Mieszkanie pasjonatki designu

Tekst i stylizacja: Emilia Obrzut

Spokojna projektantka graficzna popołudniami zamienia się w nieustraszoną poszukiwaczkę pereł polskiego i zagranicznego wzornictwa. Oto opowieść Emilii o znalezionych skarbach. Najwspanialszym z nich nieoczekiwanie okazał się... strych, na którym zamieszkała.

Mieszkanie na strychu
Mieszkanie na strychu
fot. Paweł Dziurzyński

Zawsze ciągnęło mnie w stronę nowoczesności (specjalizuję się w projektowaniu interfejsów użytkownika), a mój wymarzony dom przez długi czas jawił mi się jako chłodny, minimalistyczny loft. Tymczasem sześć lat temu trafiłam na niezagospodarowany strych w kamienicy na krakowskim Kazimierzu i już wiedziałam, że w nim pozostanę. Budynek pochodzi z 1920 roku, strych trzeba było dopiero zaadaptować na cele mieszkalne. Uzyskanie niezbędnych pozwoleń zajęło mi prawie dwa lata i obfitowało w najróżniejsze niespodzianki, które w przypadku starych budynków bywają, niestety, dość kosztowne. Musiałam na przykład zamontować system oddymiania w całym budynku, przez chwilę wisiało również nade mną widmo zasponsorowania windy, bo dom miał zyskać dodatkową mieszkalną kondygnację. Na szczęście minister infrastruktury okazał się łaskawy i pozwolił na odstępstwo, a ja obiecałam wchodzić na piąte piętro o własnych siłach i z uśmiechem.

PRZEJDŹ DO GALERII >>

W przeciwieństwie do męczącej biurokracji sam remont przebiegł zupełnie bezproblemowo (i trwał tylko trzy miesiące). Ekipa świetnie rozumiała moje wizje. Bardzo zależało mi na zaakcentowaniu oryginalnych elementów konstrukcyjnych, takich jak fragmenty więźby dachowej; oczyma wyobraźni widziałam też oczyszczone z tynku piękne ceglane ściany. Ale cegły okazały się szare i musiałam je pobielić. Więźba natomiast została rozbudowana - nowe belki, wzmacniające konstrukcję, miały być początkowo schowane w podłodze, jednak taki zabieg podniósłby ją o mniej więcej 25 centymetrów. Uznaliśmy więc, że trzeba je przenieść pod kalenicę i zupełnie przypadkiem uzyskaliśmy "podporę" pod antresolę, na której urządziłam gościnną sypialnię.

Początkowo w całym mieszkaniu białe ściany kontrastowały z czarną podłogą (tylko w łazience zdecydowałam się na odwrotny zabieg). Wymarzyłam sobie pomalowaną na czarno wylewkę i za nic w świecie nie dałam sobie wybić jej z głowy, choć kosztowała majątek. Cóż, zgodnie z przewidywaniami życzliwych mi osób nie zdała egzaminu - niezniszczalna (ponoć) farba schodziła przy byle draśnięciu. Gdy po pół roku zamieszkała ze mną właścicielka mocnych pazurów Ronja, biała husky, skapitulowałam. Ułożyłam na podłodze białe deski i pociągnęłam je bezbarwnym lakierem.

Mieszkanie urządziłam w stylu vintage. Meble i dodatki wyszperałam na pchlich targach i internetowych aukcjach. Remont pochłonął prawie cały budżet, w marzeniach przeznaczony na beton i chrom, dysponując zatem niewielką kwotą, musiałam rozglądać się po tak zwanym rynku wtórnym. Szybko odkryłam, że jest pełen fantastycznych rzeczy, które można kupić prawie za bezcen. Dywan-kilim, fotel i moje ukochane biurko upolowałam w internecie, komplet krzeseł znalazłam u rodziców przyjaciela w Szczawnicy, lampę i kolejne krzesło przyniosłam ze śmietnika.

Przedmioty kupione za grosze zyskują na wartości - meblościanka, za którą zapłaciłam 20 zł, jest dziś warta kilkadziesiąt razy więcej. Podobnie wyszperane ikony designu, m.in. figurki i zastawa z Ćmielowa, zegar-kula czy talerz Rosenthala, już pracują na moją emeryturę. Dzięki urządzaniu mieszkania sprzętami po przejściach odkryłam w sobie pasję poszukiwacza i talent do znajdowania skarbów z drugiej ręki. Teraz swoją wiedzą i doświadczeniem dzielę się na Wysokim Połysku - tę facebookową stronę stworzyłam, gdy moja kolekcja znalezisk zaczęła przybierać niebezpieczne rozmiary. Pokazuję swoje zdobycze w sieci i podpowiadam, gdzie i jak z morza przedmiotów wyłowić prawdziwe perełki. Sama na razie marzę już tylko o szafie i... windzie.

PRZEJDŹ DO GALERII >>

Skomentuj:

Mieszkanie pasjonatki designu