Design: Michał Torzecki

Ewa Maciąg , stylizacja Kinga Mostowik
18.09.2014 08:00
Michał Torzecki

Michał Torzecki (Fot. G-M Studio)

Michał Torzecki maluje obrazy zwierząt. Poświęcił zwierzętom już trzy wystawy i raczej na tym nie skończy. Jest chyba jedynym artystą, który z empatią portretuje ich niepokój, emocje, charakter.

Widzę tu kilka misek z jedzeniem i wodą dla psów. Psy pracują z wami?

O tak! Przychodzę do pracowni z moim psem Zyziem (na razie za mały na Zygmunta, ma dwa lata), jesteśmy razem bardzo szczęśliwi (śmiech). Jest trochę nerwowy, bo miał trudne dzieciństwo. Udało się go uratować z rąk złych ludzi. Świetnie się tu czuje i potrafi sam się sobą zająć, jest prawdziwą kulką energii. Czasem jest tu niezła psiarnia, bo inni też przychodzą tu ze swoimi zwierzakami.

Jesteś jedynym artystą jakiego znam, który maluje portrety zwierząt. Nawet na zamówienie. Masz z nimi jakiś szczególny kontakt?

Zawsze były dla mnie ważne, myślę, że potrafię odczytać ich emocje. Od kiedy pamiętam, nie brakowało ich w moim domu. Uwielbiałem chodzić do zoo, a gdy wybieraliśmy się z rodziną do kogoś z wizytą, pytałem, czy jest tam pies albo kot. Jeśli słyszałem, że tak, oddychałem z ulgą, myślałem: uff, będzie co robić. Kiedy przygotowywałem wystawę „Zoo”, często chodziłem do ogrodu zoologicznego, obserwowałem zwierzęta, starałem się dostrzec, które są szczęśliwe, które nie. Wielkie koty czuły się niepewnie, goryle wydawały mi się zaskakująco pogodne. Okazało się, że miały świetną opiekunkę i dobrze sobie radziły. Na tamtych obrazach udało mi się uchwycić jakiś niepokój niektórych zwierząt. To było coś jak na pierwszą wystawę.

Michał TorzyckiFot. G-M Studio

A twoja babcia mówiła, że lepiej by było, gdybyś zajmował się biednymi dziećmi...

Tak (śmiech). Kiedyś zrobiliśmy z tatą, który też jest artystą, aukcję charytatywną na rzecz schroniska w Józefowie, zebraliśmy nawet kilka tysięcy złotych. Babcia westchnęła: „dzieci potrzebują bardziej”. Odpowiedziałem, że trudno ocenić,  kto potrzebuje bardziej, więc może niech babcia sama coś zorganizuje z myślą o dzieciach. Dla mnie wtedy ważniejsza była aukcja na rzecz zwierząt. Czułem i czuję wewnętrzną potrzebę, by coś dla nich zrobić. Są moją główną inspiracją, najwięcej czerpię od nich, więc myślę, że powinienem jakoś im to „oddać”, zwrócić dług. Ostatnią wystawę o zagrożonych gatunkach zatytułowałem „DiY” - zrób to sam. Każdy może coś zrobić, choćby samodzielnie zorganizować aukcję charytatywną.

Łączysz dwa zawody: malowanie i didżejowanie. Który kochasz bardziej?

Każdy daje mi coś innego. Didżejka to weekendowe, imprezowe szaleństwo, tłum, muzyka, hałas... Z kolei malowanie mnie wycisza. Jestem w pracowni od rana, spotykam się z innymi artystami, którzy tu pracują, pijemy kawę, rozmawiamy, patrzymy na swoje prace, nasze psy się bawią... Łączenie tych dwóch światów daje mi równowagę. Spotykam mnóstwo ludzi, którzy przychodzą na moje imprezy, a potem na wystawy, albo odwrotnie. Bardzo lubię tę moją pracownię, wywalczyliśmy ją sobie dziesięć lat temu, to była surowa pozakładowa przestrzeń, zaaranżowaliśmy ją na nowo.

Przejeżdżające tuż za oknem pociągi nie przeszkadzają?

Właśnie to jest fajne!

Nad zlewem widzę plakat: „Rysuj, bo nie żyjesz!”. To wasze motto?

Nie jestem jego autorem, ale plakat mobilizuje nas wszystkich w pracowni skutecznie (śmiech).

Ile czasu tygodniowo tu spędzasz?

Bywa, że od rana do wieczora. Czasem długo pracuję nad jednym obrazem. Na przykład „Nosorożec”, który tak podobał się na mojej ostatniej wystawie, zabrał mi blisko trzy tygodnie. Cyzelowałem go, bardzo mnie zmęczył, ale warto było.

Słuchasz muzyki przy pracy?

Kiedyś słuchałem tego, co grałem na imprezach. Potem odkryłem, że wolę słuchać książek i wróciłem do klasyki literatury. Zawsze byłem fanem Fitzgeralda. „Czuła jest noc” to moja ulubiona książka. Świetnie się przy tym maluje.

W weekendy grasz, w tygodniu pracujesz do nocy, jak odpoczywasz?

Pływam, jeżdżę do pracy na rowerze i, choć już chyba moje stawy są na to za stare, uwielbiam deskorolkę. No i gram w kosza.

Pracowałeś z wielkimi artystami. Kogo podziwiasz?

Największym mistrzem i inspiracją był dla mnie prof. Starowieyski, jestem jego fanem. Jest dla mnie największym autorytetem i w sztuce, i w pracy. Podziwiam też Marka Rothko, Davida Hockneya, Edwarda Hoppera. Lubię ich „oszczędność” formy.

Masz już pomysł na kolejną wystawę?

Inspirują mnie teraz bliźniaki, odbicia. Dwie sowy pojawiały się już na wystawie „DiY”. Najbardziej nurtuje mnie jednak nowoczesne połączenie realizmu z abstrakcją, tak by podkreślały się nawzajem. Do tej pory pracowałem nad warsztatem, teraz chciałbym poszukać czegoś nowego. Czas na odważne eksperymenty w życiu. Jedno jest stałe: ważna jest dla mnie estetyka moich prac, nie interesuje mnie zaangażowana, konceptualna sztuka, która z założenia lekceważy piękno. Zawsze jestem ciekaw, jak moje prace wyglądają na tle, np. we wnętrzu. Cieszy mnie, gdy mogę oglądać je w mieszkaniach znajomych. Bo te obrazy są nie tylko dziełami sztuki, ale też obiektami wnętrzarskimi. Lubię, gdy wpisują się w aranżację domowej przestrzeni.

A ty, jakie wnętrza lubisz?

To się zmienia. Kiedyś myślałem, że chciałbym mieszkać w domu urządzonym antykami, w stylu powiedzmy mieszczańskim. Taki był dom moich dziadków: kanapy ze skrzypiącymi sprężynami, meble z historią. W moim trzydziestometrowym mieszkaniu na Powiślu stoi stary, wielki zegar. Ustawiłem go trochę na przekór na środku mieszkania, bo zupełnie do tego małego, nowoczesnego wnętrza nie pasuje. Ale jest dla mnie bardzo ważny. Lubię światło, ciepłe drewno, biel. Staram się ograniczać sprzęty, wolę, gdy jest ich mniej, za to koniecznie muszą być kwiaty! Rośliny ożywiają przestrzeń. No i trzeba mieć coś, czym można się opiekować.

KIM ON JEST?

Malarz i DJ znany jako I Say Mikey. Wychował się w Nowym Jorku, Chicago i Los Angeles. Ukończył Europejską Akademię Sztuk na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie. W 2007 roku obronił dyplom w pracowni prof. Franciszka Starowieyskiego i został jego asystentem. Jest jednym z twórców Pracowni Wschodniej na warszawskiej Pradze. Pracował nad instalacją serii rzeźb Magdaleny Abakanowicz w Filadelfii, a także wraz z kilkoma innymi artystami instalował rzeźbę zaprojektowaną przez Franka Gehry'ego dla Instytutu Genetyki Uniwersytetu Princeton. Ma na koncie pięć wystaw. „Zoo”, przedstawiała rysy psychologiczne zwierząt z warszawskiego zoo. „Works in Progress” (wspólny projekt z fotografem Błażejem Żuławskim) portretowała młode pokolenie. „MeMe” prezentowała podbijające internet memy. Ostatnia „DiY” pokazuje ginące gatunki zwierząt.

ZOBACZ ZDJĘCIA OBRAZÓW I PRACOWNI ARTYSTY>>

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX