Biłgorajska chata na starych fundamentach
Państwo Szmidtowie na hektarowej działce w Nadrzeczu koło Biłgoraja postawili kupioną w pobliskiej wiosce chałupę. Przed przeniesieniem na nowe miejsce chałupę rozebrano, belki ponumerowano i uzupełniono budulcem.

Powrót do domu
"Czas wolności i nadziei. Rok 1990" - wspomina pan Stefan. "Po trzydziestu latach przyjechałem tu na chwilę. Z żoną i córką. Wśród biłgorajskich lasków, piasków i karasków powietrze zapachniało mi dzieciństwem, młodością, kresami. Spotkałem ludzi stąd i zostałem".
I tak państwo Szmidtowie kupili w Nadrzeczu hektarową działkę z resztkami lasu sosnowo-brzozowego, z kawałkiem młodnika, terenami bagiennymi i dostępem do malowniczego stawu. A także z ukrytymi w trawie śladami domu, który stał tu kiedyś, chociaż trudno dziś ustalić, kim byli jego mieszkańcy. W tym miejscu, symbolicznym dla aktorskiej pary, oboje postanowili na starych fundamentach zbudować własny dom. Nowy - bo patronujący nowemu życiu i nowym nadziejom, ale jedno-cześnie stary - bowiem wywodzący się z tamtego, odległego czasu. Zaczęli więc rozglądać się po okolicy i w pobliskiej wiosce Huta Krzeszowska odkryli starą, zrujnowaną chałupę. Według ponaddziewięćdziesięcioletniej sąsiadki powstała ona w 1904 roku. Postanowili ją kupić. Chałupę rozebrano, belki ponumerowano i uzupełniwszy je budulcem z równie starej szopy, postawiono ją na nowym miejscu.




Liczy się wyczucie i wrażliwość
Wnętrze zostawia podobne wrażenie "zasiedziałości". To dowód talentów plastycznych pana domu, z upodobania malarza, który powiada, że gdyby nie został aktorem, byłby architektem. W aranżacji tego wnętrza przydał się także panu Stefanowi udział w historycznych filmach, takich jak "Popioły", "Pan Tadeusz" czy "Ogniem i mieczem". Dzięki temu miał możliwość nie tylko podpatrzeć szczegóły wystroju, lecz i na co dzień przebywać we wnętrzach szlacheckich dworków wywodzących się przecież wprost od wiejskiej chałupy; pomogły mu w tym dziele również tradycje rodzinnego domu.
"Dworek" państwa Szmidtów nie sprawia wrażenia filmowej dekoracji czy skansenu. To jest rodzinna siedziba, w której oboje spędzają wiele miesięcy w roku, pracują, przyjmują współpracowników, przyjaciół, gości z najbliższej okolicy i ze świata. Zgromadzone tu przedmioty to w większości pamiątki rodzinne albo podarunki od ludzi, którzy wiedzą, że gospodarze lubią otaczać się wszystkim, co ma walor tradycji i historii. Dlatego to wnętrze tak zwyczajne i nadzwyczajne zarazem jest przyjazne i pełne domowego ciepła.
O gościnności, co rozszerza progi
Dla człowieka, dla miejsca
Przez całe lato zjeżdżają tu zatem znani muzycy i malarze, często przyjaciele gospodarzy, ale przede wszystkim aktorzy, którzy występują w Nadrzeczu z recitalami, grają w spektaklach, recytują poezję. Grywali tu m.in. Joanna Szczepkowska, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, słynny ukraiński aktor Bohdan Stupka, Zbigniew Zapasiewicz, Ewa Dałkowska, Grażyna Marzec, Sławomira Łozińska, Olgierd Łukaszewicz. Na okolicznych łąkach i w Domu Służebnym koncertowali Janusz Olejniczak, Andrzej Kulka, Waldemar Malicki i inni. Z recitalem wystąpił słynny tenor Wiesław Ochman. To on w trudnym, początkowym okresie działania fundacji przeprowadził na jej rzecz aukcję obrazów w konsulacie RP w Nowym Jorku.
Musiał być teatr
"Fundować" wielokroć przyjemniej niż "brać"
Widzami mających tu miejsce wydarzeń artystycznych są przede wszystkim okoliczni mieszkańcy. Artyści ludowi są także ich uczestnikami. Na równi z zawodowymi aktorami występowali w spektaklu "Drzewo" Wiesława Myśliwskiego, zorganizowanym wokół przydrożnej, wiekowej lipy. W plenerowym widowisku na motywach "Chłopów" Reymonta obok warszawskich aktorów wzięli udział członkowie miejscowych zespołów obrzędowych, kapeli i okoliczni mieszkańcy. Dyplomowani artyści pospołu z "tutejszymi" kopali kartofle na sąsiedzkim zagonie. Borynę zagrał osiemdziesięciolatek, "o warunkach Hańczy" - według opinii Szmidta, mówiący tutejszą gwarą mieszającą się z tekstami Reymonta, wypowiadanymi przez innych uczestników spektaklu. W roli księdza wystąpił proboszcz sąsiedniej parafii, który siedząc na dyszlu Szmidtowej bryczki w pożyczonym od starszego kolegi birecie odmawiał brewiarz. Tego jeszcze miejscowi, jak żyją, nie widzieli. Nawet w telewizji.
- Więcej o:












