Za klasztornym murem

Siostry wizytki w Warszawie obchodzą swoje 350-lecie. Publikujemy unikalne zdjęcia z ich klasztornego ogrodu. O pozwolenie zrobienia tych fotografii autor zabiegał kilka lat.


W samym środku milionowego miasta znajduje się niezwykła enklawa ciszy i spokoju. Warszawiacy uczestniczący w niedzielnych mszach u wizytek na Krakowskim Przedmieściu słuchają czasem śpiewu zakonnic. Nie spotykają ich jednak nigdy. Życie tej wspólnoty przepełnione modlitwą i pracą toczy się w ukryciu. Ze światem zewnętrznym kontaktują się tu tylko wyznaczone, zawsze te same, osoby.

"Dla dzisiejszego człowieka klasztor zamknięty jest zagadką. Współcześni przeważnie nie rozumieją klauzury. Dziwi ich odgradzanie od świata (...). Pismo Święte mówi, że Bóg umieścił pierwszych ludzi w raju, w ogrodzie, to znaczy w miejscu ogrodzonym, jak wskazuje sama nazwa. Można przypuszczać, chodzi o ochronienie tego, co przybliża człowieka do Stwórcy: piękna przyrody, spokoju, czystości powietrza, poczucia bezpieczeństwa, tęsknoty za modlitwą, pełni życia duchowego (...). Siostry, które wstępują do zgromadzenia kontemplacyjnego, otaczają sobą świat żyjący Bogiem i chcą być dla innych źródłem wody żywej (...) ratują wspomnienie raju..." - napisał ks. Jan Twardowski we wstępie do rocznicowego albumu "Wizytki. Hortus Conclusus".

Historia

Ludwika Maria Gonzaga de Nevers, żona królów Polski Władysława IV, a później Jana Kazimierza, sprowadziła wizytki z Francji w 1654 roku. Bliskie sercu królowej Zgromadzenie Sióstr Nawiedzenia Panny Marii (Visitationis Beatissime Virginis Mariae - stąd nazwa wizytki) zajmowało się chorymi i biednymi oraz wychowaniem i kształceniem dziewcząt. Dopiero z czasem zmieniło się ono w zamknięty zakon klauzurowy. Królowa wybrała dla sióstr wizytek miejsce w Warszawie na wysokiej wiślanej skarpie. Podarowała budynki i rozległy teren sięgający rzeki, zadbała też o materialne podstawy życia klasztoru, ofiarowując starostwo z trzynastoma wsiami w Kamieńczyku nad Bugiem.

Ludwika Maria wśród francuskich zakonnic czuła się bodaj lepiej niż w pałacu. Urządziła w klasztorze skromny apartament, gdzie słuchała rekolekcji, a czasem po prostu mieszkała. W testamencie prosiła króla i sejm o opiekę nad klasztorem i o to, by wyjęto jej serce i pozostawiono Siostrom Panny Marii w Warszawie.

Historia warszawskich wizytek obfitowała w niezwykłe wydarzenia. Podczas najazdu szwedzkiego w 1655 r. zakonnice musiały opuścić Warszawę, a drewniane zabudowania klasztoru, uprzednio splądrowane przez wojska szwedzkie, spłonęły.

Nowe (istniejące do dzisiaj) zbudowano już z cegły. Dzięki fundacji rodu Sieniawskich wzniesiono też nowy kościół pod wezwaniem św. Józefa. Jego wyjątkowa uroda i położenie w samym sercu Warszawy sprawiły, że jest on do dziś jednym z najważniejszych w stolicy.

Zakon dzielił losy Warszawy i całej ojczyzny. W roku 1794 wsparł finansowo insurekcję kościuszkowską, więc po klęsce, w wyniku kontrybucji, Rosjanie ogołocili kościół z monstrancji i kielichów, zabierając nawet urnę królowej fundatorki. W 1807 roku, podczas kampanii napoleońskiej, siostry znowu musiały opuścić klasztor, który został przeznaczony na lazaret (szpital wojenny).

W okresie zaborów warszawskim wizytkom skonfiskowano dobra i zakazano przyjmowania nowych powołań. Dopiero w roku 1905 zmienił się ukaz carski, a było to dosłownie w ostatniej chwili - wspólnota liczyła wówczas zaledwie siedem sióstr...

Podczas Powstania Warszawskiego w klasztorze znalazły schronienie setki osób. Po jego upadku wizytki, podobnie jak wszyscy mieszkańcy miasta, musiały opuścić Warszawę. Ale już 17 stycznia 1945 roku wróciły na Krakowskie Przedmieście.

Po wojnie klasztor też nie zaznał upragnionego spokoju, tym bardziej że rektorem kościoła św. Józefa został źle widziany przez komunistyczne władze ks. Jan Zieja, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, kampanii wrześniowej i kapelan Szarych Szeregów... Następcą tego niezwykłego człowieka został kapłan poeta ks. Jan Twardowski.

Ogród

Jeszcze w XVIII wieku tereny należące do klasztoru sięgały Wisły. Na skarpie ulokowano budynki. Była tam sala ogólnych zgromadzeń, nowicjat, infirmeria (szpital), refektarz, kuchnia, spiżarnia i tzw. koło, czyli furta do otrzymywania korespondencji i zaopatrzenia. Na piętrze zaś - dormitorium złożone z 18 cel wyposażonych w łóżka, stoły, krzesła. Nad tym wszystkim wielki strych do suszenia bielizny.

Nad odległą rzekę siostry wybierały się ponoć powozami.

Dziś własnością zakonu pozostał skrawek ziemi ukryty za wysokim ceglanym murem. Z okien klasztornych budynków nie widać miasta. Można podziwiać z nich wschody słońca nad rzeką, czubki drzew nadwiślańskich łęgów i wieże kościoła św. Floriana na Pradze.

Od zawsze wspólnoty zakonne prowadziły własne gospodarstwa. Także u wizytek ogród jest źródłem owoców i warzyw dla mieszkanek klasztoru oraz kwiatów na ołtarze. Wygląda on trochę jak sad wokół dziewiętnastowiecznego polskiego dworu. Rosną tu wysokopienne jabłonie, wspaniałe czereśnie, grusze i śliwy. Drzewa posadzone są w luźnych rzędach, poprzetykanych krzewami porzeczek, agrestu i malin. Nieopodal rozpościerają się grzędy z wszystkimi potrzebnymi w kuchni warzywami i ziołami. Roślinom pożytecznym towarzyszą kwiaty: wiosenne tulipany, narcyzy, potem fiołki, stokrotki, lilie, róże, dalie i nagietki. Tylko na szczycie skarpy, w pobliżu budowli klasztornych, pomiędzy którymi utworzyły się niewielkie, służące spacerom dziedzińce, są cięte krzewy zimozielonych bukszpanów i cisów oraz stare bzy lilaki. Pomiędzy nimi widać wygracowane do czysta i wysypane piaskiem ścieżki.

Na co dzień roślinnym gospodarstwem zajmuje się siostra ogrodniczka z dwiema pomocnicami (wyznaczanymi co roku przez matkę przełożoną). Do ciężkich robót (klasztor ma mały ciągnik z glebogryzarką) przychodzi od lat ten sam człowiek z zewnątrz, który pracuje zawsze pod nieobecność sióstr.

Okres zbiorów jest w ogrodzie wyjątkowy. Bierze w nich udział cała wspólnota. Własne przetwory przechowywane w sklepionych murowanych piwnicach XVIII- wiecznych budowli służą zakonnicom przez zimowe miesiące.

Wizytki żyją bardzo skromnie. Gospodarstwo prowadzone jest w sposób naturalny - bez oprysków i sztucznych nawozów. Stosuje się tzw. płodozmian - gdy któraś z roślin przestaje rodzić, po prostu szuka się dla niej innego miejsca w ogrodzie.

Rośliny w klasztornym ogrodzie służą także kontemplacji. Są źródłem zachwytu nad dziełem stworzenia. Jak mawia ks. Twardowski, siostry pielęgnują skrawek raju, świat natury żyjący Bogiem. Czerpią z niego radość i siłę, by przekazywać je dalej, na zewnątrz, mocą wspólnej modlitwy.

W zapiskach klasztornych znajduje się mała notatka z czasów ostatniej wojny, kiedy podczas Powstania wizytki przyjęły pod swój dach setki warszawiaków. W jakiś sposób dotyczy ona właśnie ogrodu: Samymi pomidorami, które były w naszym ogrodzie, nie można było żyć (...). Na szczęście, była studnia w ogrodzie, czyli mieliśmy wodę, to było wielkie dobrodziejstwo. Ta studnia istnieje do dzisiaj.

Więcej o: