Dom projektantki dywanów

Małgorzata Bogusławska po latach mieszkania w Warszawie przeprowadziła się na wieś. Tam w pięknym domu zajęła się swoją pasją - dzierganiem dywanów i nie tylko.

Małgorzata Bogusławska pochodzi z Bydgoszczy, kilkanaście lat spędziła w Warszawie, teraz mieszka z mężem (robiącym meble i lampy z betonu oraz drewna) i dziećmi na wsi pod Piasecznem. Oprócz dziergania z pasją zajmuje się ogrodem. Swoje prace sprzedaje w internecie i warszawskich galeriach. Więcej informacji na stronach: doctoryes.pl, facebook/doctoryes

Dzierganie dywanów

MB: Na pytanie, czym się właściwie zajmuję, odpowiadam: po prostu dziergam. Z wykształcenia jestem dziennikarką,  pracowałam również jako tancerka i restauratorka, zajmowałam się marketingiem oraz szkoleniami.

Nigdy nie potrafiłam usiedzieć w jednym miejscu. Mam naturę poszukiwacza, ale moja pasja to raczej efekt konieczności niż rozwijania zainteresowań. Kilkanaście lat temu urządzałam dom; z trudem, bo w sklepach nie było mebli i dodatków, które zachwyciłyby mnie i męża. A oboje jesteśmy trochę wybredni - lubimy rzeczy oryginalne, piękne, z ciekawą historią. Nie chciałam, by nasz dom przypominał nudnawe wnętrza z katalogu. Uznałam, że wiele rzeczy mogę zrobić sama (no, z pomocą męża Piotra, artysty), wystarczy odrobina wyobraźni i kreatywności. A tych mi na szczęście nie brakowało.

Z pasji do tworzenia

Zaczęłam od renowacji mebli, opanowałam m.in. sztukę tapicerowania. Wszystkiego uczyłam się od podstaw; często zaglądałam do internetu, na blogi wnętrzarskie. Gdy trafiłam na stronę o pledach i dywanach, już wiedziałam, co mogę robić. Szydełko i druty nie były mi obce, miałam bowiem kiedyś najlepszą nauczycielkę - mamę. Postanowiłam więc wydziergać narzutę. Udało się! Ogień w kominku, kanapa i ja pod bajecznie kolorowym nakryciem własnej roboty...

Spodobało mi się, zrobiłam więc następny krok i utkałam swój pierwszy dywan. Zdaniem rodziny był na tyle udany, by położyć go w salonie. Przy okazji się przekonałam, że nowe włóczki i dzianiny są dość drogie, dlatego zaczęłam używać tylko materiałów z recyklingu. Oszczędnie, ale przede wszystkim z pożytkiem dla świata. Od tamtej chwili w sklepach z używaną odzieżą kupuję stare swetry i ubrania z dzianiny. Swetry po wypraniu pruję i zwijam włóczkę w kłębki (aby była grubsza, łączę ze sobą kilka nitek), dzianinę tnę na paseczki, z których potem tkam dywany. Zależy mi, by materiały nie miały sztucznych domieszek, a takie - jak się okazało - w dzisiejszych czasach są coraz trudniejsze do zdobycia.

Tkanie dywanów

Pierwszą ramę do tkania dywanów zrobił mąż, wkręcając około czterystu śrub w konstrukcję starego łóżka. Grube i długie druty kupuję gotowe, ale łączącą je żyłkę lub kabel również wprawia pomocna męska dłoń.

Dzierganie dobrze robi na zdrowie. Wyciszam się przy nim, zbieram myśli. Czuję radość, a nawet delikatne podekscytowanie. Jaki będzie ten nowy dywan, narzuta, makrama? Lubię improwizować. Na początku mam w głowie mglisty projekt, a wynik końcowy to zawsze niespodzianka. Szybko przekonałam się również, że taka pasja to nie jest zajęcie dla niecierpliwych. Nieoczekiwanie pomogła mi joga. Nauczyła mnie skupienia, koncentracji, a jednocześnie luzu, co bardzo przydaje się i w życiu, i w pracy. Ważna jest też kondycja fizyczna, bo utkanie dywanu lub pledu zajmuje kilkadziesiąt godzin, w dodatku bywają one bardzo ciężkie.

Moją pasję dzieli ze mną cały dom. Dosłownie. Ze względu na rozmiary ramy i dobre światło najchętniej pracuję w salonie. Część sypialni zajmują posegregowane kolorystycznie materiały. Narzuty i dywany idealnie harmonizują z klimatem wnętrza, pasują też do naszego stylu życia. Moimi wyrobami cieszą się również nasze zwierzaki (trzy psy i trzy koty), które uwielbiają się na nich wylegiwać.

PRZEJDŹ DO GALERII >>

 

Więcej o: