To powaga, nie domówka

Tekst: Marcin Piekoszewski

Można mieszkać w galerii, jeśli się lubi często przestawiać meble

Kiedy z okazji inauguracji galerii Hoża w kawalerce Katarzyny Wyrozębskiej zaczyna się performance, grupka mieszkańców kamienicy sabotuje wernisaż i ściąga ukradkiem drogowskaz przy bramie. Przed fotografiami i grafikami wywieszonymi na ścianach mieszkania ciśnie się już wtedy 50 osób.

- Tradycyjne galerie stały się artystycznymi komisami - tłumaczy Wyrozębska, studentka fotografii w łódzkiej Filmówce, która zorganizowała galerię domową. - Coraz rzadziej uprawia się sztukę dla sztuki. Poza tym lubię zrzeszać ludzi, większość moich znajomych poznała się przeze mnie - mówi. Do Warszawy przeprowadziła się przed rokiem. Żeby się utrzymać, pracuje jako menedżerka restauracji.

Decyzja o otworzeniu galerii zapadła szybko, jak sama mówi, przy obiedzie. Zadzwoniła do siedmiu znajomych fotografików. Rozkręciła meble; tapczan, fotele i stolik wyniosła na klatkę schodową. Choć prace zostały wystawione również w łazience, wnętrze kawalerki miało nie pozostawiać wątpliwości co do intencji jej lokatorki. - Nie robię domówki, sprawa jest poważna - uprzedzała zaproszonych gości.

Wystawa 'Świat jest prywatny' dla wielu okazała się olśnieniem - po kilku dniach do Wyrozębskiej zaczęli zgłaszać się młodzi artyści z zapytaniem o możliwość współpracy - choć nie było to pierwsze przedsięwzięcie tego typu w Warszawie.

Na przełomie maja i czerwca 2006 roku w sześciu mieszkaniach jednocześnie odbyła się wystawa pod wspólnym tytułem 'Nie lękajcie się'. Ich właściciele - jak najbardziej prywatni i nie zawsze związani ze sztuką - w cztery kolejne niedziele otwierali, choćby w trakcie śniadania czy obiadu, drzwi przed nieznajomymi ludźmi (wystawę obejrzało w sumie kilkaset osób). Wystawione prace poświęcone były rozterkom współczesnego życia religijnego, które - jak mówi kurator całej akcji Sarmen Beglarian - nie są chętnie poruszane w oficjalnych galeriach. Temat odnosi się do sfery osobistej, stale jednak jest dyskutowany publicznie, stąd symboliczne przeniesienie dyskursu z przestrzeni ogólnodostępnej w intymną.

Miesiąc po otwarciu galerii Hoża na ścianach pozostało kilka fotografii, kilka spadło za tapczan, a Wyrozębska przygotowuje już kolejną wystawę. - Wierzę w działania oddolne, że wielkie rzeczy zaczynają się od małych - mówi i niechętnie przyznaje się do pewnego marzenia: stworzenia galerii sztuki europejskiej w Hongkongu.

W krakowskim mieszkaniu przy Czystej można swobodnie pospacerować. Jeśli stanąć pod oknem i otworzyć wszystkie drzwi na przestrzał, to przez pokój, przedpokój, pracownię i kuchnię można równym krokiem wystawowym przejść się aż pod starą wannę w łazience.

Przed czterema laty Bogusław Bachorczyk - malarz, grafik, fotografik, ilustrator książek - stanął do przetargu na wynajęcie mieszkania. Lokal miał być użytkowy, a malarz nosił się właśnie z zamiarem założenia pracowni otwartej. Z licytacji wyszedł zwycięsko, pokonując innego artystę oraz paru rosłych biznesmenów, którzy branży nie ujawnili.

- Od początku chciałem przełamać konwencję prywatności - wspomina artysta, dodając, że i okoliczności w owym czasie zachęcały do działań na własną rękę: brak etatów na krakowskiej ASP, jednostajny krwiobieg lokalnych galerii, a przy tym potrzeba spotykania ludzi i dzielenia się własną pracą. Pocztą pantoflową rozesłał pierwsze zaproszenia do pracowni.

