Zielona rewolucja

Czasami warto wywrócić w ogrodzie wszystko do góry nogami, żeby nabrał prawdziwego blasku.
Kiedy na działkę wjechała maszyna do przesadzania drzew, państwa Kaszubów ogarnął niepokój. Teoretycznie wszystko powinno się udać, lecz przesuwanie z miejsca na miejsce dwudziestoletnich tui czy cyprysików zawsze jest ryzykowne. Jako ogrodnicy zdawali sobie z tego sprawę aż nadto dobrze. Poza tym był to symboliczny koniec starego ogrodu, jakiegoś etapu w życiu rodziny.

Zostawić trochę wspomnień

Na szczęście wszystko poszło dobrze. Duże drzewa zmieniły miejsca. Przycięte o 1/3 i podlewane starannie przez dwa kolejne sezony rosną dziś świetnie. Były wszak w dobrych rękach.

Państwo Izabela i Andrzej Kaszubowie, którzy tak energicznie zabrali się do zmian w swoim ogrodzie, to doskonali fachowcy. Przez lata zajmowali się produkcją kwiatów (nawet tak trudnych i chimerycznych jak storczyki), dziś z sukcesem prowadzą znane warszawskie centrum ogrodnicze "Świat roślin". Zielona rewolucja zaczęła się, kiedy dokupili spory kawałek ziemi i drzewa, które rosły na granicy poprzedniej działki, znalazły się nagle w samym środku nowego ogrodu, dezorganizując przestrzeń. Na kosztowne przesadzanie zdecydowali się nie tylko dlatego, że żal było wycinać piękne okazy, ale też dlatego, że każde z tych drzew miało swoją historię. Były przez lata z trudem zdobywane na skromnym ogrodniczym rynku PRL-u.

Wizje, szkice, marzenia

"Projektowanie nowego ogrodu wcale nie szło łatwo - mówi pani Izabela - w domu trwały niekończące się burzliwe dyskusje. Powstawały wciąż nowe koncepcje i szkice. W kółko chodziliśmy po terenie, starając się wyobrazić sobie, jak wszystko urządzić". Dla gospodarzy jasne było jedno - w ogrodzie potrzeba przestrzeni, by wzrok mógł wędrować swobodnie i daleko. Wiedzieli także, że niektórych drzew nie wolno ruszyć. Takim punktem constans był między innymi dwudziestosiedmioletni modrzew posadzony w dniu urodzin średniego syna, Tomasza. Nie warto było też ruszać grupy wielkich jałowców, bo świetnie zasłaniały ogród przed spojrzeniami zza bramy.

A więc zaczęto urządzać przestrzeń, zaczynając od modrzewia. Stanęła pod nim obszerna drewniana altana, a nieopodal powstała kaskada ze strumykiem i ozdobne jeziorko. Wcześniej był tam basenik pełen wodnych roślin. Prac nad kaskadą doglądał osobiście gospodarz. Sam jeździł do kamieniołomu i wybierał głazy serpentynitu. "Gdy teraz siedzę w altanie, słuchając spokojnego plusku wody - mówi pani Izabela - nie chce mi się wyjeżdżać na żadne wakacje".

Kolorowo i kwitnąco

"Podzieliliśmy nasze ogrodowe strefy wpływów - śmieje się gospodyni - żeby nie było jak z tymi sześcioma kucharkami. Kaskada, woda i trawnik to domena męża. Moje są kwiatowe rabaty". Wzdłuż ścieżki prowadzącej do altany rosną rododendrony, azalie i peonie drzewiaste. Za tło służą im duże iglaki (właśnie te poprzesadzane), a od frontu latem uzupełnia kompozycję niski łan niecierpka płożącego. To 'Fanfary fuchsia' - odmiana, którą pani Izabela bardzo ceni i poleca klientom. Sadzonki tego niecierpka nie wyglądają zbyt efektownie, ale posadzone do gruntu i systematycznie podlewane pokazują, na co je stać, zamieniając się w olbrzymie, pełne różowych kwiatów poduchy.

Także rabaty założone pod oknami domu są niezwykle efektowne. To zaciszne miejsce przeznaczone zostało dla kolekcji klonów palmowych. Delikatnym drzewkom towarzyszą wiosenne tulipany w najróżniejszych kolorach (niesprzedane jesienią cebule lądują oczywiście w ogrodzie), niskie dywanowe floksy (Phlox subulata ), wilczomlecze (Euphorbia polychroma ) i goździki kartuzki. Latem miejsce po tulipanach wypełnia pomarańczowa lantana i fioletowa scewola. Oba gatunki, bardzo cenione przez właścicielkę, są w tym miejscu po prostu niezawodne.

Krety i ciemierniki

Można by się spodziewać, że ogród właścicieli centrum ogrodniczego stanie się kolekcją najdziwniejszych roślin. Ale w przypadku państwa Kaszubów tak się nie stało. Ich ogród ma klarowną kompozycję utrzymaną w doskonałym wręcz porządku. Oczywiście na rabatach testuje się najróżniejsze nowości, ale wszystko w ściśle określonych ramach. Pani Izabela wciąż udoskonala fragmenty ogrodowego krajobrazu. Po ostatniej podróży do Anglii, kiedy to zakochała się w ciemiernikach (Helleborus), posadziła u siebie przywiezione z Wysp odmiany o prawie czarnych, aksamitnych płatkach.

W brzozowym lasku (powstał z samosiejek, lecz doceniono jego urodę) założyła niedawno biało-niebieski kobierzec z krokusów, pachnących narcyzów, kokoryczy i dzwonków.

Dumą pana Andrzeja Kaszuby jest szmaragdowy trawnik. Trudno uwierzyć, że zaledwie parę lat temu było tu falujące morze krecich kopców. Upartych zwierzątek nie dawało się wyprosić. Gdy zawiodły pułapki, świece dymne i gwizdki, trzeba było trawnik założyć od zera, ukrywając pod darnią plastikową siatkę o cienkich oczkach. Patent się sprawdził. Dziś nie wstyd pokazać trawnik kolegom z branży.

Sztafeta pokoleń

Pani Kaszuba ma nadzieję, że synowie będą kontynuować rodzinną tradycję. Wszystko na to wskazuje. Najstarszy Mateusz już jako sześciolatek pomagał w ogrodzie. Dziś jest właścicielem trzech modnych warszawskich kwiaciarni. Średni Tomasz prowadzi wraz z rodzicami centrum ogrodnicze. Najmłodszy Jan to jeszcze licealista.

"Mamy komu przekazać nasz ogród - mówi pani Iza. - Drzewa będą dalej rosły, huśtawki synów już służą wnukom. I tak jest dobrze. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby było pięknie. A następne pokolenia niech potem zmieniają ogród tak, jak chcą".



Więcej o: