Portret z kobiercem. Zaglądamy do mieszkania artystki

tekst Arletta Liro, zdjęcia Aleksandra Laska
13.01.2015 15:07
Obrazy Olgi Wolniak

Obrazy Olgi Wolniak "Szal Szeherezady" i "Safavi". Na podłodze prace z cyklu portretów z arrasów wawelskich. (Fot. Aleksandra Laska)

W mieszkaniu-pracowni Olgi Wolniak wątek sztuki ciasno splata się z osnową codziennego życia. Głównym motywem jej dekoracyjnego malarstwa pozostaje tkanina. Artystka podnosi ją do rangi obrazu. Wibrującego kolorem i emanującego energią, która nastraja pozytywnie.

Przekraczając próg żoliborskiego mieszkania Olgi, zanurzam się w rozmalowany świat. Między neutralną szarością podłogi i ascetyczną bielą ścian artystka „zawiesiła” barwne płaszczyzny niczym gigantyczne płótna.

sztuka, malarstwo, olga wolniak, obrazy
KIM ONA JEST?
Malarka. Tworzy obrazy sztalugowe, murale oraz dekoracje ścienne. Współpracuje z warszawskimi pracowniami architektonicznymi. Sprawuje nadzór kreatywny nad koncepcją i realizacją artystycznych ingerencji w obrębie osiedla Żoliborz Artystyczny (wykona prawie 20 murali). Tematem prac Olgi Wolniak, żoliborzanki i lokalnej społecznicy, będzie filmografia Jerzego Kawalerowicza. Artystka najbardziej znana jest z malarskich cykli, których tematem są tkaniny (tworzy je nieprzerwanie od ponad 20 lat). Prace Olgi Wolniak znajdują się m.in. w kolekcjach: Muzeum Narodowego w Warszawie, Zamku Królewskiego, Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, Muzeum Ilany Goor w Jaffie.

W mieszkaniu-pracowni granice między kuchnią, atelier i pokojem dziennym zatarły się. Obrazy, rzeźby, zdjęcia i rysunki, a także „obiekty znalezione”, które utraciwszy pierwotną funkcję, awansowały do rangi sztuki (jak nieczynna lodówka z lat 50. i stare radio), wydają się ważniejsze od mebli, a kolory korespondują ze sobą. Jak w obrazie. - W pokoju, który należał do syna, użyłam amarantu, w obrębie klatki schodowej fioletu, a w łazience różu. Między tym pokojem i schodami zainstalowałam rudą zasłonę jako zapowiedź oranżu w kuchni, który kapitalnie wygląda latem w porze zachodu - wylicza. - Płótno działa wibracją koloru. Emanuje energią, która pobudza i nastraja pozytywnie. My, Polacy, obawiamy się koloru. Urodziłam się w Birmie. Wyjechałam stamtąd, mając niewiele ponad rok, więc nic nie pamiętam. Oglądałam jednak zdjęcia i słuchałam opowieści. W domu zawsze było mnóstwo egzotycznych przedmiotów. Mama powtarzała, że birmańskie kobiety są jak kwiaty w tych swoich kolorowych ubraniach i barwnych ozdobach. U nas jest raczej ponuro. Ale właśnie dlatego trzeba się doładowywać kolorem! - przekonuje. Gdzieś w podtekście Wschód przewija się przez całe jej życie. Jego odmienna filozofia i estetyka. Inne barwy, inna soczystość zieleni. Barwność, ale raczej w ujęciu duchowym niż w znaczeniu kolorowych ubrań i reklam, za którymi w szarej rzeczywistości komunistycznej Polski tęskniła jako nastolatka.

W kuchni siedzimy przy dużym, współczesnym stole na secesyjnych krzesłach z domu babci artystki. W babcinej alkowie wisiał kilim, który Olga Wolniak odziedziczyła i zabrała do własnej małżeńskiej sypialni. To była pierwsza tkanina, którą, nie jako draperię, lecz samodzielny temat, wiele lat temu przeniosła na obraz.
Pani domu proponuje herbatę. Wędzoną oolong - Smakuje trochę jak bawarka, ale z nutką egzotyki. Nie mogłabym pić tylko wody i zielonej herbaty - opowiada z uśmiechem. - Dobrze się czuję  w modernistycznym wnętrzu. Ale dopiero wtedy, gdy jego surowość przełamię meblem po babci czy gadżetem z lat 50.  Życie to nie inżynieria. Jest rozbuchane - podkreśla.

W jej życiu codzienne rytuały i twórczość przenikają się. - Jestem w pracy cały czas. Codzienność z kolei też domaga się swoich praw. Bywa, że coś maluję i gotuję jednocześnie. Zdarzyło mi się cztery godziny podgrzewać zupę brokułową, bo zapomniałam o niej przy sztalugach! - śmieje się. Wracamy do wątku jej twórczości. - Zawsze zajmował mnie problem znaczenia kobiecej „codziennej twórczości” - podejmuje. - Ale nie lubię wypisywania haseł na obrazach jak na sztandarach. Od jasnych deklaracji wolę znaczenia ukryte. Kondycja kobiety zawsze była i jest ważna w moim malarstwie, tyle że nie wprost. Wytwarzaniem tkanin, haftem, koronkarstwem zajmowały się przecież głównie kobiety. Ich anonimową twórczość i trud chcę podnieść do wyższej rangi obrazu. Poza tym tkanina, sama w sobie, nasuwa skojarzenia z kobiecością. Jest delikatna i zarazem mocna. Ma walor zmysłowy: blask, miękką powierzchnię. Inspirują mnie tkaniny i ornamenty zaczerpnięte z różnych stron świata, także rodzime, ludowe.

Artystka dba o to, żeby nie zagracić czystej przestrzeni. Swoją pasję kolekcjonerską kieruje ku małym formom. Jak kielichy masońskie, a także jeden szklany z huty Józefina działającej do 1945 roku na Dolnym Śląsku. Za niepozorną fasadą ikeowskiego mebla ukrywa się więcej pereł rękodzieła. - Niedługo będę miała niewielką kolekcję, której zalążkiem były dwa kryształowe kieliszki art déco z domu babci.

 

Sztukę czystą reprezentują prace własne właścicieli i ich syna Rafała Dominika, a także nestora rodu - prof. Tadeusza Dominika, oraz podarowane przez przyjaciół artystów. - Gdybym miała środki, dodałabym do nich jakieś arcydzieło malarskie z epoki baroku, rokoko... A może obraz Siemiradzkiego, którego podziwiam, albo płótno Matisse'a? - zastanawia się Olga. - W malarstwie dawnym pociąga mnie sposób przedstawiania szat i draperii: ulotny, a jednocześnie dramatyczny i zmysłowy. Matisse jest mi bliski jako wielbiciel, znawca i kolekcjoner orientalnych tkanin i dywanów. Co do artystów współczesnych, to mam wiele sympatii m.in. dla Jeffa Koonsa. Jeden z jego dziwnych, balansujących na granicy kiczu obiektów chętnie ustawiłabym w moim domu.

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX