Tańszy, czyli droższy

Tekst i zdjęcie: Liliana Jampolska

Dwie zmiany wprowadzone do gotowego projektu - przeniesienie tarasu i kominka w salonie - wywołały lawinę przeróżnych trudności. Gdybyśmy potrafili to wcześniej przewidzieć, na pewno zamówilibyśmy projekt indywidualny.

Do własnego domu przeprowadziliśmy się już pięć lat po ślubie. Startując z budową, byliśmy w komfortowej sytuacji, bo mieszkaliśmy w domu rodziców i nie wydawaliśmy pieniędzy na wynajem i utrzymanie własnego mieszkania. Jesteśmy im za tę pomoc bardzo wdzięczni.

Droga do domu

Oboje z Magdą, moją żoną, wychowaliśmy się w domach jednorodzinnych i od początku małżeństwa wiedzieliśmy, że naszym celem jest własny dom, ze wszystkimi jego zaletami i wadami, które doskonale znaliśmy z autopsji.

Mając jasno wytyczony cel, zaraz po ślubie rozpoczęliśmy poszukiwanie działki. Już po roku mieliśmy w rękach notarialny akt zakupu ziemi, choć w naszym przypadku pośpiech nie był konieczny. W domu moich rodziców zajmowaliśmy bowiem wygodną "kawalerkę" z osobnym wejściem, więc żyliśmy w dobrych warunkach. Szczęśliwy traf sprawił jednak, że ku naszemu zaskoczeniu szybko znaleźliśmy idealną działkę.

Zlokalizowana zaledwie 15 km od Warszawy, w której pracujemy, miała dobre połączenie z miastem (zależało nam na tym ze względu na planowane dzieci). Cicha, zadrzewiona okolica w pobliżu parku krajobrazowego, z luźną zabudową typową dla tego typu starych podmiejskich miejscowości, ponadto pełne uzbrojenie (brakowało tylko kanalizacji) i bliskość instytucji potrzebnych do wychowania dzieci dawały gwarancję komfortowego mieszkania.

Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że prędzej czy później na takie piękne miejsce trafią również inni kupcy, więc nie mogliśmy zwlekać z zakupem. Tym bardziej że pamiętaliśmy zasłyszane kiedyś od Amerykanów stwierdzenie, iż trzy najważniejsze zalety każdej działki to "lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja".

Pomysły na oszczędności

Przez jakiś czas nie mogliśmy się z żoną dogadać co do wielkości naszego przyszłego domu. Magda chciała mieć budynek o powierzchni co najmniej 220 m2, nie wliczając w to garażu. Argumentowała to liczną rodziną i dużym gronem przyjaciół, których lubimy u siebie gościć. Ja natomiast chciałem, by nasz dom był raczej kameralny i zmieścił się w granicach 120 m2. Uważałem, że większa przestrzeń może nas narazić na rozmaite kłopoty, między innymi ze sprzątaniem dużych powierzchni. W końcu stanęło na 170 m2.

I wtedy pojawił się kolejny kłopot. Tym razem chodziło o znalezienie projektu gotowego, który odpowiadałby naszym potrzebom, a więc miał odpowiednią powierzchnię, cztery sypialnie na poddaszu i gabaryty pozwalające zrealizować wszystko na działce o szerokości 22 m. Choć przejrzeliśmy wiele katalogów, nie udało nam się znaleźć niczego pasującego. Mimo to upieraliśmy się przy kupnie projektu gotowego, sądząc, że dzięki temu zaoszczędzimy sporo pieniędzy.

W końcu kupiliśmy projekt do przerobienia. I to był nasz największy błąd. Zamiast oszczędzić, wpędziliśmy się w duże koszty. Przyznaję ze wstydem, że zgubiła nas również moja młodzieńcza zarozumiałość. Byłem wtedy świeżo upieczonym inżynierem budownictwa (po inżynierii lądowej) i wydawało mi się, że poradzę sobie z każdą zmianą.

Co nam się udało, a co nie

Ponieważ zakupiony przez nas projekt był dostosowany do innego kształtu działki i innej orientacji wobec stron świata, musieliśmy zacząć od przeniesienia tarasu z dłuższego (południowego) boku budynku na krótszy (zachodni) - tam, gdzie miał powstać ogród. Gdybyśmy bowiem budowali zgodnie z projektem, taras stykałby się z płotem i działką sąsiada.

Niestety, przenosiny tarasu spowodowały konieczność przeniesienia komina, który miał odprowadzać spaliny nie tylko z domowego kominka, ale także z zewnętrznego grilla - głównej atrakcji tarasu. W fazie budowy nie widzieliśmy jeszcze, jak bardzo tymi z pozoru niewinnymi zmianami zakłóciliśmy ciągi komunikacyjne na parterze naszego budynku. Na dokładkę zmieniliśmy również układ wnętrz na poddaszu oraz położenie balkonów.

W rezultacie, kiedy podczas zimowej przerwy technologicznej zaczęliśmy z Magdą planować ustawienie mebli, okazało się że mamy z tym poważny kłopot. Małe zmiany wygenerowały wielkie trudności. W końcu załamani poprosiliśmy o pomoc architektów. Zanim jednak wyszliśmy na prostą i poradziliśmy sobie z wewnętrznym układem domu, potrzebowaliśmy konsultacji z czterema projektantami, co zabrało nam kilka miesięcy. Teraz jesteśmy zadowoleni, ale straciliśmy sporo nerwów i pieniędzy. Nasze błędy niech będą przestrogą dla innych! Warto pamiętać, że projekt gotowy nie zawsze stanowi najlepsze rozwiązanie.

Na szczęście podczas budowy odnosiliśmy też sukcesy i ogólnie wspominamy ją dobrze.

Jako budowlaniec z zawodu potrafiłem bez problemów poprowadzić i skontrolować cały proces inwestycji. To bardzo ułatwiało i przyspieszało prace. Starałem się jak najbardziej obniżyć koszty utrzymania budynku. Dom wznieśliśmy z pustaków ceramicznych. Mury ociepliłem na zewnątrz wełną mineralną (12 cm), a dach warstwą 20 cm. Ławy fundamentowe ociepliłem w pionie styrodurem (10 cm), a pod podłogami położyłem 10 cm styropianu. Ze względu na koszty musieliśmy zrezygnować z instalacji pompy ciepła, za to nieszczęsny kominek, który spowodował tyle zamieszania, wyposażyłem w rury rozprowadzające ciepło. To było dobre posunięcie. Korzystamy z niego często, choć głównym źródłem ciepła jest kocioł na gaz z sieci przebiegającej tuż obok działki.

Przeczytaj też:

Kilka słów o domu

Doświadczenia właścicieli

Wydatki poniesione na budowę oraz koszty eksploatacji domu

Jak szukać fachowców



    Więcej o:

Skomentuj:

Tańszy, czyli droższy