Kamienica w Mediolanie. Idealna dla miłośników Italii

Tekst Agnieszka Rezler, zdjęcia Helenio Barbetta
15.01.2015 15:27
A A A
W salonie mediolańskiej architektki panuje beztroski duch czasów sprzed I wojny światowej. Para starych hiszpańskich krzeseł, sofa vintage, puf Fjord Patricii Urquioli (Moroso). Na ścianie zdjęcie Davide Coltro; w rogu szklana lampa z wyprzedaży hotelu z lat 50.

W salonie mediolańskiej architektki panuje beztroski duch czasów sprzed I wojny światowej. Para starych hiszpańskich krzeseł, sofa vintage, puf Fjord Patricii Urquioli (Moroso). Na ścianie zdjęcie Davide Coltro; w rogu szklana lampa z wyprzedaży hotelu z lat 50. (Fot. Helenio Barbetta)

Echa chwały stylu Liberty krzyżują się tu z wątkiem teatralnym, a nawet filmowym. Właścicielka apartamentu w starej mediolańskiej kamienicy uwielbia architekturę sprzed wieku, ale kocha też operę i niezwykły klimat filmów azjatyckiego reżysera Wong Kar Waia.

Secesja Włoszki Alessii Garibaldi różni się od francuskiego art nouveau. To secesja mniej dekoracyjna, zapatrzona raczej we wzory niemieckie i austriackie, ograniaczająca do minimum roślinne ornamenty, podobnie jak ponad sto lat temu, gdy polityczne sojusze Włoch decydowały o nieco surowszym charakterze uprawianej tu architektury. W mieszkaniu przy via Doria miejsce hołubionych przez wyznawców Nowego Stylu ciepłych beży i seledynów zajmuje uniwersalna biel. Złociste brązy schodzą na dalszy plan, wyparte przez głębokie aksamity w odcieniach granatu, turkusu i szmaragdu. Kolory działają odświeżająco, odmładzają wnętrza. Dzięki nim przymiotnik „nowy” przestaje być tylko cytatem sprzed stu dziesięciu lat, nabiera nowego - nomen omen - znaczenia.

Kto tu mieszka? Alessia Garibaldi, architektka, współwłaścicielka mediolańskiego studia GariLab. Gdzie? W Mediolanie.  Metraż: 195 m2 w starej kamienicy.

- Zanim kupiłam mieszkanie, to mnie kupił sam dom - wspomina Alessia, współzałożycielka studia architektonicznego GariLab, które od ośmiu lat wraz z inżynierem Giorgio Piliego prowadzi w Mediolanie. - Przepiękna fasada, w holu wejściowym skrzydlata figura Merkurego, świetnie utrzymane drzwi do efektownego piano nobile na wysokim pierwszym piętrze... Same wnętrza nie zachwycały. W ścianach przechowały się wprawdzie resztki pamięci o czasach świetności apartamentu, pozostało dwoje starych drzwi i fragment ładnej posadzki z cementowych płytek. Ale reszta? - Okropność! - oceniła nowa właścicielka. Jednak spodobał się jej pomysł ożywienia historii.

Interwencje poprzedników okazały się jednak bardzo gruntowne i szkodliwe. Przestrzeń była podzielona, na pięknym parkiecie leżały płyty lastriko, obniżono nawet sufity. - Tu nie wystarczy ołówek ani archeologiczna miotełka, potrzeba skalpela! - pomyślała Alessia i zabrała się za remont. Mieszkanie miało potencjał. Jego struktura pozostała nienaruszona, a wielkie okna zapewniały mnóstwo słońca. Trzeba było tylko dać mu się rozgościć, dlatego pierwszym zabiegiem projektantki było pozbycie się kilku ścian. Dzisiejszy salon składa się z trzech dawnych niewielkich pokoi; zlikwidowane podziały stworzyły dużą jasną przestrzeń. Wtedy przyszedł czas na kolejną odsłonę.

Pani domu jest namiętną miłośniczką opery. Żeby odnaleźć ślady tej pasji w postaci rekwizytów, trzeba by jednak trochę poszperać. To nie jest mieszkanie niewolnicy bibelotów; operowe lorgnon, gromadzone od lat libretta i książki poświęcone  karierze Marii Callas poukrywane są w sekretarzykach i komodach. Ale nawet w tej krainie ładu wyraźnie wyczuwalny jest teatralny nimb, trochę tajemniczy i niedzisiejszy. Salon, który po wyburzeniu dwóch ścian działowych stał się pokojem nieproporcjonalnie długim, przecina w jednej trzeciej długości secesyjny łuk - prawdziwa sygnatura epoki. Owalne obramowanie o idealnie dobranej krzywiźnie i wymiarach tworzy przejście między strefą wypoczynkową i jadalnią a biblioteką. Jest trochę jak sceniczne kulisy; rytualizując zwykłe przenoszenie się z pokoju do pokoju, wprowadza element niespodzianki. - Chciałam w ten sposób odzyskać miękkość stylu Liberty, jego organiczną formę - tłumaczy projektantka.

Kadr doskonały. Prosta?biała biblioteka, zaprojektowana przez?panią domu, w obramowaniu owalu?ściany.

Prześwit o kształcie przywodzącym na myśl ramkę starego monidła wprowadza też nowy walor - kadrowanie. Od strony biblioteki ujmuje w koliste ramy pokój dzienny ze stołem na pierwszym planie - kompozycję, której symetrią delikatnie chwieje zalew światła z okien na jednej ścianie. Oglądany z salonowej sofy, łuk tworzy frapującą eliptyczną maskę dla wypełnionego książkami regału. Tę nostalgiczną ideę nasunął Alessii sentyment do kunsztu dawnych projektantów i rzemieślników. Oto piękno powszednie, doświadczane na co dzień, jakby mimo woli. Można sycić nim oczy przy śniadaniu lub wieczorem, czytając książkę w jednym z bibliotecznych foteli, i wspominać, jak to kiedyś budowano. Pomysł nic nie kosztuje!

W mieszkaniu dokonano więcej zmian przestrzennych, wprowadzono je jednak dyskretnie, z poszanowaniem założeń powstałego przed wiekiem projektu. Podłużne łazienki poszerzono, zbliżając ich plan do prostokąta. Jedna z nich zyskała połączenie z sypialnią; nowe drzwi o zaokrąglonych rogach przypominają trochę właz na starym transatlantyku, a trochę... przejście z serialu „Star Trek”. Długi wąski korytarz pozostał w niezmienionym kształcie; jego „kolejowy” klimat właścicielka podkreśliła pasami ledowego światła umieszczonymi pod samym sufitem, wychodząc z założenia, że mankament, z którym nie można sobie poradzić inaczej, najlepiej wyeksponować. Na posadzkę wybrała ciemnoniebieską żywicę; gładka tafla rozlewa się z holu do niezwykłej mrocznej kuchni, której teatralny nastrój potęgują ciemne meble, ściany i unikatowe biurko w roli stolika śniadaniowego.

Duch secesyjnej nostalgii przenika wnętrza. Sztukaterie, tak delikatne, że niemal niewidoczne, znaczą sufity drobnym reliefem. Poprowadzona wzdłuż ścian salonu, biblioteki i sypialni niska popielata lamperia dodaje elegancji. Alessia rozłożyła akcenty z mistrzowską precyzją: tu zachwyca soczysty odcień politurowanego forniru, tam muśnięcie złotem, gdzie indziej - głębia aksamitu w kolorze ciemnej wody. Wytrawna mieszanka kolorów to ukłon w stronę reżysera z Hongkongu, Wong Kar Waia, autora poruszających, wystudiowanych wizualnie obrazów. Projektantka zaprosiła je do siebie i dziś czuje się trochę jak w kadrze z filmu „Spragnieni miłości”. - To poetyka melodramatu, którą kocham - przyznaje.

Zobacz także

ZOBACZ TEŻ WIDEO

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX