Bez budowania

Tekst i zdjęcie: Agnieszka Otwinowska-Kasztelanic

Decyzja była szybka. Mieliśmy do wyboru: na razie zostać w Warszawie, długo szukać działki, wziąć kredyt i potem budować dom, albo sprzedać mieszkanie, dołożyć oszczędności i od razu zamieszkać za miastem. Zdecydowaliśmy się na to drugie. I nie żałujemy.

Tak mieszkaliśmy

Oboje z mężem wychowaliśmy się w mieście. Mieliśmy wielkie szczęście, bo oboje odziedziczyliśmy małe mieszkania po dziadkach. Po ślubie sprzedaliśmy je i z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży w 1999 roku kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie w bloku na parterze. Już wtedy myśleliśmy nieśmiało o małym domku z ogródkiem, ale na marzeniach się skończyło. Odnowiliśmy mieszkanie, a maleńki ogródek, który udało się nam ogrodzić, odchwaścić i urządzić, stał się namiastką domu z ogrodem.

Potem urodziły się nam dzieci i wyjechaliśmy na stypendium do Niemiec, gdzie mieszkaliśmy w niewielkiej wsi. Dopiero tam zrozumieliśmy, że nie chcemy wracać do miejskiego mieszkania. Postanowiliśmy wyemigrować z Warszawy. Po powrocie zaczęliśmy szukać działki i kolekcjonować katalogi z projektami domów, czemu z rezerwą przyglądała się nasza rodzina.

Droga do domu

Półtora roku temu zostaliśmy zaproszeni przez nowo poznanych znajomych do Nadarzyna pod Warszawą. Pomyśleliśmy wtedy, że ludzie, którzy decydują się na życie na takim odludziu, muszą być desperatami. Pojechaliśmy i... postanowiliśmy zamieszkać dokładnie tak samo jak oni, a najlepiej - w tej samej okolicy. Spodobały się nam nadarzyńskie łąki okolone lasem, na których powstają osiedla nowych domów z ogrodami. Okazało się, że istnieje tu też niezła infrastruktura, a dojazd możliwy jest nie tylko dwupasmową szosą z Warszawy, ale też kolejką WKD z pobliskich Otrębusów. Niemal od razu po tej wizycie zaczęliśmy szukać w okolicy działki budowlanej. Niestety, nic nie znaleźliśmy, a ceny ziemi zaczęły gwałtownie rosnąć. Wtedy znajomi powiedzieli, że koło nich jest do sprzedania niewielki dom w zadbanym ogrodzie. Znali poprzednich właścicieli i wiedzieli, że dom został zbudowany przyzwoicie.

Pojechaliśmy na rekonesans. Parterowy budynek z niewysokim strychem do zaadaptowania na garderobę lub składzik był zadbany i miał bardzo zgrabny układ pomieszczeń. Spodobał mi się od razu, ale mój mąż był początkowo przeciwny zakupowi. Zawsze planowaliśmy bowiem budowę większego domu z poddaszem użytkowym. Rafał uważał, że domek jest za mały i brakuje mu m.in.: ogrzewania podłogowego, drugiej łazienki, dwustanowiskowego garażu... Lista argumentów "na nie" była długa. "Na tak" przeważało: wymarzone miejsce, ładny zadbany ogród, rozsądna cena i łatwość przeprowadzenia całej transakcji.

Pieniądze nie takie straszne

Wobec stojącej przed nami perspektywy napisania dwóch rozpraw habilitacyjnych, przeważyły argumenty "na tak", tym bardziej, że poprzedni właściciele zgodzili się zaczekać z płatnościami, do czasu aż sprzedamy mieszkanie.

Pod koniec marca podpisaliśmy umowę kupna, a dzięki temu, że mieszkanie sprzedaliśmy błyskawicznie (zadbane i wyremontowane przyciągnęło tak wielu kupców, że osiągnęliśmy cenę wyższą od naszych szacunków), w połowie kwietnia ruszył remont domu. Pod koniec maja przeprowadziliśmy się do naszej nowej siedziby.

Właściwie dom był w takim stanie, że można było w nim zamieszkać od razu, ale zdecydowaliśmy się na wykonanie kilku prac, które pozwoliły nam poczuć się w domu bardziej u siebie. Mąż obliczył, że stać nas będzie na wymianę kafelków i urządzeń w łazience, w.c. i kuchni, na nowe okna (takie, jak sobie wymarzyliśmy - ze szprosami), a także na drobną zmianę układu ścian. Zdecydowaliśmy się powiększyć salon kosztem jednej sypialni, co pociągnęło za sobą jeszcze wymianę parkietu. Zbudowaliśmy też piękne jesionowe schody wiodące z salonu na strych. Część prac (np. montaż kuchni) wykonywaliśmy samodzielnie.

Niedługo minie pół roku od przeprowadzki. Dom prezentuje się wspaniale (znajomi są zachwyceni), dzieci mają mnóstwo miejsca do zabawy, a ogród to frajda dla wszystkich. Mamy też przemiłych sąsiadów, kwitnie życie towarzyskie. Okazało się, że nawet dojazdy nie są dużym problemem - wstajemy tylko pół godziny wcześniej niż w Warszawie. Nie musimy być też codziennie na uczelni, gdyż część pracy wykonujemy w domu. A nasza początkowo sceptyczna rodzina poszukuje właśnie możliwości przeprowadzki do jakiegoś małego domku w Nadarzynie...

Skomentuj:

Bez budowania