Byle dalej od hipersklepu

Tekst i zdjęcia: Liliana Jampolska

Zbudowaliśmy drugi dom, bo w pierwszym nie dało się mieszkać. Do tej inwestycji zmusił nas hipermarket, który niespodziewanie wyrósł nam za płotem.

Droga do domu

Drugi dom budowaliśmy, mając już spore doświadczenie i inne niż przy budowie pierwszego priorytety. Tym razem miał też pomieścić większą liczbę osób, bo do naszej czwórki (mnie i mojej żony Oksany oraz dwojga dzieci) dołączyła mama żony i chłopak córki. Planując układ wnętrz, przyjęliśmy zasadę, że starsi członkowie rodziny zamieszkają na parterze, natomiast młodsi opanują poddasze.

W porównaniu z pierwszym domem zmieniły się także nasze oczekiwania co do lokalizacji rodzinnego gniazda. teraz wybraliśmy szczególnie spokojną okolicę, bo w poprzednim miejscu bardzo męczyło nas hałaśliwe i tłoczne sąsiedztwo jednego z supermarketów. Ponadto ważny stał się dla nas duży ogród - jeszcze mieszkając w pierwszym domu, marzyliśmy o wielkim tarasie i zieleni wokół niego. W zimie miały nam go zastąpić ogród zimowy urządzony w przylegającej do salonu oranżerii oraz rozległe widoki roztaczające się z dużych okien, które w tym celu zaprojektowaliśmy w budynku. Nauczeni doświadczeniem nie zapomnieliśmy o odpowiedniej liczbie wygodnych pomieszczeń gospodarczych. Wiedzieliśmy już, w jak dużym stopniu przyczyniają się do funkcjonalności budynku.

Pomysły na oszczędności

Decydując się na większy dom, zawczasu pomyśleliśmy o przyszłych kosztach jego utrzymania. Dlatego rezygnowaliśmy z tradycyjnej warstwowej technologii budowy ścian na korzyść pustaków z ceramiki poryzowanej (30 cm), które ociepliliśmy od zewnątrz wełną mineralną (12 cm). Na dachu warstwę ocieplenia z wełny mineralnej zwiększyliśmy do 20 cm. Płytę fundamentową ociepliliśmy natomiast pianką poliuretanową (warstwa o grubości 10 cm, pianka pocięta na drobne kawałki i zatopiona w betonie).

Nie żałowaliśmy pieniędzy na dobrej jakości drewniane okna, wiedząc już, że otwory okienne o dużych powierzchniach należy odpowiednio zabezpieczyć przed stratami ciepła.

Zdecydowaliśmy się na ogrzewanie budynku gazem. Aby jednak obniżyć koszty ogrzewania, zainstalowaliśmy kocioł kondensacyjny, który daje duże oszczędności - szczególnie gdy współpracuje z ogrzewaniem podłogowym. Ogrzewanie podłogowe zamontowaliśmy na ok. 100 m2 domu, czyli na blisko połowie powierzchni użytkowej. W budynku zastosowaliśmy także grzejniki ścienne.

Do każdego pomieszczenia mieszkalnego doprowadzono ogrzewanie kominkowe, poprzez rury połączone z wkładem żeliwnym umieszczonym w salonie. Bardzo lubimy palić w kominku i choć może to niektórych zdziwić, nie traktujemy tej czynności jako przykrego obowiązku, ale jak odstresowujący relaks po pracy. Planowaliśmy zamontować w budynku wentylację mechaniczną z odzyskiem ciepła, ale ze względu na koszty nie udało się tego zrealizować w trakcie wykańczania budynku. Zdecydowaliśmy się na tę instalację dopiero rok po przeprowadzce i nie żałujemy.

Pieniądze nie takie straszne

Choć obecny dom jest większy od poprzedniego, koszty jego utrzymania oscylują na poprzednim poziomie.

Paląc w sezonie jesienno-zimowym w kominku co drugi dzień, zużywamy rocznie około 10 m3 drewna za 1200 zł. Dzięki temu ogrzewanie gazowe włączamy przeciętnie o miesiąc albo nawet dwa później niż nasi sąsiedzi i wyłączamy przynajmniej miesiąc wcześniej niż oni. Daje to spore oszczędności gazu. W celu obniżenia rachunków za gaz mamy wielką ochotę na zamontowanie instalacji solarnej do ogrzewania wody, co przy naszej sześcioosobowej rodzinie może przynieść kilkunastoprocentowe oszczędności gazu. Na razie jednak cierpliwie czekamy, aż na naszym rynku instalacje te stanieją.

Na początku korzystaliśmy z wody czerpanej z własnej studni, ale zrezygnowaliśmy z niej po wykonaniu badań chemicznych. okazało się, że jest bardzo zanieczyszczona minerałami i trzeba ją uzdatniać. Podłączyliśmy budynek do sieci wodociągowej, a wodą ze studni podlewamy ogród.

Żałujemy natomiast, że w naszej miejscowości nie ma jeszcze sieci kanalizacyjnej (liczymy na dotacje z Unii). Przy sześcioosobowej rodzinie szambo o pojemności 10 m3 musimy opróżniać średnio co trzy tygodnie, a jeśli przyjmujemy gości, nawet częściej. Kosztuje nas to przynajmniej 3 tys. zł rocznie, a na dodatek bardzo utrudnia życie. Nie dość, że musimy być w domu, kiedy przyjeżdża beczkowóz, to zdarza się, że za późno orientujemy się, iż szambo jest już pełne. Dlatego planujemy założenie czujników, informujących o poziomie ścieków w komorach.

Ponieważ teraz mieszkamy "na odludziu", instalację elektryczną celowo zaprojektowaliśmy w taki sposób, aby można ją było napędzać również agregatem prądotwórczym, jeśli nastąpi przerwa w dostawie prądu. Wydatek kilku tysięcy złotych na agregat opłacał się, bo niestety, od czasu do czasu jesteśmy zmuszeni korzystać z tej alternatywy.







    Więcej o:

Skomentuj:

Byle dalej od hipersklepu