- Wszystko się tu pętli - mówi Bachorczyk. Na jednej ścianie żółto-

-czarny galimatias: ludzie, rośliny, koty, sytuacje naszkicowane podczas artystycznych akcji, wystaw, prywatnych spotkań przy kawie. Zaczęło się od kilku obrazów wywieszonych dla kilkunastu znajomych.

Na kolejnych spotkaniach Bachorczyk zaczął tworzyć na ścianie 'fresk', który rozrastał się, pochłaniał płótno za płótnem i przykuwał uwagę coraz liczniejszych gości. Z niektórych fragmentów artysta tworzył osobne rysunki i obrazy, a oryginały na ścianie zakrywał farbą. Po czym malował dalej i opowiadał. O plastrach wyciągniętych ze starego ula, z których wziął się pomysł robienia obrazów z pomocą pszczół, o 'polskich Don Kiszotach', czyli serii kolaży tworzonych jedną ręką (drugą miał złamaną), o zabytkowych przyrządach do rehabilitacji, które wyglądają jak Duchamp, znalezionych w piwnicach szpitala (gdzie leczył rękę), o koronkowych serwetkach, kornikach i szewskich wybijakach.

Adres przenikał poza grupę bywalców i coraz częściej pojawiali się goście niespodziewani. Burmistrz miasteczka znad Jeziora Bodeńskiego, którego wizyta zakończyła się zaproszeniem artysty na wystawę; dziennikarka niemieckiego 'Sterna' próbująca dociec, na czym polega magia Krakowa; jedna ze stacji telewizyjnych, dla której Bachorczyk przygotował w swoim mieszkaniu studio TV.

Gdyby napisać historię kultury polskiej na przykładzie prywatnego mieszkania, w książce znalazłyby się zapewne adresy, pod którymi odbywały się tajne komplety, zbierała się opozycja demokratyczna, trwały wiekopomne rozmowy poetów, rozkwitały historyczne romanse. W rozdziale poświęconym sztuce współczesnej znalazłoby się natomiast łódzkie mieszkanie na Wschodniej 29/3.

W latach międzywojennych Wschodnia tętniła życiem wielokulturowego miasta. Po wojnie mieszkał tu funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej z rodziną. Ostatecznie mieszkanie zamieniło się w pustostan i pod koniec 1981 roku było już w stanie złym, cała Polska zaś - w stanie wojennym. Członkowie Niezależnego Zrzeszenia Studentów Szkół Artystycznych, którzy w okresie 'Solidarności' zajęli na krótko lokal (odbywały się tu m.in. próby komedii dell'arte), zostali internowani. Grupa absolwentów Filmówki oraz PWSSP - wśród nich Piotr Bikont, Jerzy Grzegorski i Adam Klimczak - zaczęła snuć plany, jak uratować mieszkanie. Grzegorski i Klimczak zostali jego oficjalnymi gospodarzami. W lutym 1984 roku w galerii Wschodniej odbyła się pierwsza wystawa.

Mieszkanie ma 128 m kw. i własną geografię. Korytarz stanowi umowną granicę między przestrzenią mieszkalną (kuchnia oraz pokój Adama Klimczaka od strony oficyny) a wystawienniczą (dwa pokoje z piecem od strony ulicy). Za sprawą dużych okien galeria z kolei wystawia się (gospodarze mówią o jej przezroczystości) na widok sąsiadów i przechodniów. Od ponad 20 lat działania artystyczne na Wschodniej odbywają się na styku trzech przestrzeni.

- Teraz liczy się prywatność, nam chodziło o niezależność - Klimczak wspomina lata 80. W łódzkiej galerii rozwijała się polska fotografia, performance i sztuka wideo, odbywały się międzynarodowe wystawy (np. 'Utopia i rzeczywistość' zorganizowana w 1987 roku przez Antoniego Mikołajczyka). Artyści, którzy na miejscu przygotowywali swoje prace, mogli pozwolić sobie na więcej niż w instytucjach państwowych. Mieszkanie zapewniało kameralność i poczucie bycia we własnej pracowni.

W ramach artystycznych realizacji w pokojach wyciągano okna z framug, zrywano podłogi, przez dziury w ścianach zaglądano do mieszkania sąsiadów (za ich zgodą). Ludzie przychodzili dzień i noc, przy długim kuchennym stole i wspólnie przyrządzanych posiłkach trwały dyskusje. - Zdarzało się - opowiada Grzegorski - że wernisaż się przeciągał i kończył po dwóch dniach.

Wschodnia stała się jednym z miejsc ważnych (Klimczak mówi o 'sieci miejsc sprzyjających') i jednocześnie częścią dzielnicy. Kiedy artystów goniły terminy, sąsiedzi pomagali przy instalowaniu wystaw. Z kolei włamywacze zabierali tylko sprzęt elektroniczny, nigdy wystawiane prace. W 1991 roku w Zamku Ujazdowskim w Warszawie odbyła się retrospektywa prezentująca dorobek galerii pt. 'Kręgi Wschodniej'. Katalog wystawy przygotowano dzięki finansowej pomocy przedsiębiorców z ulicy - sklepu mięsnego, spożywczego oraz szewca.

Jednym z najmłodszych 'miejsc sprzyjających' jest mieszkanie Stankiewiczów w Krakowie. Żeby tutaj trafić, trzeba z zatłoczonej Grodzkiej skręcić w Poselską. Potem w górę kamiennymi schodami na poddasze średniowiecznej kamienicy. Wreszcie odrobina spokoju - za oknem dachy Starego Miasta i chmury na niebie.

W środku 'minimalnie', czyli konieczne meble i rzeczy zasadnicze: pod ścianą rozłożone płótna, w kącie zmagazynowane obrazy, farby, pędzle i zabawki dzieci, pod sufitem czarne halogeny oraz zgrabna deska na łańcuchach z przeznaczeniem na projektor. Mieszkanie należało w przeszłości do dziadków Beaty. Wywodzili się z pokolenia, dla którego kontakty z ludźmi były wartością. - Teraz ponoć nawet studenci ASP nie spotykają się już w kawiarniach - mówi Beata (malarka, Sebastian wykłada filozofię na UJ).

Pomysł 'się kluł' i trudno powiedzieć, kiedy się narodził. Coś kiedyś wynikło w rozmowie z przyjacielem, przez następne dwa lata namawiał ich do działań. W grudniu 2005 roku w mieszkaniu pod numerem 23 zebrało się kilkadziesiąt osób. Beata pokazała swój 'Film na dzień dobry', zarejestrowane światło wschodzącego słońca, czyli dokonującą się na oczach widza przemianę. Od tego czasu Stankiewiczowie co miesiąc upychają rzeczy domowe w gabinecie Sebastiana, zawożą dzieci do babci, znoszą pożyczone krzesła. Po chwili jest już półprywatnie, mieszkanie wypełnia się papierosowym dymem, słychać rozmowy, robi się półpublicznie, a w trakcie wernisażu pokój z kuchnią na poddaszu (gabinet i dziecinny są zamykane) zamienia się w Mieszkanie 23.

Każdy wernisaż jest wydarzeniem osobnym, a do tego obarczonym ryzykiem. Nie chodzi o sam środek wyrazu prezentowanego artysty (było już malarstwo, wideo, rysunek, performance oraz promocja książki), grupę znajomych i nieznajomych, która zawsze różni się od poprzedniej, czy inną aranżację mieszkania (czasami na środku pokoju gospodarze rozkładają łóżko).

- Artyście oddajemy naszą przestrzeń, ale za całość sami bierzemy odpowiedzialność - przyznaje Sebastian. Stankiewiczowie mówią o otwieraniu prywatności, o spotkaniu jako konfrontacji, o poszukiwaniu napięć między pracami, miejscem oraz gośćmi, wreszcie o przekształcaniu wspólnego przebywania w sens. Najważniejsza sprawa jest zawsze niewymierna i nie do przewidzenia, można ją jedynie odczuć, będąc na miejscu. Chodzi bowiem o moment, kiedy monolog artysty przeradza się w dialog ludzi.

Zdarza się, że się decydują na wystawę, choć mają wątpliwości, czy wybrane prace spełnią ich oczekiwania. Pozwalają się jednak zaskoczyć sytuacjom na żywo i jak dotąd się nie pomylili.



    Więcej o:

Skomentuj:

To powaga, nie domówka