W klimacie nowojorskiego loftu

Tekst i zdjęcia: Adam Oleś
15.07.2010 12:00
A A A
Forma budynku jest wynikiem układu, proporcji i kształtu wnętrz - nasunęła się niemal automatycznie. W centralnej cześci dachu widoczny specjalnie zaprojektowany świetlik.

Forma budynku jest wynikiem układu, proporcji i kształtu wnętrz - nasunęła się niemal automatycznie. W centralnej cześci dachu widoczny specjalnie zaprojektowany świetlik.

Absolutnie nietypowy dom. Z zewnątrz przypomina japońską pagodę, a jego wnętrza kojarzą się z nowojorskimi czy londyńskimi loftami, czyli starymi fabrykami, które od wielu lat przerabia się na mieszkania.


Pomysł na prezentowany dom zrodził się z precyzyjnego pomysłu na wnętrza. Jego właściciele - dzięki rozsianym po całym świecie znajomym, których często odwiedzali - mieli okazję obserwować najrozmaitsze pomysły na dom i w różny sposób realizowane wizje domu. Najbardziej zachwycili się zajmowanymi przez amerykańskich przyjaciół tzw. loftami, czyli mieszkaniami o dużej powierzchni i otwartych przestrzeniach urządzanymi w dawnych fabrykach i innych starych obiektach przemysłowych. Postanowili stworzyć dla siebie namiastkę właśnie takiego wielkomiejskiego loftu.

Prekursorzy nowego trendu

Początkowo adaptacją poprzemysłowych zabudowań w "szemranych" zakątkach miast interesowali się ludzie związani ze sztuką - artyści, pisarze, dziennikarze, często liczący się z każdym groszem, jednak potrafiący nie tylko dostrzec swoiste piękno w surowych industrialnych i bardzo zaniedbanych przestrzeniach, ale również oryginalnie zaaranżować nietypową przestrzeń. Dzięki swoim plastycznym zdolnościom przekształcali ją w wygodne miejsca do życia i pracy. Z czasem rozwinął się cały przemysł "loftowy", a mieszkania typu loft z najtańszych stały się najdroższymi na rynku. Doceniono bowiem ogromne możliwości, jakie dawały wielkie i wysokie przestrzenie starych fabryk doświetlane nie tylko przez ogromne okna, ale i częściowo przeszklone dachy.

Kiedy nasi gospodarze - mieszkający dotychczas w bloku na piątym piętrze - zdecydowali się na własny dom, od razu pomyśleli o czymś na wzór loftów znanych im z podróży zagranicznych. Za takim wyborem przemawiały również ich tryb życia i sympatia dla miejskiego życia z charakterystyczną dla niego bliskością kin, teatrów, klubów. Również znajomi skłaniali naszych gospodarzy do pozostania w obrębie miasta. Na pierwszy ogień poszedł ulubiony przez nich Żoliborz - warszawska dzielnica słynąca z pięknych zakątków oraz dobrej infrastruktury.

Tu mieszka wielu ich przyjaciół, tu znają niemal każdy kąt. Niestety, mimo dużego zaangażowania nie udało im się znaleźć niczego odpowiedniego. Wtedy zdecydowali się na zmianę planów i - trochę przypadkowo - rozpoczęli poszukiwanie "swojego miejsca na ziemi" z dala od centrum miasta, w podwarszawskiej miejscowości Konstancin.

To tu na jednej z uliczek zauważyli działkę ze starym, opuszczonym, ale wciąż pięknym drewnianym domem, stodołą i wozownią. Pod wpływem uroku miejsca niemal bezboleśnie porzucili początkowe wizje i postanowili uratować ten stary dom.

Dom jak loft

Niestety, szybko okazało się, że stan domostwa nie kwalifikuje go do żadnej modernizacji i remontu. Chcąc nie chcąc, nasi gospodarze musieli podjąć trudną decyzję o rozbiórce wszystkiego, co na działce pozostało, a następnie zdecydować się na coś nowego. Powróciły marzenia o lofcie i pomysł, by spróbować w nowym domu odtworzyć klimat charakterystyczny dla postindustrialnych mieszkań ich zagranicznych przyjaciół.

