Wnętrza: dom Marty Gessler

Ewa Maciąg
18.12.2015 08:00
A A A
Marta Gessler

Marta Gessler (Fot. Marcin Klaban)

White box - tak Marta Gessler mówi o swoim domu. W nim tylko ściany są na stałe. Nie ma mebli, których nie mogłaby sama przestawić. Muszą być mobilne, wymienialne lub rozkręcalne. To warunek jej poczucia bezpieczeństwa i wolności.

Niezmiennie wierna bieli i szarości. - Wiem, że to może sprawiać wrażenie jakiejś obsesji, ale nie, nie widzę świata tylko w tych kolorach! - śmieje się Marta. To odcienie czyste, bezpieczne. Oprócz nich od lat mianownikiem jej stylu są konsekwentny ciepły minimalizm, proste formy podporządkowane funkcji i zasada: ani jednej zbędnej rzeczy.

Prowadzi Qchnię Artystyczną w Zamku Ujazdowskim, kieruje też Warsztatem Woni przy ul. Burakowskiej w Warszawie, który jest jedyną w swoim rodzaju kwiaciarnią. Bukietom, jakie w niej powstają, bliżej do dzieł sztuki niż zwykłej florystycznej kompozycji. Choćby wiązanka tulipanów z tasiemką... Ale tulipany są niezwykle rzadkiej odmiany, w szlachetnym kolorze, a tasiemka jest w unikalną kratkę. Nic dziwnego, że obdarowani, pamiętają jej bukiety latami. W Qchni potrafi w naczyniach z Ćmielowa podać usmażone na złoto obierki z ziemniaków i marchewki. Piękne w tej białej porcelanie.

Praca zupełnie zaspokaja jej potrzebę kreacji. - Na co dzień intensywnie obcuję z przedmiotami, kolorami, dodatkami - opowiada. - W domu chcę od nich odpocząć, mieć wokół siebie czystą formę. Pusty white box jest idealną domową przestrzenią, bo mogę się w nim swobodnie poruszać. Muszę otaczać się rzeczami, które są bezpieczne, wtopione w tło. Mam na przykład kilka identycznych lamp, bo gdy już znalazłam model idealny, kupiłam hurtem. Nie kompletuję niczego, mebli czy dodatków, które muszą do siebie pasować. Nie zagospodarowuję kątów.

Mam potrzebę uniformizacji wnętrza, bo nie lubię, gdy coś mnie w nim rozprasza. Przez tę powtarzalność: kolorów, sprzętów, form, buduję harmonię. No i w każdej chwili wszystko mogę przestawić! - opowiada.

Nie gromadzi przedmiotów. Na co dzień w Qchni ma wystarczająco dużo... kuchni - wciąż myśli o talerzach, garnkach, obrusach, krzesłach, dlatego w domu nie chce się tym zajmować. - Nie muszę celebrować tej przestrzeni - tłumaczy. Dlatego jej kuchnia jest przede wszystkim funkcjonalna. Nie ma szafek, zabudowy, serwisu na 24 osoby. Na półce stoją miski z dzióbkiem („koniecznie z dzióbkiem”). Gdy przychodzą goście, przygotowuje sałatkę, wystawia miski i już jest podane. Jadalnię, dzięki wielkim drewnianym oknom, można otworzyć na ogród. - Te okna są w moim domu najważniejsze - mówi Marta. - Gdy go kupiłam 16 lat temu, wydałam na nie najwięcej pieniędzy, nie wymieniałam rur, nie zrobiłam remontu, za to skupiłam się na oknach. Dzięki nim „zewnętrze” i wnętrze tworzą całość. Marta żałuje, że nie mogła przeszklić całej ściany, nie było to możliwe technologicznie, ale okna połączyła jednym parapetem. Na nim w skrzynkach stoją owoce.

 Fot. Marcin Klaban

Nie ma tu mebli, które by do siebie przywiązywały. - Ta moja potrzeba wolności jest tak wielka, że nawet... nie kupię sobie wymarzonej kanapy - śmieje się. Ma na myśli piękną sofę Liljevalchs z 1934 roku marki Svenskt Tenn. - Nie powinnam jej mieć, bo jest tak skończenie piękna, że nie mogłabym w niej niczego zmienić. A boję się rzeczy skończonych, w które nie da się ingerować. Wolę kanapę z Ikei, z wymienialnym obiciem. Kocham je zmieniać - opowiada. Nie ma w domu zabudowy, szaf. Lubi za to rzeczy nietypowe.

- Z ukochanego Londynu często przywożę coś niepraktycznego. Np. szczotkę, którą można postawić i... stoi. Wybieram tylko te rzeczy, które mnie fascynują prostotą rozwiązań. Chciałabym mieć regał na książki projektu Thomasa Bernstranda, to szwedzki projektant, w niesamowity sposób podchodzi do funkcjonalności. Lubię też kanapę do przytulania Ingi Sempé.

Prostota obowiązuje także w kuchni. Dla rodziny i przyjaciół gotuje dużo, często i chętnie. Sałatki, coś lekkiego. Na święta ulepi jak zwykle pierogi z grzybami. - Zawsze je robię, bo wydaje mi się, że moje są najlepsze. Złapałam smak mojej babci Adeli, co roku próbuję zrobić je tak jak ona: brała kuleczkę ciasta i ją rozwałkowywała w idealny, równy okrąg. A mnie nigdy się to nie udaje. Ale co roku cierpliwie próbuję! Piekę też ciasta. Cały miesiąc lepię te pierogi, ubieram choinki! Mam zaprzyjaźnionych choinkarzy, którzy nieproszeni pamiętają, by podrzucić mi drzewko do domu. I wtedy zaczyna się rytuał. Umęczona zabieram się do ubierania choinki tym, co zostało z poprzednich dekoracji. Widać na niej ślady moich pomysłów z sezonu. Kocham ten moment i nie chcę, by mi ktoś pomagał. To moja końcówka, tak celebruję tradycję.

W przerwie między świętami a sylwestrem jak co roku będzie malowała na biało podłogi w restauracji. To okazja, by wszyscy pracownicy się spotkali. Zwykle coś razem gotują, sprzątają, rozmawiają. Marta na to czeka. Marzenia? Chciałaby wreszcie pojechać do Nowego Jorku i... korzystać z życia. - Uczę się mądrze „odcinać kupony”. A jednocześnie nie przestaję myśleć, jak ciekawie działać dalej. Mam ogromną potrzebę zmieniania rzeczywistości.

W jakim kierunku? To proste. Najbliższy jest jej skandynawski sposób myślenia o życiu, designie, modzie. Z drugiej strony minimalizm, którym się otacza, tak wiele ma z ducha zen. - Kuzyn zbadał nasze drzewo genealogiczne. Okazało się, że mój ojciec ma korzenie skandynawskie. To by wiele wyjaśniało, ale nie wszystko - żartuje. - Kilka lat temu rozmawiałam z żoną byłego ambasadora Japonii, mistrzynią ikebany. Ona twierdzi, że kiedyś musiałam być Japonką. Więc prawda o mnie jest pewnie gdzieś pośrodku. - Marta śmieje się głośno, a gdy mruży przy tym oczy, zewnętrzne kąciki wędrują do góry, po skosie.

ZOBACZ ZDJĘCIA>>

Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO