Zakładanie ogrodu - pod znakiem ścieżek

Tekst Marzena Hmielewicz i Marcin Jamkowski

Jak Marzena i Marcin swój ogród zakładali, cz. 2

Trzeba przyznać, że to był świetny pomysł z tym wynajęciem ogrodnika! Lektura projektu, jaki nam przygotował Krzysiek, wciągnęła nas bardziej, niż niejeden bestseller. Tak się wpatrzyliśmy w jego rysunki, że przed nosem minęła nam jesień i cały niedoszły ogród przysypała gruba warstwa białego, wiejskiego (niesolonego!) śniegu. Skoro nie zdążyliśmy już nic zrobić w ogrodzie, czas zimowej przerwy pozostał nam na dokładne przestudiowanie projektu i kosztorysu, no a co za tym idzie - negocjacje cenowe. Analizowaliśmy też czy to, co przygotował Krzysiek, spełnia nasze oczekiwania. Najważniejsze jednak było wyobrażenie sobie naszego przyszłego ogrodu i zdecydowanie, czy w takim otoczeniu będzie nam się dobrze i miło żyć! Niby to proste, ale wiadomo, że gdzie dwóch Polaków, to dwa sądy, zaś gdzie Polaków dwoje Ech Konsensus jednak osiągnąć się udało, choć trzeba przyznać, że w drodze negocjacji niewiele łatwiejszych niż te, jakie rząd prowadził w dniach poprzedzających akcesję Polski do Unii Europejskiej! Ale wszystko po kolei.

Zima - czas na negocjacje

Jak to zwykle bywa, na początek człowiek zajmuje się tym, co najmniej ważne. My więc skupiliśmy się na tzw. opasce - czyli tym, co bezpośrednio otacza budynek. Długie godziny spełzły na jałowych dysputach, czy wylać ją z betonu, czy wyłożyć płytami. Koniec końców stanęło na tym, że będzie wysypana drobnymi rzecznymi kamykami i oddzielona od trawnika zieloną plastikową taśmą (Krzysiek twierdził, że jak wyrośnie trawnik, nie będzie jej widać, i jak się okazało, miał rację!)

Nie mniej ważnym punktem rozmów w czasie długich zimowych wieczorów przy kominku okazały się ścieżki. Wymyśliliśmy bowiem, że do drewutni i do kompostownika, no i dookoła domu być muszą. Ale z czego je zrobić? Z kostki brukowej - za drogo, z plastrów dębowego drzewa - może zgniją, z otoczaków - nie, bo sobie zęby wybijemy na nierównościach! Genialny pomysł wpadł nam do głowy przy przeglądaniu slajdów z wyjazdu w jakieś skaliste góry - zróbmy ścieżki z piaskowca! Może nie będzie oszczędnie, ale chodząc po obłupanych głazach, będziemy miło wspominać podróże w góry.

Zupełnie łatwo poszło nam z kompostownikiem - musi być i basta! W końcu przy naszym ekologicznym podejściu do życia śmieci trzeba segregować, a wszystkie odpadki żywnościowe razem ze zwiędłymi roślinami i skoszoną trawą na kompoście znajdą należne miejsce spoczynku. Uznaliśmy więc, że jest niezbędny. Żeby nie szpecić okolicy, uznaliśmy, że powinien być schowany za wianuszkiem tuj i treliażem z pnączami.

Oboje też byliśmy zgodni, że przed tarasem muszą stanąć wielkie drewniane donice-skrzynie, by rosnące w nich rośliny odrobinę osłoniły taras, żeby zagrodziły miłym (lecz kłopotliwym) okolicznym futrzakom dostęp do piaseczku, jaki leży pod tarasem, a z którego z chęcią koty zrobiłyby sobie toaletę...

Pomyśleliśmy też o odpływach spod rynien. Przecież domu nie wybudowaliśmy w suchej jak pieprz Hiszpanii, lecz w kraju, gdzie potrafi padać przez całą jesień, i gdzieś ta deszczówka podziać się musi. Nasz fachowiec na pewno coś wymyśli - powiedzieliśmy do siebie. Może betonowe jęzory odprowadzające nadmiar wody, może jakieś zbiorniki. Zobaczymy.

Jak przystało na ogrodniczych nowicjuszy, na sam koniec naszych prac koncepcyjnych nad ogrodem zostawiliśmy sobie rzecz chyba najważniejszą - rośliny! Przeglądając propozycję Krzyśka i posiłkując się jeszcze kilkoma książkami, w jakie wyposażyła nas przewidująca rodzina, wymyśliliśmy, że chcemy mieć nasadzenia przeróżne: zimozielone, iglaki, liściaste, małe, duże, drzewa i krzewy, byliny i jednoroczne, płożące i pnące się, jednym słowem - zaszaleliśmy.

Przedwiośnie - dobry czas na odchudzanie

Zamarliśmy w oczekiwaniu na cenę. Zdradzić jej czytelnikom rzecz jasna nie możemy, dość powiedzieć, że po jej usłyszeniu natychmiast wdrożyliśmy program oszczędnościowy - zdecydowaliśmy odchudzić...

nasz ogród.

Na początek pod topór oszczędności poszło kilka wywrotek ziemi, które przez jakąś chwilę ogrodniczego uniesienia planowaliśmy rozsypać pod nasz przyszły trawnik, a co za tym idzie, z kosztorysu można też było wykreślić podpunkt "plantowanie przywiezionej ziemi". No proszę - jedna redukcja, a dwie oszczędności.

Kolejne cięcie wzięło się z ambicji. A dokładnie z wejścia Marzeny na moją ambicję. Wystarczyło, że powiedziała: "A co, sam nie dasz rady zrobić kompostownika?", bym - urażony w męską dumę - natychmiast powiedział: "Co, ja nie dam rady?". No i w ten sposób zrobienie kompostownika zostało przerzucone z kosztorysu Krzyśka na moje barki...

Jeszcze daleko było do końca oszczędności, gdy nasz wzrok padł na pergolkę. Oboje porozumieliśmy się bez słów, że pergolki robić obowiązku nie ma, a z czegoś zrezygnować trzeba.

I wreszcie przyszły cięcia w nasadzeniach. Dokonaliśmy prawdziwej przecinki nieposadzonych jeszcze drzew i krzewów, a nawet bylin i jednorocznych, cebulowych i bulw, iglastych i liściastych, małych i dużych. Oj, było co wycinać. Gdy bowiem dokładniej po raz kolejny przyjrzeliśmy się planowi Krzyśka, okazało się, że nasz ogrodnik poważnie zaszalał z panią florą. Zasadził nam, całe szczęście tylko na papierze, przy naszej aprobacie taką ilość zieleniny, że gdybyśmy dali jej szanse wyrosnąć, za kilka lat musielibyśmy po ogrodzie poruszać się z maczetą!

Mechanizm przyjęliśmy taki: gdzie za gęsto - tam tniemy na oślep. A w miejscach, skąd nie chcieliśmy się pozbywać roślin, zamieniamy za drogie na inne - zwyklejsze i tańsze. I tak na przykład zamieniliśmy sosnę czarną na zwykłą, wykopaną z działki przyjaciół, którzy mają ich aż za dużo, budleje Dawida zmieniliśmy na bez (lilak pospolity), a wrzosy na rozchodniki z działki rodziców. Po ponownym podliczeniu okazało się, że cena (czego? całego ogrodu czy samych roślin?) jest o 50 proc. niższa od wyjściowej.

Nasz ogrodnik na te zmiany zareagował długim posępnym milczeniem. Powoli rozstawał się ze swoją wizją naszego ogrodu. Minęło trochę czasu (około jednej herbaty), nim przyznał, że przesadził nieco z ilością roślin, i zaproponował, by może niektóre rośliny posadzić jesienią, a nie wiosną - dając nam tym samym więcej czasu na zgromadzenie pieniędzy. Zgodziliśmy się, postanowiliśmy jednak trzymać się naszej wersji planu i naszego wyboru roślin.

Wiosna - czas na prace!

Z niecierpliwością czekaliśmy, aż odpuszczą ostatnie mrozy i stopi się samotny śniegowy bałwan ulepiony przed tarasem, aby zabrać się do pracy. Od czego by tu zacząć? Pierwsza upragniona odwilż i podeszwa buta zassana przez gliniaste podłoże podsunęła nam odpowiedź - czyszczenie działki i budowa ścieżek. Koniec z taplaniem się w błocie!

Był początek kwietnia, gdy wszystko trochę obeschło i na nasz niewielki teren wjechały widły, łopaty, grabie, glebogryzarka i kilka par młodych rąk praktykantów Krzyśka. Praca zawrzała. Pryskanie herbicydem, usuwanie pominiętych wcześniej resztek betonu i prętów rozrzuconych po budowie, wyrównywanie i spulchnianie ziemi glebogryzarką. Gdy tak patrzyliśmy, jak im to sprawnie idzie, Marzena powiedziała: "Może sami dalibyśmy radę to zrobić, a byłoby taniej...". Nasza zarozumiałość została ukarana w jednej chwili. W tym samym bowiem momencie równo pracująca glebogryzarka zakasłała, zazgrzytała i zakrztusiła się naszą twardą, gliniastą ziemia na amen. Cisza, jaka zapanowała, wprowadziła raz na zawsze porządek w naszej wybujałej wyobraźni na temat samodzielnego zakładania ogrodu. Jak dobrze, że mamy fachowców, którzy wiedzą, co z tym zrobić - mówiliśmy do siebie. Krzysiek pojechał naprawiać glebogryzarkę, a młodzi przyszli ogrodnicy zalegli na tarasie. Koniec końców, mimo że było dopiero południe, praca w tym dniu była zakończona. - Dobrze, że nie płacimy im za godziny, tylko za wykonaną pracę - pomyślałem, chowając się do domu.

Glebogryzarka ruszyła po trzech dniach, a wraz z nią z kopyta pomknęły prace w naszym ogrodzie. Cały teren został zryty (czytaj - spulchniony) w okamgnieniu, a zaraz potem wyrównany jak lustro wody. Nim przystąpiliśmy do przekształcania tej tafli w trawnik, pozostało do zrobienia kilka prac. Po pierwsze, ścieżka do kompostownika - przy użyciu naszych uśrednionych kroków wyznaczyliśmy, gdzie mają leżeć piaskowcowe kamienie, z których będą ścieżki. Łaziliśmy w tę i z powrotem przez godzinę i kamienie spoczęły dokładnie w tych miejscach, gdzie stąpaliśmy najczęściej. Wszak już idol minionej epoki Lenin mawiał, że "trzeba budować drogi tam, gdzie ludzie wydeptali sobie ścieżki". Mamy nadzieję, że nasze drogi przetrwają dłużej niż jego idee. Na razie, przez rok użytkowania, praktyka pokazała, że takie ścieżki sprawdzają się znakomicie, trzeba tylko luźno ułożyć kamienie - nie bezpośrednio na gruncie, lecz na przepuszczalnej podsypce z piachu.

Idąc tymi ścieżkami, doszliśmy też do wniosku, że kompost jest niezbędny natychmiast, a nie np. za pół roku. - Nie ma trawnika bez kompostownika, to jest najważniejsze na działce - powiedziała Tereska (mama Marcina) i kompostownik nam zasponsorowała. Piękny, nowy, ze stali cynkowanej ogniowo, otoczony aureolą całkiem sporych tuj.

Największe kłopoty wystąpiły w miejscu zupełnie nieoczekiwanym, a mianowicie przy budowie skrzyń okalających taras. Krzysiek zrobił je ze starych stempli po naszej budowie. Nakombinował się i napracował cały dzień. Gdy Marzena wróciła wieczorem, powiedział: "Chciałem, żeby było taniej". Niestety, zmurszałe, choć nowe skrzynie trzeba było rozebrać. Zrobienie nowych skrzyniodonic z okrąglaków pomalowanych sosnowym drewnochronem w kolorze tarasu i ogrodzenia zajęło dwa dni.

Łatwiej poszło z opaską. W tej wersji, na jaką się zdecydowaliśmy, powstała w okamgnieniu. Zielona plastikowa taśma 40 cm od podstawy domu oplotła cały nasz dom, pomijając taras, wejście i wjazd do garaży. Po czym została wypełniona okrągłymi rzecznymi kamyczkami. Od razu zrobiło się czyściej i przejrzyściej. Na dobrą sprawę przedpole pod robienie trawnika zostało przygotowane.

Skomentuj:

Zakładanie ogrodu - pod znakiem ścieżek