Dom Wajraka - Bliżej zwierząt

Adama Wajraka zawsze fascynowały zwierzęta. Już jako chłopiec przynosił do warszawskiego mieszkania poszkodowane przez los gołębie, wróble, sowy, wrony, a nawet bociany. To dlatego będąc dorosłym, zamieszkał w Puszczy Białowieskiej.
Na początku lat dziewięćdziesiątych pracę w "Gazecie Wyborczej" zaproponowała panu Adamowi znajoma. Początkowo pisał o skinach, punkach i narkomanach. W pewnym momencie uznałem, że nie warto zajmować się sprawami nieprzyjemnymi, które mnie zupełnie nie interesują, lecz powinienem pisać o tym, co naprawdę lubię tłumaczy dziennikarz. I tak też się stało. Jego artykuły o zwierzętach spodobały się zarówno redaktorom gazety, jak i czytelnikom. Jego głos w obronie zwierząt i popularyzacja wiedzy o ochronie środowiska nabrały dużego znaczenia. Doszedłem jednak do wniosku, że "dziennikarz od zwierząt" powinien mieszkać w lesie, blisko spraw i problemów, którymi się zajmuje. Mieszkając w wielkim mieście, daleko od źródła tematów, nie byłbym wystarczająco wiarygodny mówi pan Adam.

Nuria z Puszczy Białowieskiej

Podczas jednej z wypraw do Puszczy Białowieskiej Adam Wajrak poznał Nurię, młodą Hiszpankę z Sewilli, która w ramach programu realizowanego przy wsparciu Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży zajmowała się problemem zwierząt padlinożernych, żywiących się tym, czym pogardziły drapieżniki wilki i rysie. Wspólne zainteresowania i wzajemna sympatia szybko przerodziły się w poważniejsze uczucie.

To przypadkowe spotkanie ostatecznie przesądziło o osiedleniu się w Puszczy Białowieskiej. Początkowo Nuria Selva Fernandez i Adam Wajrak zamieszkali w wynajętym mieszkaniu w Białowieży. Z tym wynajmowaniem były ciągle kłopoty i niedogodności. Szybko dojrzeliśmy do kupna domu. Z braku pieniędzy od początku myśleliśmy o niewielkiej siedzibie wspomina Adam.

Dom jak kominek

Wieś Teremiski rozłożyła się na polanie w środku puszczy, kilka kilometrów od Białowieży. To tutaj po długich poszukiwaniach znaleźli w końcu odpowiadającą im siedzibę. Stąd wszędzie jest tak samo blisko albo tak samo daleko śmieją się gospodarze. Nurii spodobała się nazwa wsi, tajemnicza i pięknie brzmiąca.

Dom również obojgu przypadł do gustu, chociaż nieufnie odnieśli się do jego niespotykanej konstrukcji dom ma ściany z polan, jakimi zwykle pali się w piecu lub w kominku. Budowano go, układając je warstwami jedne na drugich i spajając wapnem; taką konstrukcję oszalowano deskami.

Niestety, to dziwo okazało się zupełnie nieodporne na działanie wilgoci: przeciekający dach sprawił, że wapno zwilgotniało i wykruszyło się, a drewniane elementy ścian i belki konstrukcyjne nadgniły. Było oczywiste, że zakup będzie wymagał przeprowadzenia generalnego remontu.

Wezwani na konsultację fachowcy nie postawili spójnej diagnozy. Jedni dziwili się, że dom jeszcze stoi, zważywszy na dziwaczną konstrukcję ścian i jej ogólne zniszczenie. Inni jednak uznali konstrukcję za bardzo pomysłową i orzekli, że po przeprowadzeniu całkowitego remontu budynek będzie służył właścicielom przez wiele lat. Próbowaliśmy dociec, skąd wywodzi się ta oryginalna konstrukcja opowiada Adam Wajrak. We wsi jest jeszcze kilka domów podobnie zbudowanych, niestety, nie znaleźliśmy odpowiedzi. Podobno jest to pomysł łotewskich budowniczych, ale nie ma na to żadnego dowodu. Miejscowi gospodarze twierdzą, że poprzedni właściciel był kierownikiem składu drewna i stąd ten nietypowy materiał budowlany. Dziwne jest tylko, dlaczego mając takie możliwości, nie zbudował sobie domu z drewna dobrego gatunku.

Po kilkuletnim użytkowaniu okazało się, że dom jest bardzo ciepły w zimie, a chłodny latem.

Remont

Najważniejszym zadaniem było zabezpieczenie domu przed wilgocią. Trzeba było przede wszystkim wymienić pokrycie dachu. Ze względu na nietypową konstrukcję budynku musiało być możliwie lekkie, by nadmiernie nie obciążyło ścian. Kiedy dach był gotowy, przystąpiono do rekonstrukcji zniszczonych ścian budynku. Drewniane polana połączono nową zaprawą wapienną. Mocno nadgniłe, drewniane narożne słupy nośne zastąpiono murowanymi z betonu komórkowego. Potem całość oszalowano deskami, pozostawiając kilkucentymetrową przestrzeń pomiędzy nimi a polanową ścianą. Ta przestrzeń ochrania ściany przed zawilgoceniem dzięki temu, że powietrze jest w ciągłym ruchu. Na deski szalunku położono styropian i całość otynkowano. Przeprowadzając remont, właściciele starali się nie zmienić pierwotnego układu wnętrza. Jedyną większą zmianą było wygospodarowanie miejsca na wygodną i dobrze wyposażoną łazienkę.

Poddasze mieszkalne na razie pozostaje nieurządzone. Tam gospodarze planują w przyszłości pokoje prywatne, ale ze względu na delikatną konstrukcję budynku nie będzie można tam stawiać zbyt ciężkich mebli.

Na razie odpoczywając po trudach i emocjach związanych z remontem, nie myślą o kolejnych zmianach. Zwłaszcza że czeka nas jeszcze wiele poprawek, ponieważ fachowcy, z którymi mieliśmy do czynienia, okazali się niezbyt solidni skarży się Adam.

Kombajn do suszenia grzybów

Jak w każdym wiejskim domu, kuchnia jest pomieszczeniem najważniejszym. Obszerna i wygodna, pełni równocześnie funkcję jadalni. Zbudowany przez poprzednich właścicieli wielki piec kaflowy, połączony z częścią do gotowania, zajmuje w kuchni centralne miejsce. Miejscowy zdun, chcąc zapewne popisać się wobec człowieka z miasta, zaproponował, aby piec natychmiast zburzyć, a na jego miejscu zainstalować współczesną kuchenkę elektryczną bądź gazową: wygodną i zajmującą niewiele miejsca. Zdziwiony dezaprobatą domowników, zgodził się jednak zmniejszyć kombajnÓ, jak pogardliwie określali wielki piec miejscowi zduni. Jedynie goszczący w Teremiskach Anglik był nim zachwycony.

Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Białowieży, paliliśmy w kaflowym piecu. Po przeniesieniu się tutaj i zainstalowaniu grzejników, w suchym, kaloryferowymÓ powietrzu ciągle łapaliśmy jakieś przeziębienia. Dlatego w pokojach zostawiliśmy stare piece. Sprawa właściwego ogrzewania w domu jest szczególnie ważna tutaj, w klimacie wybitnie kontynentalnym, gdzie wiosna przychodzi miesiąc później, a zima miesiąc wcześniej i gdzie bywają tęgie mrozy. A poza tym tylko na piecu można dobrze wysuszyć grzyby.

Równie trudno jak zdunów było Adamowi przekonać stolarzy, aby nie obkładać belek na suficie... listwami boazeryjnymi.

Poza kuchnią w domu są jeszcze trzy pomieszczenia: sypialnia, pokój, który można umownie nazwać wypoczynkowym, z dwiema wygodnymi kanapami i telewizorem, oraz pokój do pracy.

Uderzający jest kontrast nowoczesnego komputera z łączem internetowym i atmosfery tej puszczańskiej wioski położonej na kresach Rzeczypospolitej. Wybór tego miejsca daje mi komfort psychiczny, pozwala skupić się na pracy, którą lubię, a jednocześnie czerpię przyjemność z uroków otaczającej mnie przyrody mówi Adam Wajrak ale co jakiś czas, zapewne prawem kontrastu, lubię wypuścić się do stolicy albo innego wielkiego miasta w kraju czy za granicą.

Azyl, Fundacja i bocianie gniazdo

Gospodarstwo składa się również z innych zabudowań gospodarczych. Na tyłach domu jest spore podwórze, ograniczone budynkami stodoły i chlewów. Jest także niewielki przydomowy ogródek, który dopiero w przyszłości zostanie zagospodarowany. Z posesją sąsiaduje należąca do niej działka z drewnianym budynkiem dawnej szkoły, zamkniętej na początku lat siedemdziesiątych. Została użyczona Fundacji SOS na cele edukacyjne. Starannie wyremontowana, niedługo zacznie funkcjonować.

Gospodarze dokupili także stary sad znajdujący się na tyłach szkoły, ponieważ zależało im, aby nie mieć przypadkowego sąsiedztwa. Z czasem ma tu powstać azyl dla zwierząt chorych i poszkodowanych przez los, które po odzyskaniu zdrowia będą wypuszczane na wolność lub przekazywane placówkom specjalistycznym.

Do tej pory funkcję azylu pełniło podwórko na tyłach domu i zabudowania gospodarcze (świadczą o tym znajdujące się tu woliery). Obecnie podwórko jest wyjątkowo puste gospodarze skupieni na pracy zawodowej zawiesili na razie tę działalność. Jeszcze niedawno pełno tu było ptaków i innych zwierząt. Znajdowaliśmy dużo małych piskląt, które wypadły bądź zostały wyrzucone z gniazd; staraliśmy się w miarę możliwości utrzymać je przy życiu. Kiedy o naszym azylu dowiedzieli się inni mieszkańcy, sami zaczęli przynosić nam poszkodowane ptaki z całej okolicy mówi gospodarz. Doszło do tego, że nie mogąc sobie poradzić z natłokiem pacjentów, gospodarze musieli ograniczyć ich liczbę. Czasami w wolierach przebywało naraz czterdzieści bocianów. A do tego były jeszcze wydry i kuny.

W niedalekiej przyszłości Nuria i Adam chcą założyć fundację, która w zorganizowany sposób będzie się opiekować chorymi zwierzętami. Gospodarze marzą również o bocianim gnieździe na stodole. Czekają tylko, aż miejscowe władzę podejmą decyzję o zakopaniu kabla energetycznego rozpięty na wysokich słupach, na razie skutecznie zniechęca bociany do osiedlenia się w gościnnej zagrodzie.

Więcej o: