BUDOWA i REMONT

Jak bronić się przed ekipą budowlaną

Piotr Miączyński
08.08.2007 , aktualizacja: 08.08.2007 13:29
A A A Drukuj
To, że najlepsi i najbardziej operatywni fachowcy wyjechali za chlebem na Wyspy, jest już truizmem - wie to większość osób, która zabiera się do remontu mieszkania czy budowy domu. Brak budowlańców powoduje, że do roboty biorą się coraz częściej ludzie bez przygotowania i doświadczenia. A to grozi... fuszerką. Jak się przed tym bronić?

Rys. Hanna Pyrzyńska-Piłat
Dobra ekipa

Znalezienie dobrej ekipy przypomina bieg przez płotki w kostiumie płetwonurka. Innymi słowy, jest możliwe, ale niezwykle niewygodne. Ci fachowcy, którzy pozostali, są rozrywani przez duże firmy budowlane.

Brak rąk do pracy ma jeszcze jedną przykrą konsekwencję. Wraz z szaleńczym wzrostem cen mieszkań rosną również koszty usług budowlanych. Przez ostatni rok wzrosły one nawet o 100 proc.! O ile jeszcze kilkanaście miesięcy temu mało wykwalifikowany robotnik budowlany dostawał od swego szefa ok. 7 zł, to dziś chce 12 zł. Za wzrostem cen nie idzie, niestety, wzrost jakości.

Najczęstsze przewinienia

Podstawowe przewiny krajowych ekip budowlanych bardzo celnie zdiagnozowała półtora roku temu w swoim raporcie Inspekcja Handlowa. Nieprawidłowości stwierdzono u ponad połowy spośród 91 przedsiębiorców.

Robotnicy nagminnie odstawiali fuszerki, usługi świadczyli nieterminowo - w niektórych przypadkach opóźnienia sięgały sześciu miesięcy. Często przy tym nie ustali, kiedy prace się właściwie skończą. Co szósta ze skontrolowanych firm nie podpisywała ze swoimi klientami umów na piśmie, proponując - jak twierdzi inspekcja - pozornie tańsze usługi.

Co się zmieniło przez te półtora roku? Dużo, ale na gorsze! Ekipę budowlaną znaleźć jest niezwykle trudno. Jak się ją znajdzie, trzeba płacić krocie, a jakość ich usług jest zazwyczaj zła. Wyegzekwowanie poprawek graniczy przy tym z cudem.

Historia jednego remontu

Pan Michał z warszawskiego Ursynowa w ciągu ostatnich 12 miesięcy robił dwa remonty. Teraz na temat branży budowlanej ma bardzo złą opinię.

- To niesłowne, niedbałe i niesolidne lenie. I nikt mnie nie przekona, że może być inaczej - komentuje. - Ale nie żebym był źle nastawiony od początku - zastrzega.

Pierwszą ekipę pan Michał wziął z polecenia. Znajomy stwierdził, że są najlepsi z najgorszych, z którymi miał do tej pory do czynienia - wspomina pan Michał. - W sumie wziąłem to za dobrą monetę.

Szef ekipy był miłym człowiekiem. Przyjechał do pana Michała, przekładając "tylko" dwa razy umówiony termin. Po czwartym ponaglającym telefonie przedłożył nawet wycenę remontu. Panowie z rozpoczęciem prac umówili się na październik. Była połowa września.

Pod koniec września za nic jednak nie mógł się dodzwonić do szefa ekipy. A próbował po kilka razy dziennie. W umówionym terminie nikt do niego nie przyszedł. Ponieważ nie mógł znaleźć żadnego zastępstwa - dzwonił dalej. Szef robotników odebrał od niego komórkę w połowie października. Rozluźniony stwierdził, że faktycznie owszem był umówiony, ale... wypadła mu inna robota.

Po dłuższej dyskusji panowie wyznaczyli termin rozpoczęcia prac na 6 listopada. Ekipy wyznaczonego dnia nie było. Podobnie jak 7 i 8 listopada. Panowie bez uprzedzenia pojawili się za to 9 listopada o 7 rano. Do pracy przystąpili z impetem. Wskazaną ścianę z gips-kartonu rozwalili w ciągu jednego dnia.

Optymizm pana Michała skończył się jednak w sobotni poranek, gdy musiał wstać o 7 rano, aby wpuścić do mieszkania murarza, który miał postawić ścianę z cegły. Murarz nie przyszedł do godziny 11. Szef ekipy, który tym razem odebrał telefon, nie wiedział, co się z nim dzieje. Losy murarza udało się wyjaśnić dopiero koło wtorku. Przez weekend robotnik przebywał w stanie głębokiego upojenia alkoholem. Na dyskretnie zwróconą przez szefa ekipy uwagę, że powinien chociaż do niego zadzwonić, murarz... rzucił pracę.

Podobnych ekscesów było jeszcze kilka. Ekipa miała na przykład wyraźne problemy z dotarciem do pracy w poniedziałki. Robota też ewidentnie nie paliła im się w dłoniach. O godzinie 14 - jeśli nie było szefa - ich działalność sprowadzała się głównie do siedzenia na balkonie.

Po 30 dniach takiej pracy ekipa sobie poszła, zabierając sute (gdyby ktoś pan Michała zapytał - zbyt sute) wynagrodzenie. Zostawiła również po sobie nierówno wylaną podłogę, dziwne wybrzuszenia na ścianie, których mimo kilkakrotnych poprawek nie udało się zlikwidować, niedokładnie pomalowany pokój i nieszczelny dach (miała go naprawić).

Przed rozpoczęciem drugiego remontu, który miał m.in. naprawić błędy po pierwszym remoncie, pan Michał postanowił zmienić taktykę. Tym razem wykonawcy zaczął szukać bardzo wcześnie, wychodząc z założenia, że miał pecha, a czym gorsza ekipa i mniej doświadczona, tym łatwiej się z nią umówić. I co? Mimo wysiłków za drugim razem wcale nie było dużo lepiej.

Ekipa wzięła jeszcze więcej pieniędzy, ale poziom jakości jej usług pozostawił wiele do życzenia. W trakcie malowania porysowali podłogę, pochlapali farbą kafelki w kuchni, przy przesuwaniu komody stłukli część naczyń, a na koniec urwali klamkę od drzwi balkonowych. Rozgoryczony pan Michał porozmawiał ze swoimi znajomymi, którzy ostatnio robili remont bądź budowli dom i okazało się, że... wszyscy mieli zadziwiająco podobne przygody.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Porady ekspertów

Szukasz porady? Zadaj pytanie ekspertowi. Zobacz o co pytają inni