Długo szukali architekta, który sprostałby ich oczekiwaniom. Wreszcie spotkali Jana Boguszewskiego. Do niedawna realizował on swoje projekty w Paryżu i nieraz miał do czynienia z adaptacjami architektury poprzemysłowej na mieszkania. Projektant od razu zrozumiał, o co chodzi naszym gospodarzom, więc już po pierwszym spotkaniu zdecydowali się na współpracę. Postanowiono, że dom - a zwłaszcza jego wnętrza - ma przypominać loft i że będzie to dom parterowy. Mimo młodego wieku przyszli właściciele myśleli bowiem już o starości i przerażała ich perspektywa wspinania się po schodach na obolałych, schorowanych nogach.

Chwilowe przebranżowienie

Budowa trwała dziewięć miesięcy. Właścicielka sama zajęła się nadzorem nad pracami budowlanymi. Jeszcze zanim ekipa przystąpiła do prac, nasza gospodyni była już gruntownie przeszkolona w kwestiach budownictwa jednorodzinnego. Jak przyznaje, przeczytała wiele książek na temat budowy domu. Przeglądała też pisma budowlane, a także rozmaite opracowania i - ku zaskoczeniu ekipy budowlanej - wykazała się dużą znajomością rzeczy. Pozwoliło jej to w miarę fachowo nadzorować jakość wykonywanych prac, dzięki czemu szyty na miarę dom funkcjonuje teraz bez zarzutu.

Aby obniżyć koszty budowy i mieć pewność wysokiej jakości materiałów, docierała bezpośrednio do producentów i u nich, na miejscu, kupowała towar. Cegłę do wykończenia wnętrz i budowy ścian ściągnęła na przykład spod Sandomierza, drewno - z Hajnówki, trawertyn na podłogi - z kamieniołomów z południa Polski. Jednak, jak dziś przyznaje, budowanie domów nie wciągnęło jej na tyle, żeby chciała mu poświęcać więcej czasu, niż to było konieczne, i po zakończeniu budowy z ulgą powróciła do swoich zajęć w branży filmowej, z którą była zawodowo związana od lat.

Powściągliwość i fantazja w jednym stoją domu

Oszczędność formy jest najważniejszym motywem architektury domu. Zarówno właścicielom, jak i architektowi zależało jedynie na tym, by bryła domu była możliwie najprostsza i lekka, a przy tym ładnie się wpasowywała w otaczający krajobraz.

Inaczej z wnętrzami. Nietypowe dla przestrzeni mieszkalnych metalowe słupy konstrukcyjne, stalowe schody o surowej, powściągliwej formie stanowią dobre tło dla dobieranych z iście artystyczną fantazją detali wyposażenia wnętrz.

Elementem, który wyznacza charakter wnętrza, jest dwustronny kominek zaprojektowany przez przyjaciółkę właścicieli Dorotę Banasik. Nasza gospodyni opowiada, że cegły kominka w kolorze przetartej i spatynowanej ultramaryny przywołują jej wspomnienia z dzieciństwa. Jako mała dziewczynka jeździła na wakacje do babci na Lubelszczyznę, gdzie w piecu pomalowanym na ten kolor babcia piekła chleb i ulubione podpłomyki, a ona wygrzewała się na zapiecku.

Po jednej stronie tego oryginalnego kominka znajduje się jadalnia z wyjściem do ogrodu, którą zdobią piękny kredens, skrzynia na posag i lustro kryształowe. Po drugiej stronie kominka otwiera się przestrzeń wypoczynkowa złożona z dwóch aneksów wyznaczonych różnicą poziomu podłogi: do części "kanapowej" trzeba zejść po kilku schodkach, powyżej urządzono z kolei aneks "muzyczny".

Właściciele zgromadzili ciekawą kolekcję obrazów znakomitych artystów, m.in. Maliszewskiego, Młodożeńca i litewskiego artysty o nazwisku Kufko. W nowym domu można je dobrze wyeksponować.

Specjalnie do wysmakowanych wnętrz zostały zakupione namalowane przez Dwurnika wielkoformatowe obrazy o tematyce nawiązującej do zainteresowań właścicieli. I tak "Aktorzy" odwołują się do związków naszych gospodarzy z branżą filmową, podobnie "Grajkowie", a "Psy" kojarzą się z ich wielkim sercem, którym obdarzają te zwierzęta (czego dowodem są dwaj przedstawiciele tego gatunku towarzyszący gościom odwiedzającym dom). Znajomi śmieją się, że wygląda na to, iż ten ostatni obraz był namalowany specjalnie dla właścicieli domu.

Można powiedzieć, że gospodarze w pełni zasłużyli na taki zaszczyt.

Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX