Instalowanie c.o. w zamieszkanym domu

Często bywa tak, że dom jest rozbudowywany i przerabiany wraz ze zmieniającmi się potrzebami gospodarzy. W tym dwudziestoletnim 'kanadyjczyku' znajdującym się pod Warszawą zmiana dotyczyła przede wszystkim systemu ogrzewania.

Najpierw postawili na kozę

Założenie inwestorów było proste - budujemy dom oszczędnie. Oznaczało to postawienie budynku w technologii szkieletu drewnianego, parterowego, bez piwnicy, o "rozsądnym" metrażu (115 m2). W ramach ograniczania wydatków zdecydowano się na ogrzewanie pomieszczeń żeliwną kozą (o mocy 9 kW), chociaż sieć gazowa przebiegała tuż przy ogrodzeniu. Kiedy dzieci były małe, opiekująca się nimi mama zawsze mogła dorzucić drewna do paleniska. Uznano zatem, że nie ma potrzeby ponosić wysokich kosztów związanych z podłączeniem domu do instalacji gazowej. I rzeczywiście taki sposób ogrzewania sprawdzał się przez lata.

Piec wolno stojący, nazywany popularnie kozą nie wymaga zabudowy. Dzięki temu jego montaż jest bardzo prosty Piec wolno stojący, nazywany popularnie kozą nie wymaga zabudowy. Dzięki temu jego montaż jest bardzo prosty Piec wolno stojący, nazywany popularnie kozą nie wymaga zabudowy. Dzięki temu jego montaż jest bardzo prosty/fot. Iwona Dąbrowska

Koza - dobra do czasu?

Czas płynął, dzieci rosły i konieczne były zmiany. Po 10 latach od zamieszkania pojawiła się konieczność zaadaptowania poddasza, tak by mogły tam powstać pokoje dla każdego z trojga dzieci i niewielka łazienka. Wzrosła tym samym powierzchnia do ogrzewania. - Zdecydowaliśmy się wtedy na usprawnienie systemu grzewczego i wentylacyjnego - mówi właściciel, pan Krzysztof. Na stropie parteru i w przestrzeniach za ściankami kolankowymi rozmieszczone zostały rury rozprowadzające ciepło z kozy oraz kanały do wentylacji mechanicznej. Taki sposób ogrzewania zapewniał komfort termiczny w domu, z wyjątkiem bardzo mroźnych dni. Wtedy podnosiliśmy temperaturę w pokojach, włączając grzejniki elektryczne. Taką możliwość dogrzewania domu przewidzieliśmy wcześniej. Uzyskaliśmy bowiem zgodę na pobór odpowiednio dużej mocy prądu, a w każdym z pokoi zainstalowane zostało oddzielne gniazdo dla grzejnika elektrycznego.

I tak system grzewczy funkcjonował przez kolejnych 10 lat. Gospodarze byli z niego zadowoleni, choć nie do końca. Pierwszym problemem były wysokie rachunki za prąd. Wynikały one przede wszystkim z tego, że był on wykorzystywany do podgrzewania wody do kąpieli. Przy 5-osobowej rodzinie trudno było znaleźć tutaj oszczędności. Ponadto w czasie ostrych zim włączano dodatkowo grzejniki elektryczne. Drugim mankamentem był hałas od aparatu nawiewnego, który tłoczył ciepłe powietrze z kominka do przewodów rozprowadzających je po całym domu.

/fot. Iwona DąbrowskaNa suficie salonu widać dwa anemostaty: nawiewny (z lewej), będący zakończeniem kanału wentylacji mechanicznej, oraz doprowadzający ciepło z kominka (z prawej)/fot. Iwona Dąbrowska

 

- Mijały kolejne lata - wspomina pan Krzysztof. Dzieci dorosły, a żona zaczęła pracować zawodowo. Okazało się wtedy, że dotychczasowy system ogrzewania przestał się sprawdzać. Jeśli nawet rano przed wyjściem do pracy napaliliśmy w kozie, to i tak wieczorem bywało zimno. Trzeba było uniezależnić się od dokładania drewna i zastosować inne źródło ciepła. Kolejna domowa inwestycja była więc przesądzona.

Gospodarze brali pod uwagę montaż urządzenia na prąd lub gaz ziemny. Zdecydowali się na tę drugą opcję nie tylko dlatego, że łatwo mogli podłączyć dom do sieci. Ważniejsze było to, że po przeanalizowaniu kosztów ogrzewania domu, gaz okazał się zdecydowanie tańszym paliwem. Gospodarze zbierali informacje zarówno od fachowców, jak i od znajomych - właścicieli domów. Poza tym wiedzieli doskonale, jakie sami płacą rachunki za energię elektryczną, aby mieć ciepłą wodę do mycia, ogrzewać podłogę w łazience, a zimą dogrzewać pokoje.

/fot. Iwona Dąbrowska /fot. Iwona Dąbrowska Z prawej strony przy wejściu do domu zaplanowano dostawienie pomieszczenia technicznego, przeznaczonego przede wszystkim na kocioł zasilany gazem z sieci ułożonej w ulicy/fot. Iwona Dąbrowska

Kotłownia na dostawkę

Ponieważ w domu nie ma piwnicy, najpierw należało ustalić, gdzie umieścić kocioł na gaz. Rozważano nawet zakup niedużego urządzenia wiszącego, dwufunkcyjnego z zamkniętą komorą spalania, które z powodzeniem można zamontować poza kotłownią. Ale na niego też nie znaleziono odpowiedniego miejsca, ani w łazience ani kuchni. Zdecydowano się więc na nietypowe rozwiązanie.

/fot. Iwona DąbrowskaGotowy fundament przyszłej kotłowni - dla kotła na gaz z zamkniętą komorą spalania kubatura tego pomieszczenia powinna wynosić co najmniej 6,5 m3, przy zachowaniu wysokości nie mniejszej niż 2,2 m/fot. Iwona Dąbrowska

Przed wejściem do domu - pod dachem - znajdował się duży drewniany podest. Jego fragment, o powierzchni około 3 m2, idealnie nadawał się do tego, by tam wybudować pomieszczenie techniczne. Wejście do niego musiało się jednak znaleźć na zewnątrz domu, ale to według gospodarzy nie stanowiło żadnego utrudnienia, bo nie jest to pomieszczenie, do którego często się zagląda. Oczywiście wymagało to zamontowania drzwi z zamkiem, tak aby nikt kto się znajdzie na działce nie mógł wejść do kotłowni. Dla całkowitego poczucia bezpieczeństwa została ona włączona w domowy system alarmowy.

Właściciele sądzili, że skoro przyszłe pomieszczenie techniczne znajdzie się w obrysie istniejącego domu, niektóre procedury będą uproszczone. Niestety mylili się. Aby podpisać umowę z gazownią musieli najpierw uzyskać w starostwie pozwolenie na budowę. Należało wykonać jej projekt architektoniczny oraz projekt przyłącza. I w tym momencie pojawiła się kolejna niespodzianka. Ponieważ kotłownia musi mieć odpowiednią kubaturę (6,5 m3) okazało się, że poziom posadzki w kotłowni trzeba będzie zagłębić w gruncie. Tym samym w wejściu do kotłowni musiał zostać umieszczony stopień. Projekt uwzględniający taką poprawkę trafił do starostwa i po 3 tygodniach uzyskano pozwolenie na budowę.

/fot. Iwona DąbrowskaPrzy okazji budowy pomieszczenia technicznego przesunięto ścianę zewnętrzną, aby powiększyć powierzchnię przedpokoju. Zatem drzwi prowadzące do domu oraz do kotłowni znajdują się obok siebie/fot. Iwona Dąbrowska

Fragment zadaszonego podestu przed domem obudowano ścianami. Ich kolejne warstwy to: siding - taki, jakim jest wykończony cały dom, folia paroizolacyjna, płyta ognioodporna, warstwa wełny mineralnej i płyta gipsowo-kartonowa, też ognioodporna. Betonową posadzkę wyprofilowano z lekkim spadkiem w kierunku kratki ściekowej i wykończono terakotą. Ponadto w zewnętrznej ścianie kotłowni umieszczono wylot kanału wentylacyjnego oraz komin do odprowadzania spalin.

/fot. Iwona Dąbrowska /fot. Iwona Dąbrowska W wentylowanej szafce montuje się gazomierz, reduktor (gdy przyłącze jest podłączone do sieci średniego ciśnienia) oraz kurek główny, który umożliwia szybkie i łatwe wyłączenie gazu/fot. Iwona Dąbrowska

Niemiłe przygody z przyłączem

Gdy budowa kotłowni była prawie na ukończeniu, zlecono wykonanie przyłącza do sieci gazowej. W linii ogrodzenia postawiono skrzynkę na licznik. Jakież było zdziwienie właściciela, gdy po powrocie z pracy zobaczył ogromną żółtą szafę na dwa liczniki. Dlaczego taką zamontowano - trudno powiedzieć. Nikt nie chciał wziąć za to odpowiedzialności. Jedno było pewne - cofnięcie podjętej przez kogoś decyzji byłoby na tyle kłopotliwe, że pan Krzysztof machnął na to rękę. Parę dni później pojawił się inny problem. Wykonawca, którego zadaniem było przeprowadzenie instalacji od gazomierza do kotłowni, stwierdził, że nie może tego zrobić, bo rura przebiegałaby bezpośrednio nad rurą wodociągową. Tutaj była już konieczna zdecydowana reakcja pana Krzysztofa. Choć wykonawca twierdził, że zrobił wszystko zgodnie z planem geodezyjnym, to przy starannych pomiarach, okazało się, że jednak nie był wystarczająco dokładny. Musiał więc błąd naprawić, czyli przesunąć gazomierz w odpowiednie miejsce. Dopiero wtedy można było wkopać rurę gazową między gazomierzem a kotłownią.

/fot. Iwona Dąbrowska /fot. Iwona Dąbrowska W salonie rury doprowadzające gorącą wodę z kotła do grzejnika oraz odprowadzające już schłodzoną ukryte są pod sufitem/fot. Iwona Dąbrowska

Instalacja domowa

- To co najbardziej budziło nasze obawy, czyli rozprowadzenie w pomieszczeniach rur centralnego ogrzewania oraz zamontowanie grzejników, okazało się nie takie straszne. Trzeba było co prawda przesuwać meble oraz zabezpieczyć je przed uszkodzeniem, ale trwało to tylko 4 dni - wspomina pan Krzysztof. Na poddaszu łatwiej było ukryć rury doprowadzające ciepłą wodę do grzejników (na przykład za ścianką kolankową), niż na parterze. W salonie rury poprowadzono pod sufitem, a następnie obudowano płytą gipsowo-kartonową. Dzięki "sprytnemu" doborowi farb wystający gzyms jest prawie niewidoczny.

/fot. Iwona DąbrowskaW pozostałych pomieszczeniach rur grzewczych nie obudowywano/fot. Iwona Dąbrowska

Trochę kłopotu sprawiło rozmieszczenie grzejników w pokojach. Meble stały już przecież pod ścianami od lat i by znaleźć miejsce na grzejniki należało zmienić ulubiony i sprawdzony układ.  Zwłaszcza w salonie był z tym kłopot, bo dużą powierzchnie ścian zajmują okna. Dlatego główny grzejnik  potraktowano jako element dekoracyjny. Nie jest więc biały, gdyż zupełnie nie pasowałby do wystroju wnętrza, lecz czarny. Pozostałe dwa wąskie grzejniki umieszczono na wąskim 40-cm pasku pod nieotwieralnymi oknami.

/fot. Iwona Dąbrowska /fot. Iwona Dąbrowska W pomieszczeniu technicznym został zamontowany wiszący kocioł jednofunkcyjny z zasobnikiem stojącym o pojemności 150 l/fot. Iwona Dąbrowska

Temperatura na życzenie

Nowoczesny piec gazowy został wyposażony w automatykę pogodową z czujnikiem temperatury zewnętrznej. Przekazuje on informację o zmianie temperatury na dworze do układu elektronicznego kotła. W ten sposób w krótkim czasie temperatura wody w instalacji grzewczej zostaje dopasowana do aktualnej temperatury na zewnątrz. Oprócz tego przy każdym grzejniku zamontowano zawory termostatyczne. Domownicy korzystają też z przenośnego panelu sterującego umożliwiającego precyzyjne określenie, w jakich godzinach w ciągu danego dnia ma być utrzymana temperatura 20 stopni C. Pan Krzysztof tak zaprogramował sterownik, by taka jej wartość była utrzymana przez cały dzień w ciągu weekendu, a w dni powszednie tylko rano - przed wyjściem do pracy, a potem wieczorem. Natomiast nocą temperatura ma być niższa -18oC.

Ustalenie temperatury w domu na poziomie 20oC nie oznacza jednak, że we wszystkich pokojach będzie ona dokładnie na takim poziomie. Zależy to bowiem od różnych zmiennych, na przykład wielkości pomieszczenia, powierzchni oszklonych, czy liczby urządzeń emitujących ciepło. Dlatego pan Krzysztof kupił kilka termometrów i porozmieszczał je w poszczególnych pomieszczeniach. Każdy odczyt temperatury umożliwia przeprowadzenie korekty ustawienia na panelu lub na termostacie danego grzejnika. W ten sposób, metodą prób i błędów, udało mu się określić optymalne ustawienie temperatury. Dzięki temu w domu zawsze panuje pełny komfort cieplny, a mieszkańcy płacą niższe rachunki za gaz. Taki system wytwarza bowiem tylko tyle energii cieplnej, ile rzeczywiście potrzeba. Tę optymalizację dało się zauważyć w opłatach.

/fot. Iwona DąbrowskaAby nie dochodziło do wychładzania wody w instalacji grzewczej, rury zostały ocieplone odpowiedniej grubości otuliną z pianki poliuretanowej/fot. Iwona Dąbrowska

Poza sezonem grzewczym koszt miesięcznych wydatków na gaz nie przekracza 200 zł, a w sezonie wynosi około 400 zł. Przy wcześniejszym systemie ogrzewania domu kozą i awaryjnie grzejnikami elektrycznymi zdarzały się rachunki za prąd wynoszące nawet 1000 zł miesięcznie. Właściciele nie mają więc wątpliwości, że była to bardzo dobra inwestycja. Dodatkowo pan Krzysztof wybrał taką taryfę w rozliczeniach z gazownią, by płacić drogą elektroniczną co miesiąc dokładnie według wskazania licznika. To daje pełną kontrolę nad bieżącymi kosztami ogrzewania domu.

/fot. Iwona DąbrowskaSpaliny wyprowadzone są do stalowego komina dwupłaszczowego (z lewej). Oprócz tego jest drugi komin - wentylacyjny (z prawej)/fot. Iwona Dąbrowska

 

Jak przechowywać drewno do kozy

W tym domu gospodarze przechowują drewno na dworze pod specjalną wiatą. Pamiętajmy o tym, że powinno być ono odcięte od wilgoci w podłożu, w przeciwnym razie może zacząć gnić. Od góry zabezpieczono je przed deszczem daszkiem. Ponieważ drewno musi oddychać, dlatego nie można przykryć go szczelną folią. Drewno ułożono dość luźno (zapewnia to bowiem lepszą wentylację, a tym samym szybsze schnięcie).

Aby świeże polana nadawały się do palenia, powinny być sezonowane 1,5 roku.

Więcej o: