Dom pełen obrazów

Dom jak dom - pomyśleli Agnieszka i Andrzej, gdy zobaczyli go po raz pierwszy. Kiedy jednak weszli do środka, oboje odnieśli wrażenie, jakby te wnętrza zostały zaprojektowane specjalnie dla nich.
Agnieszka Różycka jest dziennikarką specjalizującą się w tematyce kulturalnej, jej mąż Andrzej - malarzem i rzeźbiarzem. Przez wiele lat mieszkali na warszawskim Żoliborzu w znakomicie zachowanej kamienicy z lat trzydziestych. Było im tam naprawdę dobrze, do czasu kiedy uświadomili sobie, że do pełni szczęścia rodzinie brakuje kawałka zieleni - ogródka albo przynajmniej sporego słonecznego tarasu. Ze względu na Agnieszkę przeprowadzka na najbardziej nawet urokliwą podwarszawską wieś była absolutnie wykluczona. W jej zawodzie najważniejsza jest możliwość nieograniczonego obcowania z kulturą, a co się z tym wiąże - bliskość kin, teatrów, galerii. Ponieważ cała rodzina uwielbia Żoliborz i Bielany, nowego lokum postanowili szukać tylko tam. Nie mieli wygórowanych wymagań. Zależało im jedynie na skrawku zieleni, sensownym układzie pomieszczeń i na rozsądnej cenie.

Przejrzeli mnóstwo ofert. Jedną z nich był szeregowiec stojący przy cichej bielańskiej uliczce. Na pierwszy rzut oka nie prezentował się najlepiej. Klockowata bryła, typowa dla lat pięćdziesiątych, nie przypadła im do gustu. Andrzej, wyjątkowo wrażliwy na estetykę, wyraził nawet swój kategoryczny sprzeciw wobec socjalistycznej zabudowy. Agnieszka przekonała go jednak, by przed podjęciem ostatecznej decyzji przyjrzeli się domowi od środka. I wtedy spotkało ich wielkie zaskoczenie. Układ pomieszczeń był po prostu zaprojektowany jakby specjalnie dla nich. Nawet Andrzej, dotąd sceptyczny, od razu zaakceptował rozkład wnętrz. Poza tym, ku ich wielkiej radości, okazało się, że niewielki z zewnątrz domek kryje miłą niespodziankę - po adaptacji piwnicy można zyskać dodatkowe 80 m kw.

Generalny remont nie był konieczny. Dom wymagał jednak sporych aranżacyjnych zmian (ale to, w porównaniu z remontem, można nazwać czystą przyjemnością). Obecni właściciele nie ukrywają, że raziła ich kakofonia kolorów i zdobień. Żeby dostosować wnętrza do swojego gustu, postanowili wszystko uprościć, uspokoić i wybielić. Na najniższym poziomie (zwanym poziomem -1) mieści się kuchnia, łazienka, pomieszczenia gospodarcze oraz obszerna pracownia malarska Andrzeja. Poziom "zero" to salon wychodzący na taras i ogródek, pokój gościnny i niewielka toaleta. Na piętrze urządzono sypialnię gospodarzy, łazienkę i pokój nastoletniej córki Amelii.

Pomysł na aranżację pomieszczeń mieli bardzo prosty - funkcjonalnie, przyjaźnie i ciepło. Państwo Różyccy nie ulegają modom i stylom, które, jak mówią, zbyt szybko przemijają bez śladu. Swoją życiową przestrzeń postanowili urządzić ponadczasowo, umiejętnie łącząc stare z nowym. Meble i pamiątki rodzinne, których mają naprawdę sporo, doskonale pasują do nowoczesnych sprzętów. Na dodatek w rękach gospodarzy nawet banalne rzeczy ulegają często udanym metamorfozom. Przykładem jest chociażby wiszący w kuchni żyrandol będący wspólnym rodzinnym dziełem; identyczny widzieli kiedyś w modnej galerii, kosztował kilka tysięcy.

Dom zdobią obrazy i rzeźby Andrzeja. W nowej siedzibie dzieła te znalazły nareszcie odpowiednie dla siebie miejsce. W starym, raczej niewielkim mieszkaniu często po prostu znikały zastawione i zasłonięte meblami. Przestronny taras, ogródek, ogień w kominku - rodzina państwa Różyckich każdego dnia z radością przekonuje się o zaletach płynących z posiadania domu. Niedawno wprowadziły się do niego dwie nowe lokatorki - kotki rasy europejskiej. Mruczące stworzenie na kolanach to w życiu gospodarzy również nowość. Na taki luksus w dawnym ciasnym mieszkaniu nigdy by sobie nie

pozwolili.

Więcej o: