Z powodu ulgi

Tekst i zdjęcie: Liliana Jampolska

Działkę kupiłem, by uciec od płacenia podatku. Nie wiedzieć kiedy, tak ją pokochałem, że zdecydowałem się na niej zamieszkać jeszcze w czasie trwania budowy mojego domu.

Po trzynastoletnim pobycie w Kanadzie, w 1995 roku zdecydowałem się wrócić do Polski. Zamieszkałem w moim dawnym mieszkaniu w mieście i przez chwilę wydawało mi się, że już nigdy nie będę miał własnego domu, do którego zdążyłem się przyzwyczaić w Kanadzie.

Droga do domu

Szybko jednak okazało się, że moje zarobki są stosunkowo duże. Musiałem w jakiś sposób zagospodarować zarobione pieniądze. Z pomocą przyszła mi ustawa pozwalająca odpisać od podatku dochodowego wydatki na zakup działki.

Zdecydowałem się na inwestycję w ziemię. Działka, którą pokazał mi pośrednik z biura nieruchomości, była położona wśród pól i nieopodal lasu - przypominała moje rodzinne strony. Na Podlasiu, gdzie się urodziłem, krajobraz także tworzyły rozległe, płaskie przestrzenie poszatkowane zagajnikami.

Początkowo nie planowałem budowy domu na zakupionym terenie. W ciepłe weekendy urządzałem sobie wycieczki rowerowe po nieznanej mi okolicy, przysiadałem na miedzach, czytając książki, wylegiwałem się w trawie, patrząc w chmury - zupełnie jak w czasach młodości, i to mi wystarczało. Podczas jednej z wycieczek rowerowych zobaczyłem jednak dom moich marzeń - nieduży drewniany dworek z kolumnami na ganku. I zapragnąłem mieć taki sam. Szybko dotarłem do firmy, która zajmowała się projektowaniem oraz budowaniem tego typu domów, i machina ruszyła.

Pomysły na oszczędności

Zamówiłem projekt i podpisałem umowę z firmą wykonawczą. Ponieważ nie chciałem od razu wyzbywać się wszystkich oszczędności, postanowiłem przejąć od wykonawcy obiekt w stanie surowym i prace wykończeniowe poprowadzić samodzielnie.

Przez rok, z pomocą znajomych i wynajmowanych fachowców, wykańczałem i wyposażałem budynek. Podczas tych prac tak bardzo się zakochałem w moim nowym domu, że postanowiłem możliwie najszybciej porzucić miasto.

W rezultacie zamieszkałem w zupełnie pionierskich warunkach, jeszcze bez toalety i łazienki, jakiś czas korzystając z typowej "sławojki". Miało to swój urok, bo przypominało mi dawne życie na podlaskiej wsi.

Ze względu na brak sieci gazowej w mojej okolicy zdecydowałem się wykorzystać do ogrzewania domu nietypowy piec zamówiony u fachowców w Hajnówce, wzorowany na dawnych piecach z Podlasia. Jest to duża stalowa skrzynia z podwójnymi ścianami wypełnionymi wodą, działająca na zasadzie kominka z płaszczem wodnym. Piec połączyłem systemem rur z naściennymi grzejnikami zamontowanymi na dwóch kondygnacjach budynku. Cyrkulacja wody wymuszana jest przez pompę elektryczną. Zainstalowałem też termowyłącznik, który włącza pompę, gdy piec się nagrzeje, a wyłącza ją, gdy w piecu wygaśnie ogień. Ponieważ piec umieściłem w centralnej części salonu, chciałem, aby udawał prawdziwy kominek. Dlatego ze względów estetycznych obudowałem go eleganckimi ściankami.

Pieniądze nie takie straszne

Ogrzewanie budynku piecem na paliwa stałe (drewno, węgiel, brykiety) jest bardzo ekonomiczne - koszt rocznie nie przekracza 700 zł. Jednak kiedy tylko we wsi poprowadzono sieć gazową, od razu zamontowałem również kocioł gazowy. To moje zabezpieczenie na wypadek choroby bądź wyjazdu. Kocioł jest wyposażony w automatyczny sterownik współdziałający z piecem na drewno. Nadal bowiem to piec z płaszczem wodnym traktuję jako główne źródło ciepła (obliczam jego wykorzystanie na 85%, w stosunku do 15% ogrzewania gazowego). Ogrzewanie gazowe włącza się rano, na godzinę przed porą wstawania, i na godzinę przed moim powrotem z pracy. Potem palę już tylko drewnem.

W celach oszczędnościowych nie ogrzewam górnej kondygnacji, na razie niewykorzystywanej, a do celów sanitarnych, gospodarczych i do podlewania ogrodu używam wody ze studni.

Mimo że moja działka znajduje się w odległości aż 400 m od głównej drogi, podłączenie budynku do głównych mediów nie było zbyt drogie ani uciążliwe - również dlatego, że wszystkie formalności załatwialiśmy wspólnie z czterema sąsiadami, a koszty przyłącza podzieliliśmy między siebie. W rezultacie za podłączenie do sieci gazowej zapłaciłem 4500 zł, a do wodociągu - 1800 zł. Prognozowana cena przyłączenia do sieci kanalizacyjnej wynosi 2 tys. zł.

Prowadzenie jednoosobowego gospodarstwa domowego nie jest specjalnie kosztowne. Dobitnie świadczą o tym liczby - utrzymanie mojego domu jest tańsze od utrzymania dawnego, 54-metrowego mieszkania. Kosztowało mnie ono 7 tys. zł rocznie, a dom - tylko 4500 zł.





    Więcej o:

Skomentuj:

Z powodu ulgi