Tekst: Agnieszka Osak-Rejmer Stylizacja: Grażyna Bieganik Zdjęcia: Andrzej Piskorski
Kuchenne meble, zrobione na zamówienie, to wspólny projekt pani domu i architekta. Monika jest zadowolona zwłaszcza z oryginalnego kredensu (to jeszcze jedno jej spełnione marzenie). - Fot. Andrzej Pisarski
Nieoczekiwana zmiana planów czasem wychodzi na dobre. Tak było w tym przypadku. Zamiast mieszkania w mieście gospodarze kupili dom na peryferiach. A wnętrze, które miało być minimalistyczne, powoli wypełnia się sprzętami.
1 z 11Kuchenne meble, zrobione na zamówienie, to wspólny projekt pani domu i architekta. Monika jest zadowolona zwłaszcza z oryginalnego kredensu (to jeszcze jedno jej spełnione marzenie). - Fot. Andrzej Pisarski
2 z 11Gospodarze długo nie mogli znaleźć pomysłu na kominek. Architekt zaproponował obudowę w formie prostej bryły - i ta koncepcja bardzo im się spodobała. Ręcznie kuty żyrandol, marzenie Moniki, ze względu na cenę był powodem długich negocjacji z mężem. Komoda z lat dwudziestych XX wieku to rodzinna pamiątka. - Fot. Andrzej Pisarski
3 z 11W wykuszu można usiąść na białych ławach-schowkach i patrzeć na ogród. Na ścianie portrety 4-letniego dziś Franka. - Fot. Andrzej Pisarski
4 z 11Serwantka z targu staroci idealnie nadaje się do eksponowania pięknych naczyń i zdjęć. Stojący przy niej mosiężny świecznik jest rodzinną pamiątką. - Fot. Andrzej Pisarski
5 z 11W mniejszym wykuszu, w kuchni, pani domu urządziła przytulny kącik z okrągłym stołem, przy którym lubi pić poranną kawę. Współczesne krzesła zostały przemalowane - teraz idealnie pasują do wiekowego stołu. - Fot. Andrzej Pisarski
6 z 11Garderoba na parterze. Skrzynię, prezent od siostry, gospodyni własnoręcznie przemalowała, oczywiście na biało. - Fot. Andrzej Pisarski
7 z 11W przestronnym jasnym holu można w pełni podziwiać podłogę z pomalowanego na biało dębu. - Fot. Andrzej Pisarski
8 z 11Oryginalny wystrój toalety, czyli "tapeta" z gazet, to pomysł pana domu. Pomieszczenie zdobią również propagandowe plakaty sprzed kilkudziesięciu lat. Na podłodze drewno dębowe, tym razem w naturalnym kolorze. - Fot. Andrzej Pisarski
9 z 11Monika żartuje, że łóżko w ich sypialni ma już ze sto lat i tyleż razy było przemalowywane. Na ściance wydzielającej garderobę widać portrety rodziców namalowane przez córki. Wbrew pozorom z sufitu zwiesza się nie lampa, ale... wiatrak. - Fot. Andrzej Pisarski
10 z 11W łazience uwagę zwraca stylizowana bateria zainstalowana w podłodze. Ściany przy oknie obudowano do połowy drewnianymi panelami; przy umywalce położono tradycyjne płytki ceramiczne. Wysokie świeczniki gospodarze kupili aż w Ełku, w swoim ulubionym sklepie ze starociami. - Fot. Andrzej Pisarski
11 z 11Świat na różowo, czyli pokój 7-letniej Hani. Okienny parapet opanowały zabawki. Pozostałe są schowane w koszach ustawionych na regaliku i wsuniętych pod łóżko. - Fot. Andrzej Pisarski
Monika mówi o sobie "dziewczyna z Mokotowa", jej mąż Andrzej pochodzi z Żoliborza. Dzielnicowy patriotyzm się skończył, gdy zostali małżeństwem i zaczęli krążyć po całej Warszawie. Wiele lat tułali się po różnych mieszkaniach (jedno z nich znajdowało się mniej więcej trzydzieści kilometrów za miastem). Kiedy miało się urodzić drugie z trojga ich dzieci, zgodnie stwierdzili, że najwyższa pora osiąść gdzieś na stałe. Szukali mieszkania o metrażu odpowiednim dla rozwojowej rodziny, ale pewnego dnia, wybrawszy się na rowerową wycieczkę za miasto, nieoczekiwanie zmienili plany. Zobaczyli nowe osiedle domków jednorodzinnych i pomyśleli, że miło byłoby tutaj zamieszkać. Dobry dojazd do centrum, cisza, zieleń; oczyma wyobraźni ujrzeli dzieci bawiące się z psem w ogrodzie i siebie pijących kawę na tarasie. Natychmiast znaleźli co najmniej tysiąc niezbitych argumentów przemawiających za posiadaniem domu. Kiedy w dodatku okazało się, że mogą go mieć za cenę warszawskiego mieszkania, stwierdzili, że nie ma nad czym się zastanawiać.
Nieruchomość kupili w stanie surowym. Na szczęście układ pomieszczeń nie wymagał radykalnych zmian. Postanowili jedynie przerobić jeden z pokoi na garderobę i powiększyć toaletę. Do urządzenia mieli spory metraż, o pomoc zwrócili się więc do znajomego architekta Macieja Kuryłowicza. Gospodyni zależało na tym, by dom służył przede wszystkim do mieszkania, a nie do podziwiania, i by każdy z mieszkańców (łącznie z golden retriverem Lolkiem) czuł się w nim swobodnie. Miało być minimalistycznie, ale nie zimno i laboratoryjnie. Zgodnie z sugestią pana Macieja założyła teczkę, w której zbierała artykuły o najnowszych trendach oraz zdjęcia wnętrz, które szczególnie przypadły jej do gustu. Wspólne analizowanie zawartości teczki okazało się znakomitym pomysłem i bardzo pomogło obojgu znaleźć odpowiednie inspiracje.
Za priorytet uznali podkreślenie charakterystycznych cech tego domu - przestrzeni i światła. Gospodarze zdecydowanie postawili na biel. Barwa ta opanowała wszystkie pomieszczenia, oprócz - rzecz jasna - tych przeznaczonych dla dzieci: najstarszej córki Michaliny (jej pokój został urządzony na dawnym strychu) oraz Hani i Franka (ich królestwa mieszczą się na piętrze). Gospodarzom bliski jest eklektyzm, dlatego bez wahania zestawiają meble stare, wyszukiwane na pchlich targach, ze współczesnymi. Większość sprzętów została kupiona lub zaprojektowana specjalnie do nowego domu (z poprzednich mieszkań trafiło tu niewiele rzeczy).
Lubią też czasem... przymrużyć oko. Ściany w toalecie na parterze od podłogi do sufitu są wyklejone gazetami. - Treść artykułów sprawia, że pomieszczenie jest przeznaczone dla ludzi o mocnych nerwach - śmieje się pani domu. Nie od razu Rzym zbudowano - mówią Monika i Andrzej i bez pośpiechu urządzają swoją siedzibę. Wnętrza z czasem nabierają szlachetności. Spatynowana podłoga, osmolony kominek, skrzypiące schody dodają im charakteru. A minimalizm staje się coraz bardziej oswojony.
Skomentuj:
Dom z teczki