W pracowni: Rafał Olbiński

Ewa Maciąg, stylizacja Basia Dereń Marzec
29.07.2014 08:00
Rafał Olbiński

Rafał Olbiński (Fot. Michał Mutor)

Mistrz operowego plakatu coraz częściej porzuca Nowy Jork dla Warszawy i coraz mniej za nim tęskni. Tu, na Starówce, Rafał Olbiński tworzy swoje pełne poezji obrazy, pisze opowiadania, a ostatnio także baśnie!

Sto metrów kwadratowych w sercu warszawskiej Starówki, z jednej strony z widokiem na Wisłę, a z drugiej na dachy kamienic przy Rynku. Bajka. Wewnątrz klimat barwnej i romantycznej galerii. Rzut oka od progu: mieszanka przedmiotów z różnych stron świata i epok. - Trochę baroku, rock and rolla i weneckiej zbieraniny - żartuje Olbiński, częstując truskawkami i lampką prosecco.

„Jak u Fornasettich, tylko piękniej” - przebiega mi przez myśl, gdy staję w salonie przed ogromnym okrągłym lustrem, które dopełnia skojarzenia ze stylem włoskich designerów. Olbiński za nimi nie przepada, bo widzi tam ślady „banału i efekciarstwa”. A lustro wypatrzył kilka lat temu w Puerto Rico. - Spóźniłem się na samolot i musiałem poczekać na następny. Włóczyłem się po mieście, w małej uliczce trafiłem na galerię sztuki peruwiańskiej. To lustro od razu zauważyłem, kosztowało 600 dolarów - opowiada. Natychmiast kazał je zapakować i przesłać. Bardzo je lubi. - Oprócz tego, że jest ładne, to jeszcze  wyszczupla. Patrząc w nie, człowiek od razu czuje się lepiej - śmieje się. Sprawdzam, coś w tym jest!

To mieszkanie urządził sam, w przeciwieństwie do nowojorskiego, którym dekoratorsko, jak mówi, zawładnęła żona. Kupił je dziesięć lat temu, gdy zaczął częściej bywać w Polsce. Nic tu nie jest przypadkowe, przeciwnie, z każdym z tych przedmiotów czuje się emocjonalnie związany: wszystkie upolował na aukcjach albo wypatrzył na pchlich targach. Najcieplej mówi o małym barokowym koniu szykującym się do skoku, znalezionym na targu w Nowym Jorku. - Wydał mi się tak cudownie kiczowaty. Wenecki fajans, lata 60... Przygotowałem się w duchu, że sprzedawca zażąda 500 dolarów. Pytam, chce... 80. Ja na to, że dam najwyżej 50. Stanęło na 60. Teraz dokupuję do niego różne przedmioty, żeby nie czuł się tu sam - wcale nie żartuje. Od konia zaczęła się jego kolekcjonerska pasja. - To nie tylko przyjemność, dzięki której można poczuć się jak myśliwy - opowiada. - Kolekcjonerstwo poszerza horyzonty. Dowiaduję się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, bez których życie byłoby nudne - śmieje się. Dzieła sztuki traktuje jednak bez kolekcjonerskiego nabożeństwa. Świetną kopię słynnego obrazu Tycjana „Danae” kupił na aukcji, żeby... zakryć nią telewizor. Potem zainspirowała go, by po swojemu odświeżyć słynny mit i namalował obraz, na którym na Danae spada deszcz studolarówek (u Tycjana pod postacią złotych monet krył się Zeus).

Nie jest wierny żadnemu stylowi. - Łączę różne, przełamuję je na swój sposób. Najważniejszym kryterium jest piękno i unikatowość przedmiotu. Wystarczy, że jest ładny, jedyny w swoim rodzaju i czasie, zabawny albo ma swoją historię, a już staram się go jakoś upchnąć, by stworzył symbiozę z resztą. Jak kanapa w stylu Ludwika XV, filigranowa, ze złotym oparciem. - Trafiłem na nią na jakiejś aukcji w Teksasie. Była owiana legendą, wcześniej należała do producenta słynnej „Casa- blanki”. Możliwe, że trafiła na plan filmu i właśnie na niej całowali się Ingrid Bergman z Hum-phreyem Bogartem.

ZOBACZ ZDJĘCIA>>

W tym barwnym, pozornym miszmaszu, widać nie tylko rękę romantyka i poety, ale też architekta. Przedmioty nie przeszkadzają sobie, kolory się nie gryzą, formy nie rywalizują. Nic nie krzyczy ani nie sprawia wrażenia zabłąkanego, bo zawsze gdzieś obok detalu oko trafia na  inny, wyjęty z podobnej bajki.  Nic tu jednak nie jest na serio (a propos, Olbiński nie znosi fasadowej powagi, jest, jak mówi, „tarczą miernoty”. Ale to nie znaczy, że lansuje niepowagę, przeciwnie).

- Poza tym wnętrze nigdy nie jest skończone - mówi. - Zmienia się z nami. Najpierw my je urządzamy, a potem ono tworzy nas. Z czasem z pewnych rzeczy wyrastamy. Pozbędę się stolika w salonie, bo zwyczajnie mi się znudził.

Jednego w designie nie lubi. - Uniformizmu. Designerskich showroomów, takich mieszkań jak spod igły urządzonych ręką projektantów, którzy pozbawiają je pieczątki żyjących w nich osób. Nie przepadam też za tak modnym minimalizmem. To styl, który sprawdza się w loftowych przestrzeniach, ale w niewielkich mieszkaniach urządzonych w tym duchu czuję się jak w poczekalni u dentysty. Wolę, gdy jest przytulnie, ciepło, wygodnie.

Nowy trop w jego kolekcjonerskiej pasji zdradza niewielki obrazek sygnowany nazwiskiem Żmurko.

- U znajomego w Paryżu wpadł mi w ręce stary album z portretami kobiet w sztuce - opowiada. - Wielka publikacja obejmująca wszystkie najważniejsze pozycje i nazwiska. A z polskich twórców tylko Tamara Lempicka i Franciszek Żmurko! Kto to? Okazało się, że był znanym artystą w pierwszej połowie XX wieku. Niedawno trafiłem na ten jego obraz na aukcji. Bardzo w stylu art nouveau, lekkie echa Muncha. Teraz chciałbym dokupić do niego kilka przedmiotów. W nowoczesnym designie podobają mi się m.in. projekty Philippe'a Starcka, poszukam czegoś, co będzie pasowało.

W malutkiej pracowni z widokiem na Wisłę, wśród rozrzuconych akrylowych farb, stoją dwa obrazy do napisanych już „Baśni o miłości i innych przypadkach”. O bajkach opowiada chętniej niż o innych pracach. Podziwia Oskara Wilde'a, zachwycają go opowiadania „Niewidzialne miasta”  Italo Calvino.

- Ale to Andersen jest dla mnie największym mistrzem. Nie ma doskonalszej bajki niż „Szaty cesarza”. Genialne! I jakie to wciąż aktualne, przystające do dyskusji o naszej cywilizacji - mówi. Zrobienie czegoś ponad swoją miarę, sprawdzenie, czy potrafiłby wzruszyć jak Andersen w „Brzydkim kaczątku”? To jest wyzwanie. Przede wszystkim chciałby jednak, by jego bajki były mądre. Bo dzieło sztuki, oprócz tego, że nie pozostawia obojętnym i jest perfekcyjne warsztatowo, musi nieść przesłanie moralne.

O jego pracach mówi się, że są pełne poezji, nastrojowe, „otwierają serce”. Krytycy dyskutują, czy więcej w nich symbolizmu, czy surrealizmu jak z Magritte'a. Wszyscy są zgodni, że Olbińskiemu udało się stworzyć własny język, własny świat, który nie poddaje się dyktatowi trendów. Jak w domu.

Jest jeszcze coś, co szczególnie intryguje w jego twórczości. Tajemnicze, piękne, zmysłowe kobiety. Przy nich mężczyzna zwykle jest jakiś mały, ale to wcale nie znaczy, że słaby. Kim są jego modelki, kogo  maluje? - Znajome, moją córkę. Zwykle odejmuję im kilka lat - uśmiecha się.

Co go ostatnio zachwyciło? Wymienia „Lekcje harmonii” kazachskiego reżysera Emira Baigazina. A w sztuce tzw. współczesnej? - To, że się zastanawiam, mówi za siebie. Nic. Sztuka jest albo dobra, albo zła! Ta „współczesna” często jest wyłącznie komercyjna. Zresztą, pojęcie „sztuka współczesna”, jak mówił jeden z krytyków, stworzyli artyści, którzy przestali oglądać się za kobietami. Wmówili sobie, że odtąd będą mieli inny pomysł. A ja wciąż oglądam się za kobietami.

ZOBACZ ZDJĘCIA>>

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX