Nie chcę mieć swojego stylu

Rozmawiała Katarzyna Świeżak

Najbardziej się uczę, jak dostaję w dupę. Wyciągam wnioski i nie odbija mi sodówka. Jak przegrywam, wtedy jestem naprostowany - z Robertem Koniecznym rozmawia Katarzyna Świeżak

Droga kończy się w trawie. Dalej jest przepaść. Trzeba użyć pilota, by płat ziemi się podniósł. Wtedy droga poprowadzi w dół. Pod ziemią widać szklaną elewację i wnętrze domu. Nad tym, kto zjedzie, ziemna klapa się zamknie. - Teraz robimy same takie ostre kawałki! - cieszy się Robert Konieczny, autor Najlepszego Domu 2006. Dom schowany pod ziemią to najnowszy projekt jego pracowni KWK Promes. Realizacja ma ruszyć w tym roku.

Robert Konieczny: Masz pytania czy będzie spontanicznie? Ja zawsze działam spontanicznie (śmiech) - nie przerywając, mówi dalej. - Zadzwonił do nas fajny człowiek z dużym wyczuciem. Chciał domu ultranowoczesnego, ale zgodnie z zapisami w planach zagospodarowania przestrzennego musiał mieć dwuspadowy dach. Pojechałem obejrzeć działkę i zobaczyłem dookoła piękne poniemieckie wille. Zrozumiałem, że każda nowoczesna architektura je zaburzy. Żona inwestora zabrała mnie na rynek. Nagle mówi, że podziemia miasta to sieć tuneli. Pomyślałem: 'No to co by było, gdyby domem nawiązać do miasta, ale nie do tego, co jest u góry, tylko do tego, co jest na dole'. I projekt był gotowy. Domów schowanych pod ziemią trochę już powstało, ale wszystkie mają jeden szkopuł - wejście od strony tarasu. No i trzeba dymać po schodach, żeby dostać się do środka. Ale tego domu nie byłoby, gdyby nie dom aatrialny.

Katarzyna Świeżak: Za co dom aatrialny zdobył tytuł najlepszego na świecie?

Zapoczątkowuje nowy typ domu, choć to klasyczna moderna. Żeby z zewnątrz dostać się do ogrodu, trzeba przejść przez dom. Jest odwrotnością domu atrialnego znanego od czasów rzymskich do dziś. Pomysł, żeby drogę zagłębić w ziemi, przyszedł mi do głowy, bo działka miała mankament - dojazd od strony południowo-zachodniej, od której zazwyczaj jest ogród.

Dwa dni przed Wigilią 2002 r. siedzę sobie i rysuję jak zawsze w zeszycie w kratkę. Droga schodzi pod dom, ale ciągle jest ta awaria: podjeżdżamy pod dom i co tu zrobić, żeby nie było schodów lub windy? Wywijamy chatę za nie wiadomo jakie pieniądze, więc musi być superwygodna. I nagle myk - zagłębiona w ziemi droga zaczyna się wznosić i wpada do samego środka domu, wewnętrznego atrium. Proste jak drut.

Robi wrażenie, jakby istniał dla samego siebie. Solniczka postawiona w złym miejscu, nie mówiąc już o obecności człowieka, może zburzyć w nim porządek.

Życie nie wprowadza tu nieładu, ale ten dom dopełnia. Właściciele dbają o czystość formalną, są pedantyczni. Oczekiwali wnętrza perfekcyjnego, chłodnego, bo w takim dobrze się czują. Dla każdego szyjesz coś innego, wszyscy myślą, że architekt coś narzucił, a to klient tego chciał.

Wolisz klientów, którzy narzucają swoje zdanie?

Najlepsze projekty powstały, kiedy ścieraliśmy się z klientem. Wydaje się, że klient odrzuca coś, co jest bardzo dobre, ale potem wymyślasz coś jeszcze lepszego. Pełna wolność jest niebezpieczna.

Dzwoni młody reżyser. Pierwsze spotkanie. On rysuje rzut domu. Patrzę i myślę: 'Co ty mi tu, facet, rysujesz. My to dopiero zrobimy ci koncepcję'. Ale wziąłem tę kartkę. Do głowy mi nie przyszło, że niedługo będę zdejmował wymiary z tego rzutu. Koncepcję zrobiliśmy w trzy miesiące. Pokazuję i słyszę: 'Świetnie. Kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty'. Dom nie spełniał jego wymogów bezpieczeństwa, bo miał już kilka włamań. On to mówił, ale ja to zbagatelizowałem. Wtedy napiłem się, żeby odreagować, dziś mogę mu dziękować. Jak ten dom działa? Rano boczne elewacje, niczym potężne okiennice przesuwają się aż do ogrodzenia odsłaniając szkło. Otwierają dom na ogród i wpuszczają światło. Załóżmy: rodzice są w ogrodzie, a dzieciak domofonem otwiera furtkę. Gość wchodzi, furtka się zamyka. Między furtką, wejściem do domu a przesuniętymi elewacjami bocznymi czeka, aż go wpuszczą dalej. Jest na terenie posesji, ale nie może wejść do domu ani chodzić po ogrodzie. Żeby dostać się do ogrodu, musi przejść przez dom - podobnie jak w domu aatrialnym.

Dobra architektura - co to dla ciebie znaczy?

Dobra, zła. Co to znaczy? Klient musi rozumieć przestrzeń, zasadę działania budynku. Musi rozumieć pomysł i to, z czego on wynika. Kiedy widzi, że wszystko ze sobą gra i się zazębia, dom staje się dla niego i wyjątkowy, i oczywisty zarazem. Tak było ze 'ślimakiem'. Chłop chciał tradycyjnego domu, a zgodził się na zawijaniec z kosmosu. Bo był dla niego racjonalny - jak i dla mnie.

Tak jak w domu aatrialnym wjazd był od południowego zachodu. No to sięgnąłem po stary patent KWK - drogę zagłębiłem w ziemi. Ale budżet nie pozwalał na całkowite powtórzenie domu aatrialnego. W aatrialnym droga-pochylnia doprowadza do budynku, a 'ślimak' cały ułożony jest na pochylni wznoszącej się od zagłębionego wejścia do części dziennej i ogrodu. Ten dom jest przedłużeniem drogi dojazdowej. Poprowadzona została po łuku, żeby przemieszczać się płynnie.

Dla mnie dobra architektura to taka, którą rozpoczyna jakaś myśl rozwijana konsekwentnie od pierwszych rysunków do ostatnich kresek projektu wykonawczego.

Estetyka sprawą drugorzędną?

Nie, wynikową. Dom aatrialny jest taki, a nie inny, ponieważ jest transformacją kostki. Kostki - bo wpisuje się w kontekst z lat 60., 70.; transformacją - żeby osiadł w pejzażu w naturalny sposób. Chciałem, żeby dom był klasyczny, prosty, a kontrast między jego bryłą a miękkim podjazdem - mocny. Sedno domu znajduje się na dole i musi być widoczne. Gdyby dom był geometrycznie skomplikowany, osłabiłby działanie wijącej się drogi.

Dom-szuflandię lubię, choć ma wielu przeciwników, bo nie podoba się formalnie. On taki musiał być. Na miejscu wyburzonego domu miał stanąć większy, miał też izolować domowników od sąsiada od zachodu. Jak to zrobić, żeby dom powiększyć, nie mieć sąsiada, ale mieć słońce od jego strony? Boczne pełne elewacje pokroiliśmy na sześć kawałków i każdy wysunęliśmy z lica ściany. Jak spojrzeć na elewację na wprost, to widać płaską ścianę, a pod kątem widać szuflady, które łapią światło, bo są po bokach oszklone. Przestrzeń się powiększyła, a sąsiad nic nie widzi. Jest mi obojętne, co dzieje się w szufladach, mogą być nawet tapety w kaczuszki. Nazywam to prywatnością kontrolowaną. Dałem przestrzeń taką, z którą właściciele mogli robić, co chcieli, i taką, jakiej sam chciałem - potężną, nowoczesną przestrzeń w centrum domu między szufladami. Pomysł generuje projekt - nigdy nie wiem, jaki ostatecznie będzie.

Efekt końcowy cię zaskakuje?

Jak powstaje projekt, patrzysz na niego trochę z boku i nawet się dziwisz, że to, co powstaje, jest takie, a nie inne. Dochodzisz do momentu, w którym masz wybór: wycofać się i zrobić coś bezpiecznego, co już wszyscy widzieli, albo zaryzykować i pójść drogą niepewną.

Projekty, które z byłą żoną Marleną robiliśmy na konkursy jeszcze na studiach, były tak pojechane, że wstydziliśmy się je pokazywać nawet znajomym. Jeżeli projektujesz w oparciu o swoje przyzwyczajenia formalne, bo lubisz pewne rozwiązania, jakieś krzywizny czy proste, to nie stworzysz niczego nowego. Mówi się: on ma swój styl, a ja nie chcę mieć swojego stylu.

Sprawiasz wrażenie, jakbyś bawił się w wirtualnym świecie. W domu podziemnym wszystko jest pod ziemią oprócz sypialń, które dyndają na wysokości 25 metrów nad skarpą.

'Indiana Jones' napędził wyobraźnię (śmiech). Południową elewację domu bezpiecznego, która zwija się jak roleta, zrobili Niemcy współpracujący z NASA, bo polskie firmy się wycofały. Pierwszym ich klientem prywatnym był Polak. Jechali na montaż z eskortą i kogutami na samochodach. Niezły klimat budowy domku jednorodzinnego. Chłopcy projektują dla astronautów, a tu nagle dom pod Warszawą robią przy okazji. W zespole hotelowym, nad którym teraz pracujemy, chcemy zrobić elewację jak trzyskładnikowy koktajl, w którym warstwy delikatnie się mieszają.

Chciałbym zrealizować projekt, w którym pojawiają się zjawiska niematerialne jak np. tęcza w projekcie na Świątynię Opatrzności Bożej. Promienie słońca wpadające przez otwory na szczycie kościoła miały padać na pryzmat i rozszczepiać się na tęczę. Wcześniej zaprojektowaliśmy z Marleną na konkurs centrum religijne w Japonii. Miało zrzeszać różne religie świata. Nawiązaliśmy do światła naturalnego, pryzmatu i tęczy. Bóg to światło, religie to rozszczepione przez pryzmat kolory tęczy. Zebrane z powrotem do kupy miały symbolizować całkowitą prawdę o Bogu. Nam się wydawało, że to mistrzostwo świata, dziś wiem, że projekt był taki sobie. Ale praca nie poszła na marne.

Jak w przypadku innych przegranych konkursów?

Najbardziej się uczę, jak dostaję w dupę. Jako studenci zdobywaliśmy nagrody na międzynarodowych konkursach. Wyleczyliśmy się z nieśmiałości. Zrobiliśmy więc projekt Świątyni Opatrzności Bożej. III miejsce to nie była wygrana. Zaczynamy więc projektować domy jednorodzinne. Mamy kłopoty finansowe, ale robimy tylko to, co nam odpowiada, więc zleceń jest niewiele. Musimy przenieść się z centrum Katowic do piwnicy na uboczu. W czasie przenosin dzwoni facet i pyta, czy zaprojektujemy dla niego dom. Umawiamy się w biurze. Dzień przed spotkaniem idziemy z Marleną na imprezę. Popijamy, a mnie tknęło: ja tu siedzę, a w biurze Sajgon. Pojechałem i pół nocy wieszałem te wszystkie dyplomy, obrazki. Wyglądało żałośnie, ale i tak lepiej niż wcześniej. Rano podjeżdża czarne porsche carrera, dwoje fajnie ubranych ludzi, widać, że wiedzą, o co chodzi. Pokazali działkę na mapie i powiedzieli, że nie podpiszą umowy, dopóki nie przekonamy ich pomysłem. To dla nich zaprojektowaliśmy dom aatrialny cztery lata po studiach. Był rok 2002. Teraz ten dom nakręca nam koniunkturę.

Rozmawiała Katarzyna Świeżak

Skomentuj:

Nie chcę mieć swojego stylu