Ogród pośród łąk

Tak naprawdę nikt z nas nie jest w stu procentach człowiekiem miasta. Wystarczy kupić choćby najmniejszą działkę i już zaczyna w nas kiełkować pradawna miłość do ziemi.
Pan Leszek Czerwiński był swego czasu laureatem naszego konkursu na najpiękniejszy ogród czytelników. Na co dzień prowadzi pracownię krawiecką, a w szufladzie trzyma dyplom inżyniera mechaniki precyzyjnej. "Jakoś tak wyszło w moim życiu - mówi - że dwa razy zmieniałem zawód. Jeszcze chwila, a zostanę profesjonalnym ogrodnikiem".

Wśród mazowieckich łąk

Minęło już ponad dziesięc lat od chwili, gdy pan Leszek zaczął urządzać ogród wokół swojego nowego domu. Wybrał miejsce pośród rozległych mazowieckich łąk, w czasach gdy te tereny nie były jeszcze tak modne i poszukiwane jak dzisiaj. Warszawiacy dopiero zaczynali odkrywać Kobyłkę i przenosili się tu, umykając przed wielkomiejskim tumultem.

Pan Leszek nabywszy działkę, poprosił o pomoc projektanta zieleni. Ten pozostawił go z planem ogrodu na papierze i tzw. wizją. Z realizacją ambitny właściciel - w końcu inżynier - postanowił poradzić sobie sam. Zaczął od tego, że najął ludzi do sadzenia żywopłotów. Miał nadzieję, że niezawodne tuje choć trochę osłonią jego przyszły ogród przed pełznącymi na przedwiośniu przez pobliskie pola jęzorami zimna. To te właśnie nostalgiczne pejzaże opisywała w Domu nad łąkami mieszkająca kiedyś w pobliskim dworku Zofia Nałkowska.

Inżynier i ogrodnik

Posadzone przed laty iglaki prezentują i dziś nieskazitelną formę. Żywo zielone i wypielęgnowane uwodzą swoją urodą i skutecznie strzegą działki przed chłodem. Na okolicznych łąkach przybyło domów, ale wciąż jeszcze dzieciaki ślizgają się tu po zamarzniętych kałużach. Klimat jest dość ostry, więc okazało się, że delikatne wisterie i ogniki nie chcą w ogrodzie zamieszkać. Co innego winobluszcz trójklapowy, który szturmem zajął elewację. Pan Leszek przemyśliwuje nad skuteczną metodą ograniczenia ekspansji tego pięknego pnącza i zabawia się projektowaniem automatycznego sekatora, którym mógłby zdalnie sterować na wysokości pierwszego piętra. W duchu wciąż jest przecież inżynierem mechanikiem.

W ogrodzie ma już się czym pochwalić. Wszystkie budowle są jego dziełem - zarówno elegancka pergola przed domem, studzienka z lwem, murki i stawek, jak i precyzyjnie ułożone kamienne nawierzchnie. Jednak za największe swoje osiągnięcie pan Czerwiński uznaje zaprojektowanie przez siebie formy do odlania z betonu wysokich kolumn, na których oparł się obszerny półokrągły balkon willi. Pewnie tych ogrodowych "patentów" byłoby więcej, gdyby nie praca zawodowa. Swojemu konstruktorskiemu powołaniu i ogrodniczej pasji właściciel może poświęcić tylko weekendy.

Szlifowanie formy

Z założenia miał to być ogród nieuciążliwy. Przez kolejne sezony przybywało w nim roślin i testowane były różne pomysły, by teraz po dziesięciu latach zacząć poszukiwać klarownej formy. A ta wykluwa się przez odejmowanie. Niektóre fragmenty ogrodu "pracują "już samodzielnie, innym trzeba jeszcze pomagać.

Oczko wodne, zdaniem pana Leszka, jest już gotowe. Malowniczy nadwodny szuwar skutecznie czyści w nim wodę, więc jedynym utrapieniem jest operowanie "ręcznym skimerem" (czyli siatką na kiju) do zgarniania śmieci. Inne fragmenty trzeba jeszcze poprawić. "Człowiek się zmienia i zmienia się ogród. Jak coś nie wychodzi, po prostu wymieniam rośliny. Producent się cieszy, a ogród trochę się odświeża" - żartuje właściciel. W weekendy robi obchód swoich włości i zawsze ma ze sobą sekator. Trzeba trzymać w ryzach jałowce, usuwać przekwitłe kwiatostany... Przycinanie to jedna z najważniejszych prac w wyrośniętym ogrodzie.

Trochę drzew wśród pól

Prostą konstrukcję pergoli przed domem zajęły winogrona. Pod oknami na słonecznej skarpie czaruje gąszcz skalnych roślin. Latem można tu podziwiać lilie, powojniki i szarofioletowe chmury kocimiętki. Są kompozycje iglaków i wrzosowisko z kilkunastu odmian wrzosów. Cztery różowe głogi oddzielają trawnik od warzywnika, w którym bujają borówki amerykańskie.

Po obu stronach zwróconego w stronę łąk tarasu pan Leszek posadził ulubione czarne sosny (z czasem będą chroniły przed ostrym południowo-zachodnim słońcem), a także piękny czarny bez i jarzębiny. Te ostatnie z myślą o kosach i jemiołuszkach. Gospodarz z radością widzi u siebie wszystkie drobne zwierzęta - wygnańców z kurczących się w oczach wolnych pól. I tylko krety wita bez entuzjazmu.

Ten ogród cieszy zmysły. Pełen jest kolorów i zapachów, woni sosen, wieczornych aromatów maciejki i tytoniu ozdobnego. A za płotem tuż przy furtce czuwa stara polna grusza. Ostatni świadek czasów, gdy wokół aż po horyzont rozciągały się dzikie łąki.

Więcej o: