną meandrów historię. Zaczynał w 1929 roku z wysokiego C jako trzykondygnacyjna jednorodzinna willa. Jego powojenne losy to typowa kronika degradacji - grodzie prowizorycznych przepierzeń, „nadziałowi” lokatorzy, kolejne warstwy linoleum, farby i tapet. Po latach perturbacji ukonstytuował się obecny podział: jedno samodzielne mieszkanie na piętrze i drugie, na parterze, z przypisaną do niego wysoką rozległą sutereną.
Dwupoziomowy dolny apartament był wprawdzie trochę na bakier z ergonomią (podział jednorodnej w zamyśle przestrzeni wymusił wymieszanie funkcji i budowę nowych schodów), ale dla często podróżującej pary młodych ludzi wydawał się idealny. A oni sami zaczęli dopisywać do historii miejsca nowy rozdział. Erik, z pochodzenia Holender, dobrze poczuł się na Saskiej Kępie, nazywanej zresztą w przeszłości Oleandrami lub po prostu Holandią, przez wzgląd na dzierżawiących jej tereny w XVII wieku holenderskich osadników, a zorganizowana przez Dorotę galeria zaczęła żyć własnym artystycznym życiem. Mieszkanie było w tamtym czasie odbiciem ich pasji i potrzeb, a te wiązały się głównie z podróżowaniem. Pokoje pomalowane na intensywne orientalne barwy, skolonizowane przez meble z odległych zakątków świata, przypominały o jego różnorodności. - Dziś trudno mi uwierzyć, że mogliśmy tu wytrzymać - śmieje się właścicielka.
Scenariusz zmian naszkicowało życie - rozwijająca się rodzina potrzebowała więcej miejsca - ale gospodarze postanowili skorzystać z okazji i połączyć konieczne roszady z gruntowną metamorfozą. Spotkanie z Katarzyną i Jackiem Hohlfeldami, którym powierzyli to zadanie, okazało się początkiem czegoś więcej niż czasowej relacji klient-zleceniobiorca. - Wtedy wiedzieliśmy tylko, czego na pewno nie chcemy - wspomina Dorota - A nie chcieliśmy złota, połysku, wzorzystych tapet, czyli wszystkich tych obiegowych wyznaczników luksusu, które sprawiają, że wnętrze traci osobisty rys. Okazało się, że nie mogliśmy trafić lepiej. Kasia i Jacek to niezwykle twórczy duet, który potrafił zarazić nas swoimi pomysłami i wprowadzić w świat własnej estetyki. Nie był to proces łatwy ani bezbolesny - dodaje ze śmiechem - Ale jego owocem jest trwała przyjaźń.
Najpierw trzeba było jednak rozwiązać dylematy funkcjonalne. Klasyczny rozkład stref dziennej i nocnej nie wchodził w grę; wykluczył go podział willi na dwa mieszkania. - Postanowiliśmy nie walczyć z tym podziałem na siłę, dlatego sypialnie znalazły się w przyziemiu - wspominają projektanci. Tam, gdzie kiedyś był warzywniak, później gabinet weterynaryjny, a wreszcie galeria Doroty, pojawiły się pokoje dziecięce. Po poszerzeniu obniżonej części terenu przed domem ich wnętrza pojaśniały i otworzyły się na ogród. Udomowiona suterena w naturalny sposób połączyła się ze strefą dzienną na parterze, tworząc z nią spójny architektoniczny organizm.
Hohlfeldowie to mistrzowie działań ukrytych. Charakter przestrzeni jest dla nich bardzo ważny, ale nie lubią aranżacji określonych raz na zawsze czy forsowanych na siłę wizji. - To domownicy przez lata tworzą klimat mieszkania, dlatego pozostawienie po sobie bardzo czytelnego designerskiego śladu uważamy za pretensjonalne - mówi Jacek. I opowiada o projekcie z filozoficznym zacięciem. O tym, jak najpierw trzeba było oczyścić przestrzeń z wieloletniego nalotu chaotycznych ingerencji, by wydobyć spod niego kawałek po kawałku pierwotną architektoniczną materię. - Zależało nam, żeby mimo wszystkich zmian wpisać dom w zamysł, jaki ukształtował międzywojenną Saską Kępę, zachować ducha tego miejsca - mówi. - Lubimy, kiedy architektura zewnętrzna wkracza do wnętrza - dodaje Katarzyna. Tą metodą - spontanicznie, choć z refleksją i namysłem, dokonując zmian subtelnych, ale istotnych, ingerując gruntownie, lecz taktownie - ukształtowali dzisiejszy wystrój domu, który nasuwa skojarzenia z mieszkaniami słynnych projektantów sprzed pół wieku. Z nienarzucającym się, choć wielkim designem, z oddechem i światłem, z przestrzenią dla domowników i dla ich inwencji. A także z potencjałem rozwoju: tu wszystko może się jeszcze wydarzyć.

Kto tu mieszka? Dorota i Erik, polsko-holenderskie małżeństwo z czwórką dzieci.

Gdzie? Na warszawskiej Saskiej Kępie.

Metraż: 250 m2, dwie dolne kondygnacje w dwurodzinnym domu.

Ikony designu wiodą pod tym dachem pospolity, ale szczęśliwy żywot: wolne od muzealnego kurzu, stale używane, docenione jako świetnie zaprojektowane przedmioty. Meble nie narzucają tu swojej obecności, choć wzrok wyławia rodowodowe oryginały, a nawet prawdziwe unikaty - takie, jak wisząca w kuchni lampa, niezwykły wariant znanego modelu PH 50 Poula Henningsena. Projektant stworzył ją dla duńskich Kortów Królewskich w zaledwie sześciu egzemplarzach; jeden z nich, wyszukany w nowojorskiej galerii, trafił nad tę kuchenną wyspę. I wygląda jakby wisiał tu od zawsze. Właściciele nie lubią połysku nowości, dlatego nic tu nie zdradza przeprowadzonej niedawno rewolucji. A jednak się zdarzyła...

Budynek stoi w cichym sercu Saskiej Kępy, przy jednej z bocznych arterii, wśród innych podobnych sobie, szlachetnie urodzonych reliktów epoki modernizmu. Do niedawna sam był ważnym punktem na kulturalnej mapie dzielnicy; pani domu, Dorota prowadziła w przyziemiu Galerię Sztuk Pięknych vV (wcześniej Kontynenty), w której swoje prace wystawiali uznani artyści. Dziś galeria nieśpiesznie szuka sobie nowego miejsca, bo jej dotychczasową przestrzeń zaanektowały zabawki i szpargały czworga dzieci, które wygrały ze sztuką rywalizację o metraż.

Kiedy Dorota i Erik wprowadzali się tu kilkanaście lat temu, przedwojenny dom miał już za sobą pełną meandrów historię. Zaczynał w 1929 roku z wysokiego C jako trzykondygnacyjna jednorodzinna willa. Jego powojenne losy to typowa kronika degradacji - grodzie prowizorycznych przepierzeń, „nadziałowi” lokatorzy, kolejne warstwy linoleum, farby i tapet. Po latach perturbacji ukonstytuował się obecny podział: jedno samodzielne mieszkanie na piętrze i drugie, na parterze, z przypisaną do niego wysoką rozległą sutereną.

Dwupoziomowy dolny apartament był wprawdzie trochę na bakier z ergonomią (podział jednorodnej w zamyśle przestrzeni wymusił wymieszanie funkcji i budowę nowych schodów), ale dla często podróżującej pary młodych ludzi wydawał się idealny. A oni sami zaczęli dopisywać do historii miejsca nowy rozdział. Erik, z pochodzenia Holender, dobrze poczuł się na Saskiej Kępie, nazywanej zresztą w przeszłości Oleandrami lub po prostu Holandią, przez wzgląd na dzierżawiących jej tereny w XVII wieku holenderskich osadników, a zorganizowana przez Dorotę galeria zaczęła żyć własnym artystycznym życiem. Mieszkanie było w tamtym czasie odbiciem ich pasji i potrzeb, a te wiązały się głównie z podróżowaniem. Pokoje pomalowane na intensywne orientalne barwy, skolonizowane przez meble z odległych zakątków świata, przypominały o jego różnorodności. - Dziś trudno mi uwierzyć, że mogliśmy tu wytrzymać - śmieje się właścicielka.

Scenariusz zmian naszkicowało życie - rozwijająca się rodzina potrzebowała więcej miejsca - ale gospodarze postanowili skorzystać z okazji i połączyć konieczne roszady z gruntowną metamorfozą. Spotkanie z Katarzyną i Jackiem Hohlfeldami, którym powierzyli to zadanie, okazało się początkiem czegoś więcej niż czasowej relacji klient-zleceniobiorca. - Wtedy wiedzieliśmy tylko, czego na pewno nie chcemy - wspomina Dorota - A nie chcieliśmy złota, połysku, wzorzystych tapet, czyli wszystkich tych obiegowych wyznaczników luksusu, które sprawiają, że wnętrze traci osobisty rys. Okazało się, że nie mogliśmy trafić lepiej. Kasia i Jacek to niezwykle twórczy duet, który potrafił zarazić nas swoimi pomysłami i wprowadzić w świat własnej estetyki. Nie był to proces łatwy ani bezbolesny - dodaje ze śmiechem - Ale jego owocem jest trwała przyjaźń.

Najpierw trzeba było jednak rozwiązać dylematy funkcjonalne. Klasyczny rozkład stref dziennej i nocnej nie wchodził w grę; wykluczył go podział willi na dwa mieszkania. - Postanowiliśmy nie walczyć z tym podziałem na siłę, dlatego sypialnie znalazły się w przyziemiu - wspominają projektanci. Tam, gdzie kiedyś był warzywniak, później gabinet weterynaryjny, a wreszcie galeria Doroty, pojawiły się pokoje dziecięce. Po poszerzeniu obniżonej części terenu przed domem ich wnętrza pojaśniały i otworzyły się na ogród. Udomowiona suterena w naturalny sposób połączyła się ze strefą dzienną na parterze, tworząc z nią spójny architektoniczny organizm.

Hohlfeldowie to mistrzowie działań ukrytych. Charakter przestrzeni jest dla nich bardzo ważny, ale nie lubią aranżacji określonych raz na zawsze czy forsowanych na siłę wizji. - To domownicy przez lata tworzą klimat mieszkania, dlatego pozostawienie po sobie bardzo czytelnego designerskiego śladu uważamy za pretensjonalne - mówi Jacek. I opowiada o projekcie z filozoficznym zacięciem. O tym, jak najpierw trzeba było oczyścić przestrzeń z wieloletniego nalotu chaotycznych ingerencji, by wydobyć spod niego kawałek po kawałku pierwotną architektoniczną materię. - Zależało nam, żeby mimo wszystkich zmian wpisać dom w zamysł, jaki ukształtował międzywojenną Saską Kępę, zachować ducha tego miejsca - mówi. - Lubimy, kiedy architektura zewnętrzna wkracza do wnętrza - dodaje Katarzyna. Tą metodą - spontanicznie, choć z refleksją i namysłem, dokonując zmian subtelnych, ale istotnych, ingerując gruntownie, lecz taktownie - ukształtowali dzisiejszy wystrój domu, który nasuwa skojarzenia z mieszkaniami słynnych projektantów sprzed pół wieku. Z nienarzucającym się, choć wielkim designem, z oddechem i światłem, z przestrzenią dla domowników i dla ich inwencji. A także z potencjałem rozwoju: tu wszystko może się jeszcze wydarzyć.

ZOBACZ ZDJĘCIA>>

Zdjęcie CustomForm Fotel LC czarny Zdjęcie D2 Fotel Mercury pikowany czarny-czarny Zdjęcie Homelike Future City Czarny, rozkładany fotel pokryty tkaniną - 0000050372 Zdjęcie Homelike YingYang Czarny fotel obity wewnątrz skórą ekologiczną - i11617
CustomForm Fotel LC czarny D2 Fotel Mercury pikowany Homelike Future City Czarny Homelike YingYang Czarny
Sprawdź ceny > Sprawdź ceny > Sprawdź ceny > Sprawdź ceny >
źródło: Okazje.info

dom i wnętrze na wideo

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Komentarze (3)
Zaloguj się
  • nick4comments

    Oceniono 18 razy 16

    Tego się nie spodziewałem - nareszcie jakieś ciepłe wnętrze, które wygląda jak wnętrze domu, a nie laboratorium, kostnicy, prosektorium, hali fabrycznej, biura, gigantycznego akwarium ani bunkra.

  • swarmhost

    Oceniono 7 razy 1

    Świetne aranżacje. W końcu nie Ikea. Lampa na 4. zdjęciu - obłędna.

  • mariner_c

    Oceniono 6 razy 0

    Dla mnie trochę przycięzkie meble - ale poza tym super - właśnie o to chodzi żeby odchodzić od schematów i urządzać swoje miejsce na świecie po swojemu. Na moim blogu pokazuję wiele nietuzinkowych wnętrz, zapraszam : skandi-anula.blogspot.com/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX