Dom na Mazurach

Tekst Liliana Jampolska

Z marzeń i planów nie warto rezygnować, nawet w obliczu trudności. Ten dom powstał trochę przez przypadek, trochę szczęśliwym trafem, ale przede wszystkim dlatego, że znaleźli się ludzie, którzy nie rezygnują przy pierwszych kłopotach.

Kiedy nasi gospodarze wyruszali na mazurską wyprawę w poszukiwaniu ostoi na lato, nie wiedzieli, że będzie to jedna z najważniejszych podróży w życiu. Żyli spokojnie w podwarszawskiej miejscowości o wdzięcznej nazwie Radość i nie planowali żadnej rewolucji w swoim świecie.

Już na samym początku drogi trafili do małego gospodarstwa w niewielkiej miejscowości w gminie Piecki. Spodobało im się, bo dom leżał w centrum wsi, na rozstaju dróg, z których jedna wiodła prosto nad pobliskie jezioro. Zagroda pięknie się prezentowała na łagodnym wzniesieniu. Pełni zapału zagadnęli właścicielkę, czy nie myśli o sprzedaży gospodarstwa. Kiedy spotkali się z odmową, podświadomie szukali drugiego takiego miejsca.

Gospodarstwo na rozstaju dróg Przez trzy tygodnie przejechali ok. 5 tys. kilometrów - bez skutku. Niezrażeni spokojnie przygotowywali się do powrotu, licząc na rozesłane "wici".

Jechali tą samą drogą, która przyprowadziła ich na Mazury. Kierowani palcem bożym postanowili jeszcze raz zajrzeć do pierwszego wypatrzonego gospodarstwa. Właścicielka przywitała ich z otwartymi ramionami i... oświadczyła, że wszystko przemyślała i zdecydowała się sprzedać ziemię z domem. Nasi gospodarze nie wahali się nawet przez chwilę - od razu wręczyli zadatek i w ciągu dziesięciu dni stali się prawowitymi właścicielami gospodarstwa o powierzchni 2,5 tys. m2 z niedużym murowanym budynkiem mieszkalnym, murowaną oborą i drewnianą stodołą. Co prawda, wszystkie zabudowania wymagały generalnego remontu, ale w domu można było zamieszkać.

Nowy pomysł na życie

- Od razu wiedziałam, że zostanę tu na zawsze - mówi pani Barbara. - Mąż początkowo nie wierzył, że opuszczę miasto. Chyba próbował mnie nawet trochę zniechęcić do osiedlenia się na Mazurach, bo powiedział, że muszę zacząć od znalezienia sobie jakiegoś stałego źródła utrzymania.

Pani Barbara - kobieta energiczna i uparta - miała już gotową odpowiedź: gospodarstwo agroturystyczne, któremu sprzyjać będzie atrakcyjna lokalizacja siedliska - w malowniczej mazurskiej wsi na skraju Puszczy Piskiej, zaledwie cztery minuty od Jeziora Mokrego i nieopodal legendarnego szlaku wodnego na rzece Krutyni.

Widząc wielką determinację pani Barbary, jej mąż szybko włączył się w prace "na nowym". Oboje rozpoczęli od wielkich porządków w budynkach i na terenie posesji. Na miejscu "pastwiskowego" ogrodzenia postawili nowe - na podmurówce z kamieni polnych i z drewnianymi sztachetami. Wewnątrz działki założyli trawniki, warzywnik i ogródki ozdobne.

Tuż za bramą wjazdową postawili małą kapliczkę z figurą Jezusa Frasobliwego. Na działalność turystyczną pani Barbara przeznaczyła budynek starej obory. Po uzyskaniu odpowiednich pozwoleń remont przeprowadziła w obrysie starego zabudowania i z zachowaniem dotychczasowego kształtu budynku.

Po rozbiórce dachu obory okazało się, że co prawda konieczne jest usunięcie ścian zewnętrznych, ale niektóre ściany działowe można uratować. Po oczyszczeniu istniejących fragmentów gospodarze pozostawili je na pamiątkę starej zabudowy: dziś dodają one charakteru nowym pokojom gościnnym.

Resztę murów wyburzono aż do fundamentów. Potem odkopano istniejące ławy fundamentowe, by je wzmocnić i ułożyć porządne izolacje. Przy okazji tych prac odkryto fundamenty innego budynku ustawionego kiedyś prostopadle do obory. Gospodarze uznali, że żal byłoby je z powrotem zasypać i zadowoleni ze znaleziska powiększyli przyszły niewielki hotelik o dodatkową przybudówkę.

Od nowa w mazurskim stylu

- Nie chcieliśmy, jak to czynią niektórzy nowi przybysze, budować tutaj podwarszawskiej willi z kutym ogrodzeniem i kratami w oknach. Pomyśleliśmy, że największą satysfakcję poczujemy wtedy, kiedy usłyszymy od kogoś: "Jakie fajne stare gospodarstwo. Jak dobrze utrzymane!" - opowiadają właściciele.

Podmurówkę hoteliku dla gości obłożyli kamieniem polnym, a na murach, które na zewnątrz ocieplili styropianem i otynkowali tynkiem akrylowym, zamontowali z grubych desek atrapę pruskiego muru. Dach pokryli oczywiście czerwoną dachówką. Przy oknach zamontowali drewniane okiennice, które dodatkowo podkreślają wiejski charakter zabudowań. Kilka lat później w ten sam sposób wystylizowali budynek mieszkalny. Przed pierwszą zimą zaopatrzyli go tylko w nowe okna (pan Grzegorz kupił na razie używane) i nowe piece kaflowe, aby można było w domu ciepło spędzić zimę. Gruntowny remont przeprowadzili dopiero w 2001 roku, po rozpoczęciu działalności agroturystycznej.

Jeśli mieszkać, to w komforcie

- Kiedy dotarło do mnie, że żona nie wróci już do Warszawy, szybko postanowiłem zrezygnować z uciążliwych dojazdów i osiąść z nią na wsi - opowiada pan Grzegorz.

Wspólnie ustalili wtedy, że ich nowy wiej- ski dom musi być równie wygodny jak ten w mieście, a jeśli ma starczyć im do końca życia, powinien być funkcjonalny i dostosowany do współczesnych standardów. Postanowili go więc gruntownie wyremontować i, żeby nieco powiększyć przestrzeń mieszkalną, zaadaptować nieużytkowe dotąd poddasze.

Prace trwały trzy i pół miesiąca, ale - jak to bywa ze starymi domami - nie obyło się bez niespodzianek. Na początku, kiedy zdjęto stary dach i strop nad parterem, okazało się, że wybudowane z cegieł mury zewnętrzne nie są spięte wieńcem - trzeba więc go było wykonać. Kłopot był też z fundamentami, które jak się okazało, wymagają nie tylko osuszenia, ale też solidnego wzmocnienia; dopiero po tych pracach można było ułożyć izolację.

Przy okazji przeprowadzono ważną dla domowników inwestycję - pogłębiono niską piwnicę, potrzebną na kotłownię z piecem c.o. i zbiornikiem na olej opałowy. Starczyło również miejsca na pralnię, suszarnię oraz spiżarnię. Prace przeprowadzano odcinkami: najpierw podkopywano fundamenty od dołu i z boku, układano zbrojenie, po czym betonowano nowe odcinki ław, a po ukończeniu tych prac ułożono izolacje przeciwwilgociowe i ocieplenie. Potem wykonano betonową podłogę w piwnicy (również z odpowiednią izolacją przeciwwilgociową i ociepleniem), a następnie wyremontowano strop nad parterem. Został solidnie ocieplony wełną mineralną i folią oraz przygotowany do położenia na nim legarów i drewnianej podłogi z desek.

Na strop nad parterem i piętrem użyto celowo grubych belek, które pozostały po rozbiórce starego. Niemal wszystkie zachowały się w doskonałym stanie, bo przez minione kilkadziesiąt lat były oblepione polepą wapienną. Po oczyszczeniu, zabezpieczeniu i pomalowaniu na brązowy kolor stały się prawdziwą ozdobą nowych wnętrz. Między belkami zamontowano płyty gipsowo-kartonowe, a cały strop ocieplono wełną mineralną.

Drewnianą konstrukcję dachu zabezpieczono specjalistycznymi foliami, ocieplono wełną mineralną (20 cm) i pokryto nową czerwoną dachówką ceramiczną w typowym dla Mazur kształcie. Starą wykorzystano na nowo wybudowanej wolno stojącej wiacie w ogrodzie, pod którą umieszczono stacjonarny grill dla gości. Dach domu jest dłuższy i szerszy niż poprzednio, by odprowadzał opady dalej, poza obręb murów.

Ściany wewnątrz budynku wykończono płytami gipsowymi, a mury zewnętrzne ocieplono styropianem i otynkowano zaprawą akrylową. Również tutaj ściany szczytowe ubrano w pruski mur.

Dom został podłączony do sieci wodociągowej, energetycznej i telefonicznej. Jest nawet szansa na szybkie wykonanie we wsi kanalizacji (z funduszy Unii Europejskiej).

Dzięki adaptacji poddasza na cele mieszkalne dom ma teraz 160 m2 powierzchni użytkowej.

Obecnie na parterze mieszczą się: ganek, sień, kuchnia, salonik połączony z jadalnią, sypialnia gospodarzy oraz łazienka. Na "górce" powstały: pokój dla córki, która tu często przyjeżdża w odwiedziny, a ponadto łazienka i duży pokój dzienny, w którym pani Barbara prowadzi biuro i maluje.

Właścicielka jest artystką amatorką i niemal każdą wolną chwilę spędza przy sztalugach. Z odwiedzającymi jej gospodarstwo artystami (byli wśród nich znani malarze, rzeźbiarze, muzycy i aktorzy) nieraz spontanicznie organizowała u siebie w domu, jak się sama wyraziła, "artystyczne wieczory i zakręcone akcje". Mimo obowiązków przy prowadzeniu usług turystycznych ciągle jest pełna pomysłów i twórczego zapału.

Podróż w przeszłość

Nowi właściciele długi czas nie znali historii gospodarstwa. Wiedzieli tylko, że powstało w 1932 roku. Ucieszeni nowym nabytkiem rozpytywali w okolicy o losy swoich poprzedników, ale nikt nie umiał im opowiedzieć nic konkretnego. Dowiedzieli się jedynie, że mieszkała tu kiedyś tancerka ze znanego kabaretu Qui Pro Quo. Zorganizowała we wsi teatr i Koło Gospodyń Wiejskich, a u schyłku życia zapisała dom swojej siostrzenicy.

Wszystko zmieniło się 21 maja 2002 roku, kiedy pod domem stanęła niespodziewanie grupka niemieckich turystów. Dziś Pani Barbara z dumą pokazuje list, jaki po tej wizycie otrzymała:

"Szanowna Pani, (...) chcieliśmy krótko spojrzeć, jak po 55 latach wygląda nasz rodzinny dom. Pani zaproszenie zaskoczyło nas i uszczęśliwiło zarazem (...). Serdecznie za to dziękujemy. Wszyscy byliśmy dumni, widząc że nasz dawny dom i ogród są takie piękne i utrzymane w tak dobrej kondycji (...). Nasze gratulacje".

Skomentuj:

Dom na Mazurach