Nie baliśmy się pożyczać

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Do odważnych świat należy! W marzeniach o przyszłym własnym domu zupełnie nie przeszkadzał nam brak środków do ich realizacji. Zgromadzone wcześniej oszczędności wydaliśmy na... przeprowadzkę i urządzenie się w Warszawie.

Tak mieszkaliśmy

Choć studiowaliśmy w Trójmieście, po studiach wróciliśmy do rodzinnego Olsztyna, gdzie udało się nam znaleźć pracę. Po dwóch latach Edyta dostała propozycję przeniesienia się do filii swojej firmy w Warszawie. Postanowiliśmy skorzystać z tej oferty i w 2000 roku razem z naszą roczną córeczką przeprowadziliśmy się do stolicy.

Zamieszkaliśmy w blokach na Gocławiu, w wynajętym mieszkaniu o powierzchni 57 m2. Początkowo planowaliśmy, że będziemy je wynajmować tylko przez rok, a w międzyczasie przymierzymy się do czegoś własnego. Okazało się jednak, że ceny mieszkań w stolicy są zawrotne - małe mieszkanie, które zajmowaliśmy, kosztowało aż 300 tysięcy złotych! Wtedy uznaliśmy, że lepiej kupić pod miastem jakąś małą działkę z domkiem.

Poszukiwania działki, lub lepiej - niedużej działki z małym domem - zaczęliśmy od najbliższych obrzeży Warszawy. Prawie każdy weekend spędzaliśmy na wojażach po okolicy. Zwiedziliśmy Białołękę, Pyry, Wesołą, Józefosław, ale wszędzie było za drogo. Trwało to ponad pół roku, aż pewnego dnia trafiliśmy na działkę położoną stosunkowo blisko, bo tylko 20 kilometrów od miasta. Spodobało nam się szczególnie to, że mieściła się w zurbanizowanej małej miejscowości, a nie na otwartym polu lub zupełnie nowym osiedlu (wtedy koszty zurbanizowania ponosilibyśmy właśnie my) i że miała wszystkie media - wodę z wodociągu miejskiego, gaz, kanalizację oraz dobrą łączność z miastem (wokół znajdowały się wyasfaltowane i szybko odśnieżane drogi, po których jeździły autobusy podmiejskie). W miejscowości działały także przedszkole, szkoła, ośrodek zdrowia, poczta i podstawowe sklepy.

Działka miała odpowiednią dla nas powierzchnię - 1000 m2. Cena była przystępna. Wadą posesji było oddalenie od głównej ulicy aż o 55 metrów, więc musieliśmy się od razu przygotować na większe koszty podłączenia przyszłego budynku do wszystkich mediów. To oddalenie od drogi zapewniało jednak intymność, idealną dla rodziny z małym dzieckiem.

Szybko podjęliśmy decyzję - kupujemy! I wtedy padło pytanie, które powinniśmy sobie zadać dużo wcześniej: za co?

Pieniądze nie takie straszne

Już wcześniej dowiedzieliśmy się w wybranym banku, że aby zaciągnąć kredyt hipoteczny, musimy najpierw wnieść tzw. wkład własny. Choć były inne banki, które udzielały kredytów całościowych (i na zakup posesji, i na budowę domu), a więc nie wymagały wnoszenia tego wkładu, nam nie odpowiadał stawiany przez nie wymóg, by zatrudnić generalnego wykonawcę lub kilka pomniejszych firm (ponieważ bank wymagał od nas faktur za robociznę). My tymczasem mieliśmy tańszy i bezpieczniejszy pomysł na własny dom. Chcieliśmy go budować sposobem gospodarczym - tym bardziej, że ojciec Edyty, doświadczony kierownik budów, zgodził się nam zorganizować i poprowadzić całą inwestycję. Jego chęć pomocy była dla nas nieoceniona i w efekcie przyniosła naprawdę spore oszczędności.

Nie pozostało nam nic innego, jak zorganizować "rodzinną zrzutkę". Pożyczone w ten sposób pieniądze przeznaczyliśmy na zakup działki, którą potem, w rozmowach z bankiem, wnieśliśmy jako wymagany wkład własny. W ten sposób rok po przeprowadzce do Warszawy byliśmy gotowi rozpocząć naszą pierwszą życiową inwestycję.

Kredyt bankowy otrzymaliśmy na 25 lat, więc mamy szansę go spłacić 10 lat przed emeryturą. Pieniądze wypłacono nam w czterech transzach.

Po wykorzystaniu przez nas każdej transzy na budowę przyjeżdżał inspektor i odnotowywał postęp prac. Dopiero wtedy bank udzielał nam następnej.

Spłatę zadłużenia rozpoczęliśmy dopiero po roku od chwili wykorzystania kredytu (przez pierwszy rok nie spłacaliśmy kapitału, lecz jedynie odsetki, co było dla nas w tamtym najtrudniejszym okresie bardzo ważnym udogodnieniem). Tak więc w pierwszym roku wpłacaliśmy do banku 600 zł miesięcznie, a w kolejnych latach, kiedy rozpoczęliśmy już spłacanie kapitału, kwota ta wzrosła do 2300 złotych. Na szczęście wtedy już nie wynajmowaliśmy mieszkania (wynajem kosztował nas 1500 zł, a średnio 500 zł - wszystkie inne opłaty).

Choć początkowo planowaliśmy pozostawić poddasze w stanie surowym, już w trakcie budowy zmieniliśmy zdanie. Uznaliśmy, że tak będzie dla nas najlepiej i paradoksalnie - najtaniej. Wprawdzie adaptacja poddasza pochłonęła dodatkowe pieniądze, bo kosztowała dodatkowo około 20 tysięcy złotych, ale dziś jej nie żałujemy. Uniknęliśmy bowiem ponownego budowlanego rozgardiaszu i kłopotliwych prac w przyszłości. Wykończone poddasze wyposażymy powoli, w miarę naszych możliwości finansowych.

Droga do domu

Planując budowę rodzinnego gniazda, chcieliśmy to zrobić szybko i jak najtaniej. Projekt wybieraliśmy, jeszcze nie mając działki. Dom miał być mały, ale z możliwością rozbudowy. Wybudowaliśmy go i wykończyliśmy w ciągu roku, jednak od kupna działki do wprowadzenia się do nowego domu minęły prawie dwa lata. Ponad pół roku zajęło nam załatwianie formalności notarialnych i pozwoleń na budowę oraz przyłączenia do budynku niezbędnych mediów.

Skomentuj:

Nie baliśmy się pożyczać