Dom nad Wartą
08.07.2011
, aktualizacja: 07.10.2010 16:58
Elewacja frontowa. Mury budynku wykończono tynkiem mineralnym, drewnem modrzewia syberyjskiego oraz płytkami elewacyjnymi
Poprawili sobie komfort życia, przenosząc się z bloku do własnego domu, a za oknami wciąż mają malowniczy widok na dolinę Warty.

Fot. Bartosz Makowski
Na południowej połaci dachu właściciele zamontowali kolektory słoneczne - dzięki temu w sezonie letnim ciepła woda nie kosztuje ich prawie nic

Fot. Bartosz Makowski
Balkon nad tarasem. Żeby można było wygodnie podziwiać z niego malowniczy widok, trzeba jeszcze tylko zamontować balustradę

Fot. Bartosz Makowski
Pomieszczenia dzienne parteru - salon, jadalnia, kuchnia oraz hol - tworzą jedną przestrzeń, w której może się spotkać cała rodzina. Proste, masywne meble - stół w jadalni, ława w salonie i pomocniki usytuowane pomiędzy kuchnią i jadalnią - wykonano z litego drewna dębowego

Fot. Bartosz Makowski
Opaskę wokół domu tworzy kolekcja kamieni zebranych z okolicznych pól
Wszystko zaczęło się od mieszkania, które otrzymali w prezencie od babci - 46 m2 na 10 piętrze wieżowca z wielkiej płyty. Stamtąd, niczym z wysokiej wieży, roztaczał się widok na okolicę - cała malownicza dolina Warty jak na wyciągnięcie dłoni. Wówczas do pełnego szczęścia wystarczały im marzenia, że "może kiedyś gdzieś tam znajdziemy nasze miejsce na ziemi". Z czasem, gdy pojawiły się dzieci, mieszkanie stało się za ciasne, a samo upajanie się widokiem doliny przestało wystarczać. Przyszedł czas na to, aby marzenia o własnym dachu nad głową nabrały realnych kształtów.
Od razu na głęboką wodę
Decyzja o poszukiwaniu nowego miejsca na dalszą część życia zapadła szybko, pozostało jedynie określenie konkretnej lokalizacji. Monika i Grzegorz spodziewali się dużych problemów ze znalezieniem działki, bo w ich okolicy było wielu chętnych na osiedlenie się poza miastem. Na szczęście okazało się, że właśnie owo duże zainteresowanie przenosinami za miasto i mały budowlany boom w ich środowisku stały się sprzymierzeńcami naszych gospodarzy... Ale zacznijmy od początku.
Monika i Grzegorz, po krótkich acz intensywnych poszukiwaniach, zorientowali się, że jedyne atrakcyjne z ich punktu widzenia miejsce nadające się na osiedlenie to zbocze maleńkiej dolinki wcinającej się w wysoką krawędź moreny czołowej pradoliny Warty. Tę pradolinę pokochali już w czasach, gdy cieszyli się urokami pierwszego własnego mieszkania. I choć mieli serdecznie dosyć blokowych klimatów oraz ciasnoty, nie chcieli wyrzekać się urokliwego towarzystwa malowniczej rzeki, z którą zdążyli się bardzo zżyć.
Wystawiona na sprzedaż działka miała jednak poważne wady. Po pierwsze, była działką rolną.
Po drugie, jej powierzchnia - ponad 1,5 ha - sprawiała, że cena zakupu przekraczała możliwości młodych inwestorów. Postanowili się jednak nie zrażać. Ustalili, że mają szansę na odrolnienie ziemi. Szybko wpadli też na pomysł, aby nieruchomość kupić wspólnie z innymi chętnymi do zmiany miejsca zamieszkania. Dało to im rzadki luksus dobierania sobie sąsiadów - a podziału gruntu na sześć działek budowlanych postanowili dokonać już jako jego prawomocni właściciele. I tu właśnie bardzo pomocny okazał się mały budowlany boom. Kompletowanie przyszłych sąsiadów trwało bowiem całe... dwa dni. I nawet trudno się dziwić, bo każdy, kto zobaczy to miejsce, niemal od razu zostaje nim oczarowany i oczyma wyobraźni widzi siebie przed domkiem w dolince...
Niestety, pojawiły się i trudności. Właściciel gruntu w ostatniej chwili postanowił zatrzymać dla siebie część wystawionej poprzednio na sprzedaż ziemi. Wskutek tego do podziału zostało mniej niż wcześniej zakładano i docelowe parcele przeznaczone pod budowę domów stały się węższe - bo nikt z umówionych wcześniej przez Grzegorza i Monikę wspólników nie chciał zrezygnować z inwestycji.
Napięć nie było
Załatwianie formalności związanych z podziałem działki i uzyskaniem warunków zabudowy trwało dość długo, więc właściciele mieli czas, aby dopracować projekt domu.
Oboje są architektami i razem pracują nad licznymi realizacjami. Projekt domu jest również ich wspólnym dziełem.
- Pracując nad projektem wielokrotnie wspominaliśmy żartobliwą opinię dziekana naszego wydziału, wyjaśniającą dlaczego tak mało architektów ma domy własnego autorstwa: "Rzecz jasna z powodu napięć pomiędzy projektantem i inwestorem" - tłumaczył, a my bardzo się tym przejęliśmy - mówi z uśmiechem gospodarz. Szczęśliwie w kwestii idei, koncepcji bryły i konkretnych rozwiązań okazali się nadzwyczaj zgodni, ale nic w tym dziwnego - przecież wizja wspólnego domu towarzyszyła im przez lata. Przy kreśleniu konkretnego rozwiązania okazało się, że kwestią sporną pozostało tylko przesunięcie ściany o kilkanaście centymetrów w prawo lub w lewo.
Monika i Grzegorz chcieli stworzyć budynek o prostej, zwartej i tradycyjnej bryle, który wpisze się w "okoliczności przyrody" i będzie spójny z pozostałą zabudową malowniczej miejscowości. Zależało im też na zbudowaniu domu na miarę - bez generujących koszty zbędnych metrów.
Założenia projektantów podzielili również pozostali właściciele działek, bowiem postawione w sąsiedztwie domy powstały na podstawie tego samego, choć zmodyfikowanego na ich potrzeby projektu. To niewątpliwie nadaje zabudowie doliny określony rytm i ład.
Wszystkie domy od zachodu, za sprawą dużych okien na parterze i poddaszu, są otwarte na malownicze zbocze doliny. Dzięki temu ich wnętrza są dobrze doświetlone, a widoki za oknem chyba nigdy nie przestaną zachwycać ani domowników, ani gości. To rekompensuje ograniczony ze względu na szerokość działki widok z okien na ścianach bocznych. Część pomieszczeń doświetlają okna połaciowe.
Od strony północnej Monika i Grzegorz zaplanowali wiatę na samochód, ukrytą pod przedłużeniem połaci dachu.
W elewacji południowej powstały wąskie poziome i pionowe okna nadające tej tradycyjnej formie modernistyczny akcent. Nie wszyscy właściciele domów w dolinie zdecydowali się na takie okna. Budynki różnią się również sposobem wykończenia.
Prosto z własnej deski kreślarskiej
Dom Moniki i Grzegorza ma elewację z jasnego tynku, który połączono z cegłą i drewnem modrzewia syberyjskiego. Projekt początkowo zakładał wykończenie części ścian cegłą elewacyjną. Niestety, z powodu wysokich kosztów takiego rozwiązania ostatecznie zdecydowano się na płytki klinkierowe.
- To właściwie jedyna rzecz, z której ze względów oszczędnościowych świadomie zrezygnowaliśmy w trakcie budowy. Reszta, dzięki przemyślanemu i racjonalnemu projektowi, pozostała taka, jak założyliśmy - podkreślają właściciele.
Ściany domu postawiono z bloczków silikatowych. - Zamówiliśmy szacunkową ilość budulca - wspomina Grzegorz. - W trakcie budowy okazało się, że brakuje kilku metrów. Aby je zdobyć w miarę szybko, musiałem obdzwonić większość składów budowlanych północno-zachodniej Polski. Zresztą generalnie w czasie budowy trudno było o potrzebne materiały - opowiadają właściciele. Początkowo mieli oni pomysł, aby wszystkie materiały zamawiać razem z budującymi się sąsiadami - od razu w większej ilości i dzięki temu uzyskiwać dogodne rabaty. Często jednak okazywało się to niemożliwe, bo w magazynach brakowało wówczas nawet ilości wystarczających do wzniesienia jednego budynku.
Od razu na głęboką wodę
Decyzja o poszukiwaniu nowego miejsca na dalszą część życia zapadła szybko, pozostało jedynie określenie konkretnej lokalizacji. Monika i Grzegorz spodziewali się dużych problemów ze znalezieniem działki, bo w ich okolicy było wielu chętnych na osiedlenie się poza miastem. Na szczęście okazało się, że właśnie owo duże zainteresowanie przenosinami za miasto i mały budowlany boom w ich środowisku stały się sprzymierzeńcami naszych gospodarzy... Ale zacznijmy od początku.
Monika i Grzegorz, po krótkich acz intensywnych poszukiwaniach, zorientowali się, że jedyne atrakcyjne z ich punktu widzenia miejsce nadające się na osiedlenie to zbocze maleńkiej dolinki wcinającej się w wysoką krawędź moreny czołowej pradoliny Warty. Tę pradolinę pokochali już w czasach, gdy cieszyli się urokami pierwszego własnego mieszkania. I choć mieli serdecznie dosyć blokowych klimatów oraz ciasnoty, nie chcieli wyrzekać się urokliwego towarzystwa malowniczej rzeki, z którą zdążyli się bardzo zżyć.
Wystawiona na sprzedaż działka miała jednak poważne wady. Po pierwsze, była działką rolną.
Po drugie, jej powierzchnia - ponad 1,5 ha - sprawiała, że cena zakupu przekraczała możliwości młodych inwestorów. Postanowili się jednak nie zrażać. Ustalili, że mają szansę na odrolnienie ziemi. Szybko wpadli też na pomysł, aby nieruchomość kupić wspólnie z innymi chętnymi do zmiany miejsca zamieszkania. Dało to im rzadki luksus dobierania sobie sąsiadów - a podziału gruntu na sześć działek budowlanych postanowili dokonać już jako jego prawomocni właściciele. I tu właśnie bardzo pomocny okazał się mały budowlany boom. Kompletowanie przyszłych sąsiadów trwało bowiem całe... dwa dni. I nawet trudno się dziwić, bo każdy, kto zobaczy to miejsce, niemal od razu zostaje nim oczarowany i oczyma wyobraźni widzi siebie przed domkiem w dolince...
Niestety, pojawiły się i trudności. Właściciel gruntu w ostatniej chwili postanowił zatrzymać dla siebie część wystawionej poprzednio na sprzedaż ziemi. Wskutek tego do podziału zostało mniej niż wcześniej zakładano i docelowe parcele przeznaczone pod budowę domów stały się węższe - bo nikt z umówionych wcześniej przez Grzegorza i Monikę wspólników nie chciał zrezygnować z inwestycji.
Napięć nie było
Załatwianie formalności związanych z podziałem działki i uzyskaniem warunków zabudowy trwało dość długo, więc właściciele mieli czas, aby dopracować projekt domu.
Oboje są architektami i razem pracują nad licznymi realizacjami. Projekt domu jest również ich wspólnym dziełem.
- Pracując nad projektem wielokrotnie wspominaliśmy żartobliwą opinię dziekana naszego wydziału, wyjaśniającą dlaczego tak mało architektów ma domy własnego autorstwa: "Rzecz jasna z powodu napięć pomiędzy projektantem i inwestorem" - tłumaczył, a my bardzo się tym przejęliśmy - mówi z uśmiechem gospodarz. Szczęśliwie w kwestii idei, koncepcji bryły i konkretnych rozwiązań okazali się nadzwyczaj zgodni, ale nic w tym dziwnego - przecież wizja wspólnego domu towarzyszyła im przez lata. Przy kreśleniu konkretnego rozwiązania okazało się, że kwestią sporną pozostało tylko przesunięcie ściany o kilkanaście centymetrów w prawo lub w lewo.
Monika i Grzegorz chcieli stworzyć budynek o prostej, zwartej i tradycyjnej bryle, który wpisze się w "okoliczności przyrody" i będzie spójny z pozostałą zabudową malowniczej miejscowości. Zależało im też na zbudowaniu domu na miarę - bez generujących koszty zbędnych metrów.
Założenia projektantów podzielili również pozostali właściciele działek, bowiem postawione w sąsiedztwie domy powstały na podstawie tego samego, choć zmodyfikowanego na ich potrzeby projektu. To niewątpliwie nadaje zabudowie doliny określony rytm i ład.
Wszystkie domy od zachodu, za sprawą dużych okien na parterze i poddaszu, są otwarte na malownicze zbocze doliny. Dzięki temu ich wnętrza są dobrze doświetlone, a widoki za oknem chyba nigdy nie przestaną zachwycać ani domowników, ani gości. To rekompensuje ograniczony ze względu na szerokość działki widok z okien na ścianach bocznych. Część pomieszczeń doświetlają okna połaciowe.
Od strony północnej Monika i Grzegorz zaplanowali wiatę na samochód, ukrytą pod przedłużeniem połaci dachu.
W elewacji południowej powstały wąskie poziome i pionowe okna nadające tej tradycyjnej formie modernistyczny akcent. Nie wszyscy właściciele domów w dolinie zdecydowali się na takie okna. Budynki różnią się również sposobem wykończenia.
Prosto z własnej deski kreślarskiej
Dom Moniki i Grzegorza ma elewację z jasnego tynku, który połączono z cegłą i drewnem modrzewia syberyjskiego. Projekt początkowo zakładał wykończenie części ścian cegłą elewacyjną. Niestety, z powodu wysokich kosztów takiego rozwiązania ostatecznie zdecydowano się na płytki klinkierowe.
- To właściwie jedyna rzecz, z której ze względów oszczędnościowych świadomie zrezygnowaliśmy w trakcie budowy. Reszta, dzięki przemyślanemu i racjonalnemu projektowi, pozostała taka, jak założyliśmy - podkreślają właściciele.
Ściany domu postawiono z bloczków silikatowych. - Zamówiliśmy szacunkową ilość budulca - wspomina Grzegorz. - W trakcie budowy okazało się, że brakuje kilku metrów. Aby je zdobyć w miarę szybko, musiałem obdzwonić większość składów budowlanych północno-zachodniej Polski. Zresztą generalnie w czasie budowy trudno było o potrzebne materiały - opowiadają właściciele. Początkowo mieli oni pomysł, aby wszystkie materiały zamawiać razem z budującymi się sąsiadami - od razu w większej ilości i dzięki temu uzyskiwać dogodne rabaty. Często jednak okazywało się to niemożliwe, bo w magazynach brakowało wówczas nawet ilości wystarczających do wzniesienia jednego budynku.
1
2
następne »
Zobacz także »
PRZED DECYZJĄ
BUDOWA i REMONT
INSTALACJE
KONTAKT Z REDAKCJĄ
- ul. Czerska 8/10
- 00-732 Warszawa
- ladnydom@agora.pl


więcej zdjęć











