Jadą wozy kolorowe

W Berlinie jest ich dwanaście, w Niemczech - około stu pięćdziesięciu. Nazywają się Wagenburg - miasteczko wozów - lub Wagendorf - wioska wozów. Są ośrodkami kultury, ekologicznymi farmami, sposobem na niezależne życie
Ludzie myślą, że jesteśmy bezdomni, a ja z natury jestem domatorem - Zosch uśmiecha się, otwierając drzwi. Z zewnątrz wóz wygląda, jakby dotarł do celu po bardzo długiej podróży, w środku - jakby nigdy nie ruszał się z miejsca. Z jednej strony duże łóżko na podwyższeniu (w wolne dni Zosch leży i czyta), z drugiej sofa i fotel dla gości, między nimi stereo, piecyk na zimę i duży świecznik.

Pod koniec lat 80. Zosch żył na krańcu Europy Zachodniej, w anarchistycznej komunie przy murze berlińskim. Na wieży strażniczej pojawiła się kamera telewizji wschodnioniemieckiej i na przykładzie komuny udokumentowała upadek kapitalizmu. W 1991 roku Zosch z przyjaciółmi stanął na pasie ziemi niczyjej. Po jednej stronie mieli wschód, po drugiej zachód. Zaczęli sadzić drzewa.

Pierwszy kontakt z nowymi sąsiadami był ciężkim doświadczeniem dla wschodnioniemieckich emerytów. U obu stron przeważyła w końcu ciekawość. Zaczęły się przygodne rozmowy na ulicy, drobne przysługi, zaproszenia na kawę. Kiedy władze zjednoczonego Berlina zabrały się do 'oczyszczania' stolicy, okoliczni mieszkańcy napisali dwa tysiące listów w obronie zaprzyjaźnionych punków.

Lohmühle (nazwa obozowiska wzięła się od sąsiedniej ulicy) znajduje się w środku miasta, za parkiem Görlitzer w dzielnicy Kreuzberg. Osiemnastu mieszkańców (najmłodszy ma sześć lat), kilkanaście wozów, w tym trzy dla gości, drewniany bar i sala koncertowa, przyczepa przerobiona na galerię, wszystko w gęstwinie drzew i krzewów. Nie korzystają z miejskiego prądu, większość wozów ma baterie słoneczne, nie mają bieżącej wody, w zamian studnia i prysznic dla wszystkich. Aby tu zamieszkać, trzeba przejść dwie rozmowy kwalifikacyjne i półroczny okres próbny, w którym należy się wykazać codzienną pracą na rzecz obozowiska. A jest tu co robić. Od indywidualnych projektów artystycznych, po wspólne przedsięwzięcia jak budowa jachtu (Lohmühle jest położony nad kanałem) albo ostatnio boiska do siatkówki. Do tego bieżące naprawy wozów i organizacja imprez. Od kilku lat Lohmühle działa bowiem legalnie. Każdy z mieszkańców płaci 13 euro miesięcznie i według umowy z miastem (podpisywanej co pięć lat po niełatwych negocjacjach) obozowisko spełnia rolę lokalnego centrum kultury, gdzie latem odbywają się koncerty, przedstawienia teatralne, debaty polityczne, projekcje filmów. Sierpniowy piknik z okazji 15. urodzin Lohmühle odwiedziło kilkuset gości.

Na początku roku Zosch wyjechał na pierwsze od ośmiu lat wakacje na wieś do przyjaciół, którzy razem z nim zakładali Lohmühle. Po powrocie narzekał - nowe pokolenie nie jest tak zaangażowane jak poprzednie. Studia, praca, podróże, brakuje czasu na wspólne działania. Kiedy sytuacja zrobiła się napięta, wszyscy zamknęli wozy i wyjechali z Berlina na zbiorową terapię. Rozmawiali przez trzy dni, aż zażegnali spory i zrobili plany na przyszłość.

Są dwa rodzaje wozów. Gorsze - z budowlanego demobilu, często kryte blachą. I lepsze - rodem z cyrków i wesołych miasteczek. Thomas wozy ma trzy. W jednym jest sypialnia, z której widać łąkę, w drugim kuchnia (żeby ubrania nie przesiąkały zapachem jedzenia), w trzecim, który dzieli z 13-letnim synem, są książki i komputer.

Pankgräfin stoi na miejscu socjalistycznej chlewni. Na początku lat 90. RFN pełną parą jednoczyła się z NRD i mało kto miał głowę zajmować się nielegalnymi komunami, które z całej Europy przyciągały do Berlina kolejnych radykalnych idealistów, undergroundowych artystów, politycznych buntowników. Jedynie największe z nich przenoszono z centrum miasta na wschodnioberlińskie peryferie. Kiedy kolumna hipisów w eskorcie policji dotarła do przedmieść w Karow, zanosiło się na protesty okolicznych mieszkańców. Nić porozumienia nawiązała się po pierwszej wizycie w osadzie ('Wóz i cała ta ekologia to przecież tak jak altanka i kwiatki na działce').

W Pankgräfin mieszka ponad sto osób, głównie rodziny z dziećmi. Mają umowę, którą podpisują co dziesięć lat, prąd, bieżącą wodę, linię telefoniczną, a wkrótce będą mieli łącze DSL. Każdy z mieszkańców płaci 90 euro miesięcznie. Część pieniędzy przeznaczają dla miasta, a część na budżet obozowiska, które ma status stowarzyszenia. Dzięki temu realizują projekty na dużą skalę związane z ochroną środowiska. Ogród Zmysłów na przykład skierowany jest do berlińskich szkół i przedszkoli. Na łące wokół osady, gdzie rosną rzadkie gatunki roślin, dzieci uczą się poznawać przyrodę z zamkniętymi oczami, za pomocą dotyku, węchu i słuchu. Wkrótce projekt zamieni się w stałą placówkę - Leśne Przedszkole, na które czeka już nowy wóz.

Thomas ma jeszcze łazienkę z wanną, ale ten wóz został u żony, która mieszka z drugim synem kilkadziesiąt metrów dalej. Za kuchnią, od strony łąki, gdzie trzymał kury, a teraz wiesza pranie, planuje mały ogródek. Kupi też osobny wóz dla starszego syna, bo dorasta i zaczyna przebąkiwać, że chciałby pomieszkać w mieście.

Kilka lat temu po Berlinie krążyła zmechanizowana grupa 30 osób. Zjeżdżali się na umówiony znak, kontaktując się przez komórki. Rozbijali obóz. Pojawiała się policja. Rozjeżdżali się w różnych kierunkach, by się pojawić w innym miejscu. Policja wracała. Zarośnięty kawałek ziemi przy Revaler Strasse zajęli na dwa dni przed 11 września 2001 roku. Od tego czasu członkowie Laster- und Hängerburg (Miasteczko Przyczep i Ciężarówek) koczują tam nielegalnie i walczą z władzami o pozostanie.

Przed wozem Elektry stoi błękitny traktor i czerwony motocykl Honda. Wóz jest biały, kryty blachą, w środku zawalony komputerami wszelkich generacji i elektronicznymi gadżetami. Elektra jest informatykiem samoukiem i członkiem kilku międzynarodowych organizacji. Co parę miesięcy zamyka blaszany wóz i wyjeżdża - w październiku do Indii na konferencję poświęconą bezprzewodowym sieciom internetowym dla krajów rozwijających się organizowaną pod patronatem Dalajlamy.

- Sami żyjemy tu jak w biednym kraju - mówi Elektra - o wszystko musimy zadbać sami. Opowiada o niezależności równoznacznej dla wielu z najgorszą anarchią. Skarży się na kompromisy, do których są zmuszani. Działalność kulturalną narzucaną innym obozowiskom uważa za cenę, jaką każe się płacić w zamian za akceptację. - Nie chcę codziennie udowadniać, że jestem w porządku - protestuje.

Kiedyś mieszkała w kamienicy, ale po pół roku sąsiedzi wciąż byli anonimowi, a do jej mieszkania włamali się złodzieje. Zrezygnowała z bieżącej wody i prądu i przeprowadziła się do wozu. Teraz korzysta z baterii słonecznych, które dzięki jej ulepszeniom magazynują zimą o połowę więcej energii niż zwykle. Wodę nosi codziennie w plastikowych pojemnikach, dokładnie tyle, ile potrzebuje. A do tego otoczona jest ludźmi. Obok niej mieszkają: perkusista, krawcowa, pisarz, inżynier dźwięku, dyplomowany informatyk, artystka kabaretowa, kierowca w firmie transportowej oraz goście z Francji, którzy przyjechali na kilka miesięcy. - Moim pomysłem na życie nie jest konto osobiste w banku, ale osobiste kontakty z ludźmi - tłumaczy Elektra.

Za rok lub dwa, pewnie przy kolejnych wyborach, w Laster- und Hängerburg znów pojawi się policja. Pozostanie im wtedy spakować się i poszukać nowego miejsca. - To ciągła walka - przyznaje Elektra - ale przecież nie znikniemy, wciąż będziemy żyć na własny sposób

Więcej o: