Willa w dworkowym stylu

Malownicze wnętrza tego domu i otaczający go piękny park zagrały już w niejednym filmie. Można więc mieć nadzieję, że urok tej przedwojennej architektury długo jeszcze będzie cieszył nie tylko właścicieli, ale nas wszystkich.
W latach dwudziestych ubiegłego wieku Alfred Bursche, członek znanej warszawskiej rodziny, poszukiwał miejsca na podmiejską willę. Polecono mu wtedy osadę położoną tuż przy granicy Konstancina - najbardziej eleganckiej podwarszawskiej miejscowości. Oferowała znacznie więcej terenów do zagospodarowania niż coraz słynniejszy i zatłoczony sąsiad.

Nietrudno było znaleźć parcelę odpowiadającą potrzebom i gustom przyszłego inwestora. Pan Bursche szybko więc stał się właścicielem niezwykle atrakcyjnego ponaddwuhektarowego terenu, położonego tuż nad brzegiem malowniczej rzeczki Jeziorki.

Przejrzysta i krystaliczna wówczas woda rzeczki zapraszała do kąpieli, a plaża - do wylegiwania się na słońcu.

- Jeszcze po wojnie jako dziecko kąpałem się z innymi w tej rzeczce. Pływaliśmy po niej kajakami i korzystaliśmy z uroków plaży - wspomina wnuk pana Bursche, obecny właściciel domu Aleksander Bursche. Dzisiaj zanieczyszczona Jeziorka nie zapewnia niestety takich przyjemności.

Beztroskie lata wolności

Willa w modnym wówczas dworkowym stylu została zaprojektowana przez brata inwestora, wziętego architekta Teodora Bursche - tego samego, który z powodzeniem zabudowywał Konstancin. Autor projektu stworzył również imponujące założenie ogrodowe wokół domu, był też współtwórcą wnętrz i wyposażenia budynku.

W tamtych latach willę otaczały pola i łąki, tworzące sielską atmosferę wiejskiego bytowania. Ale okolice były połączone z Warszawą kolejką wąskotorową, startującą z placu Unii Lubelskiej. Tory przebiegały w sąsiedztwie Burschów. W miejscu dawno zlikwidowanej kolejki przebiega obecnie ruchliwa ulica, która nosi imię pewnego młodopolskiego redaktora oraz wydawcy. Został on patronem arterii nie przez przypadek: wiele lat mieszkał bowiem w tym miejscu, w nieistniejącej już dziś willi.

- Urzędnicy przez długi czas, nie mając pojęcia, kto zacz, zastępowali jego egzotyczne imię innym o bardziej swojskim brzmieniu - śmieje się pan Aleksander, opowiadając nam o historii okolicy.

W dobrym towarzystwie

Dom pod Konstancinem był z założenia siedzibą wakacyjną. Na stałe państwo Burschowie mieszkali w obszernym i eleganckim mieszkaniu przy ulicy Natolińskiej w Warszawie. W tamtych czasach to był dobry adres - ich sąsiadami byli liczni przedstawiciele warszawskiej inteligencji, między innymi rodzina Zollów, którzy po wojnie wyemigrowali do Krakowa (najbardziej znanym współcześnie członkiem tej rodziny jest profesor dr hab. Andrzej Zoll - rzecznik praw obywatelskich).

Wielu przyjaciół z ulicy Natolińskiej można było zastać latem w osadzie pod Konstancinem. W willi Burschów spotykali się także członkowie rodziny i inni przyjaciele domu. Pojawiali się również znajomi z samego Konstancina. Bywał malarz formista Aleksander Świdwiński, którego obrazy zdobią do dziś wnętrze domu, często gościł też zaprzyjaźniony z gospodarzem pisarz Stefan Żeromski z żoną Anną i córką Moniką.

Goście korzystali z uroków Jeziorki i pięknego ogrodu. Egzotyczne drzewa, które go zdobiły, sprowadzano z Włoch i Chorwacji. Do dzisiaj rosną tu: tulipanowiec, drzewo kakaowe, katalpa, magnolie i glicynie. Jeszcze przed kilkoma laty można było podziwiać rosarium. Krzewy miały około siedemdziesięciu lat. Niestety, wymarzły podczas ostatnich zim.

Wojenne losy domu

Idylla trwała do 1939 roku. Natychmiast po zdobyciu przez Niemców Warszawy, cała męska część rodu Burschów została aresztowana - na osobisty rozkaz Hitlera. Brat właściciela domu - biskup Kościoła ewangelicko-augsburskiego został przewieziony do Berlina i tam stracony. Jego samego zaś osadzono w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, gdzie po dwóch latach zmarł. Wdowa spędziła okupację w podwarszawskiej willi. Tutaj także zastał ją wybuch Powstania Warszawskiego.

- Mój ojciec, a także jego siostra Anna Bursche Lindnerowa (wielokrotna mistrzyni Polski w jeździe figurowej na lodzie) należeli do Armii Krajowej - opowiada właściciel. - Ojciec, jako żołnierz pułku Baszta, walczył na Mokotowie. Ciotka była łączniczką. Po kapitulacji, jak większość warszawiaków, znalazła się w obozie przejściowym w Pruszkowie, z którego udało się jej uciec. Po dwóch dniach wędrówki przez pola i lasy, bez butów, które gdzieś się zapodziały, z pokrwawionymi stopami dotarła do domu. Tu już było wielu warszawskich uciekinierów - rodzina, przyjaciele, znajomi. W tym względnie bezpiecznym schronieniu dotrwali do końca wojny. Ale wojenna zawierucha i tu odcisnęła swoje piętno. Jedna ze spuszczonych na okolicę bomb spadła, na oczach domowników, tuż przy wejściu frontowym. Na szczęście była niewielkiego kalibru, ale ślady po wybuchu są do dziś widoczne na drzwiach.

Szczęście do lokatorów

Po wojnie siedziba państwa Burschów, jak większość prywatnych domów, została objęta kwaterunkiem. Babcia Janina Bursche była zmuszona wyprowadzić się do niewielkiego domku ogrodnika, wzniesionego jeszcze przed wojną. W willi na piętrze pozostała jedynie jej siostra.

Szczęśliwie dla budynku i jego prawowitych właścicieli resztę domu przyznano sympatycznej i kulturalnej rodzinie pana S. - ówczesnego dyrektora warszawskiej Desy. Stosunki były na tyle przyjacielskie, że gospodarze bez trudności mogli doglądać swojej schedy (niedawno, ku radości obu stron, synowie państwa S. odwiedzili mieszkańców willi).

Dzięki dobrej komitywie z przymusowymi lokatorami właściciele willi, choć zawieszeni w swoich prawach, kontynuowali przedwojenne zwyczaje towarzyskie, ignorując "polskoludową" rzeczywistość.

- Jako chłopiec spędzałem wakacje i wszystkie święta u babci pod Konstancinem - wspomina pan Aleksander. - Pamiętam posiady przy domku ogrodnika, pod jabłoniami ciężkimi od owoców... Trzeba było uważać zwłaszcza, kiedy się jadło zupę pomidorową. Wpadające do niej jabłka czyniły spustoszenie w naszej garderobie. A potem wszyscy szliśmy do kąpieli w Jeziorce.

Podobnie jak przed wojną, tak przez wszystkie lata peerelu starano się dbać o ogród. Jego wielkie rozmiary zmuszały do planowej organizacji robót pielęgnacyjnych. Teren podzielono na mniejsze fragmenty i każdy członek rodziny (oraz chętni do pomocy przyjaciele i znajomi) miał wyznaczony fragment, nad którym sprawował opiekę.

W rękach filmowców

Kiedy w końcu lat sześćdziesiątych zniesiono nakazy kwaterunkowe, rodzina Burschów odzyskała posiadłość w nienajgorszym stanie. Ale czas zrobił swoje i dom wymagał remontu. Ponieważ rodzinie brakowało na to pieniędzy, zdecydowano się sprzedać towarzyszący głównemu budynkowi dom ogrodnika.

Znacznie później, częściowo już w czasach III Rzeczypospolitej, rodzinne zasoby wzmocniono pieniędzmi otrzymywanymi od ekip filmowych, które tu realizowały m.in. fragmenty "Kroniki wypadków miłosnych" i "Panien z Wilka" Andrzeja Wajdy, "Przeprowadzek" Leszka Wosiewicza i telenoweli "M jak miłość". W ogrodowej scenerii nakręcono także kilka filmów reklamowych. Dom szczególnie upodobał sobie znakomity scenograf Alan Starski. Tapety wybrane kiedyś przez niego do filmowych scen do dziś zdobią ściany pomieszczeń. Trudno się zresztą dziwić entuzjazmowi laureata Oscara. Niewiele jest bowiem u nas wnętrz, które pomimo burz dziejowych zachowały klimat przeszłości do naszych dni.

Najcenniejsza jest stałość

Wnętrza domu są jak przed laty - skromne i eleganckie. Z niewielkiej sieni wchodzi się do owalnego holu-jadalni, którego przedłużeniem jest taras z rozległą perspektywą otwierającą się ku rzece. Stoją tu meble z początku lat trzydziestych, autorstwa Teodora Bursche, między innymi: kredens, stół na dwanaście osób, zegar. Kafle oryginalnego pieca połączonego z kominkiem wyprodukowała znana międzywojenna manufaktura w Kadynach koło Elbląga. Znajdziemy tu także nieliczne przedmioty ze zburzonego mieszkania na Natolińskiej: m.in. srebrną cukiernicę ze śladami pożaru i kilka pięknych talerzy, jedynych, które ocalały z dwudziestoczteroosobowego serwisu.

Na prawo z jadalni prowadzą wejścia do dwóch pomieszczeń. To od ogrodu, to zachowany w całości pokój nieżyjącej już babci - z zaprojektowanymi specjalnie dla niej meblami, podkreślającymi kobiecy charakter wnętrza. Pomieszczenie od dziedzińca wjazdowego należało do wspomnianej siostry ojca obecnego pana domu i jej męża Sławomira Lindnera. Ten przedwojenny oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, więzień oflagu w Woldenbergu, po wojnie był cenionym i popularnym wykładowcą warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, gdzie uczył pantomimy oraz szermierki. Dlatego w domu wiele jest akcesoriów militarnych, między innymi szabla ułańska, lance, florety i szpady treningowe oraz duży zbiór książek dotyczących wojskowości. Są tu również rzeźby autorstwa pana Sławomira, który w obozie jenieckim zaprzyjaźnił się ze znanym rzeźbiarzem Stanisławem Horno-Popławskim i pod wpływem tej znajomości sam zaczął rzeźbić. Znaczącym śladem tych związków jest eksponowana w jadalni głowa z brązu wykonana przez mistrza, jak również zwycięski projekt w konkursie na pomnik Adama Mickiewicza, przeznaczony dla Wilna.

Wszystkie te pamiątki z minionych czasów można podziwiać właśnie dzięki staraniom państwa Lindnerów, którzy choć dysponowali niewielkim mieszkaniem w Warszawie, większość czasu spędzali w willi.

Tradycję kontynuują dziś z powodzeniem: pani Krystyna Bursche - matka obecnego właściciela Aleksandra Bursche, jego żona Katarzyna - architekt wnętrz, oraz ich dorastające dzieci Marta i Juliusz. Choć, podobnie jak kiedyś pierwsi mieszkańcy domu, mają mieszkanie w Warszawie, to właśnie dom pod Konstancinem uważają za swoje rodzinne gniazdo, o które warto się troszczyć w sposób szczególny.

Więcej o: