Wnętrza: dom w stylu pop-art pod Amsterdamem

Agnieszka Rezler
20.02.2014 10:47
Jan des Bouvrie zadbał o

Jan des Bouvrie zadbał o "mocne wrażenie" - taki widok ukazuje się po przekroczeniu progu. Reprezentacyjny hol zdominowała niezwykła rzeźba Studia Job, którą gospodarz przywiózł z targów w Mediolanie. (fot. Brigitta Wolfgang Drejer/Sisters Agency)

Atmosfera trochę teatralna: z bieli wyłaniają się obrazy, na jednej ze ścian połyskuje neon. W tle - niczym zaskakująca scenografia - romantyczny ogród zimowy. Holenderski projektant zaaranżował swój dom tak, jak projektuje przedmioty: bez uwzględnienia czynnika czasu.

Kto tu mieszka? Jan des Bouvrie, projektant, z żoną Monique, córką Bo i synem Johnem.

Gdzie? W Naarden, niedaleko Amsterdamu.

Metraż: ok. 300 m2. Odrestaurowana i rozbudowana willa letniskowa z początków XX wieku.

Można go nazwać klasykiem awangardy.

Jan des Bouvrie projektuje wprawdzie meble nowoczesne, ale niektóre spośród nich - jak lampki Madonna i Quartet, fotel 5770 czy krzesło 6650 - stały się już ikonami designu. W dodatku, wzorem dawnych mistrzów, des Bouvrie nie poprzestaje na jednej dziedzinie. Spod jego ręki wychodzą aranżacje ekskluzywnych hoteli i rezydencji bogaczy od Curaçao po Moskwę, od Narwiku po Saint Tropez, ale na swoim koncie projektant ma także ogrodowe parasole, serię walizek i luksusowy laptop. Pisze książki, wykłada na najlepszych artystycznych uczelniach świata (jego imieniem nazwano nawet Akademię Projektowania w Deventer), zdobywa nagrody, ale przede wszystkim prowadzi znany każdemu holenderskiemu miłośnikowi designu concept store Het Arsenaal w Naarden, dawnym porcie morskim, dziś - urokliwym miasteczku kilkanaście kilometrów od Amsterdamu. W zaadaptowanych budynkach starej zbrojowni podpowiada gościom, czym przyprawić codzienność, by życie nabrało smaku i stylu. I trzeba przyznać, że ma po temu odpowiednie kwalifikacje. Swój dom - dawne letnisko majętnego holenderskiego bankiera - urządzał już wraz z żoną Monique, również pojektantką, kilkanaście razy.

Willę Bergerac zbudowano w 1910 roku, w lekkim pałacowo-pawilonowym stylu.

Początkowo 150-metrowa, od czasu gdy 35 lat temu trafiła w ręce rodziny des Bouvrie, podwoiła swój metaż z okładem. Jan, namiętny kolekcjoner starych samochodów, potrzebował dużego ogrzewanego garażu. Kiedy kilka lat później na scenę wkroczyła Monique i pojawiły się dzieci, potrzeby wzrosły. Rodzice chcieli mieć w domu wygodne gabinety, odpowiednia przestrzeń życiowa należała się także Bo, dziś już 24-letniej oraz Johnowi, obecnie 17-latkowi. Codzienna praktyka dowiodła za to, że zbędna jest jadalnia - posiłki, niezależnie od okoliczności, były i są celebrowane w dużej, komfortowo wyposażonej kuchni. Oczywiście, wielki stół na kilkanaście osób również czasem się przydaje. Wyznaczono mu miejsce w samym centrum domu, w otwartej przestrzeni sąsiadującej z reprezentacyjnym holem wejściowym. Taka przestrzeń - wolna od codziennych funkcji, wprowadzająca gości od progu w nastrój wnętrza - mogła powstać dzięki licznym rozbudowom; pomieszczenia bardziej kameralne, w których domownicy odnajdują przytulność, a czasem szukają odosobnienia, znalazły swoje miejsce w dobudowanych segmentach.

  fot. Brigitta Wolfgang Drejer/Sisters Agency

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ>>

Teatr wrażeń

Jak to bywa w przypadku domów znanych pojektantów, także i ten jest czymś na kształt laboratorium pomysłów i innowacji. - Systematycznie wprowadzałem tu wszystko, co nauczyłem się doceniać przez ostatnie dziesięciolecia: światło, biel, przestrzeń, sztukę - zapewnia Jan des Bouvrie.

Dwa lata temu oboje z Monique zdecydowali, że długo i spontanicznie komponowany wystrój już im się opatrzył, a willi należy się generalny remont. Po czym bezkompromisowo oczyścili klimat. Zniknęło kilka ścian, które tylko przeszkadzały, otworzyły się nowe perspektywy. Powstała spektakularna sceneria: pałac Królowej Śniegu.

Jan jest minimalistą. Ortodoksyjnym, takim, który najchętniej pozbyłby się wszystkich szaf, gdyby nie to, że ich gładkie fronty reprezentują mniejsze zło, kryjąc wszystkie przypadkowe i nieefektowne, ale niezbędne do życia drobiazgi. Uwielbia pustą rozświetloną przestrzeń. Ale nie jest kawalerem; w domu mieszka także Monique, a ona - jak z zapałem deklaruje - stawia na kolor. Można powiedzieć, że aranżacja, która narodziła się w efekcie ostatniego gruntownego restylingu, jest dzieckiem dwóch fantazji, dwóch skrajnie odmiennych indywidualności twórczych, owocem ich doświadczeń, sporów i kompromisów. Bo choć oboje są tak „różno-kolorowi”, od momentu gdy w latach 80. poznali się w Het Arsenaal (Jan zatrudnił Monique na stanowisku dyrektora artystycznego), doskonale im się współpracowało.

- Biel jest podstawą, jest jak białe płótno, od którego malarz rozpoczyna pracę

- tłumaczy gospodarz. Zgodnie z tą dewizą zanurzył w bieli całą Willę Bergerac. Okazała wiejska rezydencja, którą budynek pozostał na zewnątrz, niczym nie zdradza panującego we wnętrzach ducha awangardy. Tymczasem tradycyjna bryła, czerwona dachówka, wieżyczki i lukarny to zgrabny kamuflaż dla aranżacyjnego eksperymentu. Za progiem żegnamy tradycję i wstępujemy na terytorium przyszłości. Wzrok prześlizguje się po wielkich białych płaszczyznach, szukając znanych punktów odniesienia: drzwi, progów, faktury podłogi. Nic z tego - wszędzie biało, świetliście, połyskliwie. W tej nierzeczywistej, trochę onirycznej przestrzeni zatraca się poczucie odległości, gubi gdzieś świadomość granic. Sprzęty, stojące mocno na lśniącej żywicznej posadzce, zdają się nad nią unosić. Te, które wiszą na ścianach - obrazy, zdjęcia, grafiki - wyglądają jakby wędrowały po pokojach. Wielkoformatowe fotografie ludzkich sylwetek wyłaniają się z bieli niczym fantomy domowników; każdy krok gościa śledzą z uwagą oczy portretów.

Drugi mocny akcent wizualny tworzą książki;

by zmienić wystrój, wystarczy przełożyć pryzmę albumów w inne miejsce. Kolejny odnośnik przestrzeni to okna: duże, podzielone filigranową liniaturą szprosów, ujmujące jak witraże widoki na wspaniały ogród. Z dużą ilością naturalnego światła intensywnie współpracuje oświetlenie ledowe - jeden z ulubionych środków aranżacyjnych projektanta. W większości pomieszczeń zastosowano diody zmieniające kolor; gospodarze wybierają odcień barwnej poświaty w zależności od nastroju i okazji.

Willa Bergerac to prawdziwy teatr wrażeń, w którym można się przekonać, że dzięki światłu, dziełom sztuki i przedmiotom codziennego użytku biały dom nie jest całkiem biały, a minimalizm bywa pełen życia.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ>>

Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Komentarze (1)
Zaloguj się
  • anty_populista

    Oceniono 2 razy 2

    Genialne, ale trzeba mieć stalowe jaja żeby w czymś takim mieszkać. Ja 5 minut po wprowadzeniu zamówiłbym tuzin ciepłych koców w kratę w kolorach ziemi i zawinął się w nie w mumię na tych laboratoryjnych sofach długości kadłuba tupolewa

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX