Dom z natury
Można architekturą swojego domu szokować, można chcieć się wyróżniać, a można przeciwnie – organicznie nawiązać do zastanego krajobrazu, czerpiąc umiejętnie i z tradycji, i z nowoczesności.
METRYKA BUDYNKU
Projekt architektoniczny i wnętrz: projektanci Dorota Szpinda, Marek Szpinda; www.be37.pl, www.ucees.pl
Powierzchnia użytkowa domu: 124 m2
Powierzchnia działki: 1108 m2
Tytuł Dom z natury
Ta historia sięga XIV wieku. Wtedy właśnie, blisko dwadzieścia minut spacerem od dzisiejszej Wieliczki, powstał folwark, a następnie zespół dworski, w pobliżu zabudowań wiejskich.
Grubo ponad pół milenium później przez tę okolicę przejeżdżał swą „bryczką” pewien jegomość. Udawał się w stronę działki, na której, jak mu się wydawało, będzie stawiał swój dom. Traf chciał jednak, że po drodze natknął się na zupełnie inną posesję, przeznaczoną na sprzedaż. Wpadła mu w oko jeszcze bardziej, więcej nawet – była prawie w sam raz. To „prawie” odnosiło się do wielkości. Potrzebował bowiem dużej parceli, ale nie aż tak.
Od czego jednak znajomości. Konkretnie z Dorotą i Markiem, parą małopolskich architektów, którzy, podobnie jak on, szukali właśnie działki, by się pobudować. Ona – właścicielka biura konstrukcyjnego be37. On – współwłaściciel pracowni projektowej ucees. Oboje zajmowali mieszkanie w Krakowie, ale czuli, że dla dobra swojego i dwójki dzieci przydałoby się wreszcie rozprostować kości gdzieś w luźniejszych okolicznościach przyrody. Wskazane miejsce im pasowało. Raz, że urokliwe i bliskie natury, a dwa, znajdowało się zaledwie kilka kroków od niezbędnych atrybutów cywilizacji. Tuż pod bokiem była wspomniana Wieliczka, a z kolei od krakowskiego rynku głównego dzieliło ich zaledwie 16 km.
– Działki szukaliśmy przez około rok – wspominają małżonkowie. – Nie celowaliśmy w konkretne miejsce, chcieliśmy jedynie zamieszkać w południowo-wschodniej części okolic Krakowa. Jeździliśmy po pobliskich miejscowościach, widzieliśmy wiele posesji. W pewnym momencie upatrzyliśmy sobie już nawet pewną działkę, ale dopiero miejsce znalezione przez znajomego nas zauroczyło. W tej okolicy od razu się zakochaliśmy.
A ponieważ miłość ta była w pełni dzielona z kolegą, więc decyzja mogła być tylko jedna: podział nieruchomości na dwie części i obustronny zakup.
Znaleźć okap
Od drogi dojazdowej działka przylegała do okolicznych zabudowań. Z drugiej jednak szeroko otwierała się na pola i połaci drzew. Natury było tu w bród, również na posesji. W części należącej do Doroty i Marka rósł m.in. klon pospolity oraz sosny, a znak firmowy stanowił stary sad owocowy.
W takim otoczeniu trudno nie pokusić się o zaprojektowanie bryły wywodzącej się wprost z tradycyjnej zabudowy jednorodzinnej, bez epatowania nowoczesnością – choć pewnie znaleźliby się i tacy odważni… Podstawowym założeniem, jakie przyjęli architekci, było stworzenie przestrzeni, która w naturalny sposób będzie korespondować z otaczającą przyrodą. Miejsce dla budynku wykrojono w części sadu, ale generalnie przyjęto jednak jako zasadę zachowanie istniejącego drzewostanu. Szczególnie – wspomnianego klonu, pod którego niejako zlokalizowano obrys bryły.
Sam dom miał być nieduży, tak aby na „starość” nie stał w większości pusty i nie okazał się drogi w utrzymaniu. Ot, murowana forma na planie prostokąta, cała w cegle, przekryta dwuspadowym dachem. Skojarzenia z wiejskimi budynkami, jakich pełno od morza do Tatr, są tu natychmiastowe, choć nie brak również akcentów współczesnych – bo „nie epatować nowoczesnością” nie oznacza odwracać się od niej i ją ignorować. Przede wszystkim rzuca się w oczy to, co widać od drogi dojazdowej: poziome pasy niewysokich okien, kojarzące się z dzisiejszą mieszkaniówką, ale i trochę z np. niemieckim modernizmem przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Zwraca też uwagę wyraziste schowanie w głębi bryły drzwi wejściowych do domu. Nowoczesności dodają również eleganckie pasy stalowo-szarych dachówek, zgrabnie wieńczące budynek, w miejsce tradycyjnej czerwonej dachówki ceramicznej. I jeszcze coś – budynek jest w pewien sposób „wsobny”, w pełni jednobryłowy, bo zasadniczo nic z niego nie wystaje. Nawet rynny czy dachowe okapy. To zgrabnie pomyślana, kompaktowa bryła. Nie stało się to jednak tak zupełnie bezboleśnie. Bo okapy wręcz być musiały i kropka!
– Zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego ograniczała nas konieczność stworzenia okapów, których wcale nie chcieliśmy mieć – mówią inwestorzy. – Przy braku wysięgu musieliśmy się natrudzić, aby uzasadnić, że specyficzny detal pasa „podrynnowego” razem z wnękami tworzy właśnie rodzaj okapu. Z drugiej strony argumentowaliśmy, że w powojennej zabudowie istniejącej w tej okolicy okapy wcale nie występują.
Nie da się ukryć, że powoływanie się na wspomniane wnęki jako rodzaje okapów było dość… karkołomne. Chodzi bowiem o dwa głębokie wcięcia w bocznych elewacjach, po przeciwległych stronach, których głównym zadaniem, oprócz urozmaicenia bryły i przybliżenia widoków ogrodowych do wnętrz, jest regulacja dopływu światła słonecznego do pomieszczeń. Jeden z nich stanowi przy okazji część ogrodowego tarasu.
– Muszę przyznać, że… urząd ostatecznie wykazał się zrozumieniem, a pani inspektor po kilku latach powiedziała nawet w przypadkowej rozmowie, że ostateczny efekt bardzo jej się podoba – twierdzi pan Marek. – Na szczęście miejscowy plan przewidywał dachy płaskie dla garaży i budynków gospodarczych.
To ostatnie było ważne, bo obok domu mieszkalnego projekt przewidywał zupełnie odmienny w charakterze budynek wiaty garażowej. Miał być płaski, parterowy, z betonowymi elewacjami, częściowo porośniętymi w przyszłości płożącą się roślinnością. I taki jest.
Dobrze zbudowane nie wymaga rewolucji
Tradycyjny charakter części mieszkalnej objawia się nie tylko w formie bryły, ale i w kwestiach konstrukcyjnych.
– Dom powstał w technologii tradycyjnej, na ławach fundamentowych, choć bez podpiwniczenia – opowiada pan Marek. – Grunty nośne tworzy glina, stąd istotne było, aby to, co wybrano pod wzniesienie bryły, wymieniono na piasek. Ściany zostały wymurowane z pustaków ceramicznych, strop jest żelbetowy, a więźbę drewnianą wykonano z tarcicy jodłowej pochodzącej z Roztocza, czyli z moich rodzinnych stron.
Czy tak tradycyjnie pomyślany dom może być energooszczędny?
Oczywiście. Co więcej, mimo że od przeprowadzki minęło już piętnaście lat, zastosowane rozwiązania wciąż się sprawdzają i budynek nie wymaga żadnego radykalnego polepszenia parametrów cieplnych. Co najwyżej dochodzą nowe rozwiązania.
– Według mojej oceny nasz dom jest bardzo energooszczędny – twierdzi pan Marek. – Ma tradycyjną ścianę trójwarstwową z warstwą licową z cegły pełnej. Okna są trójszybowe, a zlokalizowano je tak, aby słońce w okresie zimowym mogło ogrzewać posadzkę w mieszkaniu. W lecie wnęki wycięte w bryle, pełniące funkcję okapów, rzucają cień i dom się nie przegrzewa. Największy wpływ na energooszczędność ma jednak zwarty rzut budynku i ograniczenie zbędnej komunikacji.
Ciekawe, że w przeciwieństwie do tendencji panującej od lat w budownictwie jednorodzinnym, właściciele nie zdecydowali się na wentylację mechaniczną, uchodzącą za jedno z bazowych rozwiązań jednorodzinnej energooszczędności.
– Zastosowanie wersji grawitacyjnej było w pełni świadomą decyzją – tłumaczą. – Poprawia to akustykę wnętrz, nie trzeba płacić za serwisowanie, no i zmniejsza się zużycie prądu.
Zużycie to obniża też instalacja fotowoltaiczna, zamontowana już w trakcie eksploatacji budynku. Panele PV znajdują się na jednej z połaci dachowych, tej z ekspozycją na południe.
– Mamy je od dziesięciu lat – mówią architekci. – Początkowe 4,5 kWp mocy szczytowej, powiększyliśmy właśnie o kolejne 2,4 kWp, ze względu na potrzeby małego elektrycznego auta zakupionego przez córkę. Fotowoltaika jak najbardziej się u nas sprawdza, a część zainstalowana wiele lat temu na pewno się już zwróciła.
Z kolei system domowej automatyki, Fibaro, uległ odwrotnemu procesowi, czyli redukcji.
– Wcześniej korzystaliśmy z bardziej rozbudowanych jego funkcji, takich jak regulacja ogrzewania, ustawianie scen świetlnych itd. – opowiadają gospodarze. – Okazało się jednak, że system działał nieprzewidywalnie, więc od jakiegoś czasu używamy opcji inteligentnego domu praktycznie tylko w zakresie sterowania oświetleniem zewnętrznym, bramą wjazdową i garażową, a także monitoringiem.
Źródło ciepła dla domu stanowi dwufunkcyjny kocioł gazowy, wpierany awaryjnie (oraz „dla wieczornych klimatów”) przez centralnie umieszczony kominek. Kocioł podgrzewa wodę, pobieraną z sieci gminnej, wykorzystywaną następnie jako ciepła woda użytkowa oraz jako czynnik grzewczy instalacji ogrzewania podłogowego, która znajduje się na parterze oraz w łazience. W pomieszczeniach gospodarczych, kotłowni oraz w sypialniach zainstalowano zwykłe grzejniki.
Jak kształtują się ogólne koszty eksploatacyjne domu?
– Za ogrzewanie gazem i za ciepłą wodę płacimy podobnie, jak za 50-metrowe mieszkanie w bloku na parterze – oceniają inwestorzy.
Są zadowoleni.
Przestrzeń idealna do życia
Gdy tu przyjechaliśmy po raz pierwszy, okolica bardzo nam się spodobała. Kontekst dla naszej działki i przyszłego projektu stanowiły domy w większości wolnostojące, wzniesione wiele lat temu. Nie było typowej dla podkrakowskich okolic zabudowy w drugim, trzecim szeregu. Niedaleko znajdował się teren ojców Michalitów, z kościołem i siedzibą nowicjatu, a poza tym lasy i pola. Bardzo nam też odpowiadała bliskość przedszkola, szkoły, piekarni...
W młodości mieszkaliśmy w 12-rodzinnym budynku w Zwierzyńcu (Marek) oraz w bloku w Rzeszowie (Dorota). Nasi rodzice zakończyli budowę swoich domów, gdy już studiowaliśmy, więc nie zdobyliśmy zbyt wiele doświadczenia dotyczącego życia w obiekcie jednorodzinnym. Wiedzieliśmy jednak, że kilku błędów nie popełnimy. Po pierwsze, nasz dom miał być nieduży, tak aby na „starość” nie okazał się pusty i drogi w utrzymaniu. Po drugie, chcieliśmy wznieść go maksymalnie w rok – i udało się to zrobić w niespełna jedenaście miesięcy, licząc razem z wykończeniem i zamieszkaniem! Przeprowadzka z Krakowa miała nastąpić, zanim dzieci zaczną chodzić do szkoły (syn) i przedszkola (córka). Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę z tego, że rodzinne korzyści z mieszkania w domu okazują się największe, gdy dzieci są małe, mają dużo przestrzeni wewnątrz i na zewnątrz, żyją w otoczeniu zieleni i czystego powietrza.
Przez znaczny okres ich dorastania korzystaliśmy z infrastruktury Wieliczki – basenu, boiska do piłki nożnej, rozmaitych zajęć sportowych itp. Dzieci chodziły do szkoły w pobliskiej wsi, niecały 1 km pieszo, w większości drogą biegnącą przez środek pola. Często wracały do domu same, czasami z sąsiadami – mogły jednak czuć się bezpiecznie, bo tutaj wszyscy się znają. Naszym zdaniem w dużym mieście trudno o takie poczucie bezpieczeństwa.
W trakcie inwestycji stan surowy realizowała jedna firma, zorganizowana przez sąsiada, do tego trzy firmy instalacyjne i elewacyjne, a wykończeniem zajmowała się kolejna firma. Kto nie wybudował domu, nie wie, jakie to wyzwanie. Codziennie razem jeździliśmy pilnować „budowlańców”. Na szczęście, znamy się na tym, więc wiedzieliśmy, czego wymagać i na co uważnie patrzeć – dzięki czemu żadnych istotnych błędów w ramach całego przedsięwzięcia nie było.
Patrząc z perspektywy kilkunastu już lat, jesteśmy zadowoleni z naszego domu. Bryły nie zmienialibyśmy wcale. Jedyna rzecz warta ewentualnej korekty wiąże się z garażem. Okazał się za mały – oprócz samochodu stoją tam dziś rowery, skuter oraz motocykl.
Na całej połaci dąb
Dorota z Markiem i dwójką dzieci wprowadzili się do domu w roku 2010, jednak rozmaitego rodzaju prace wykończeniowe trwały jeszcze przez kolejną dekadę. Wszystkie odbywały się pod czujnym okiem projektantów tych wnętrz, czyli ich samych. Bo to naprawdę dom w pełni autorski, od A do Z.
– Tak, wnętrza wymyślaliśmy sami – przyznają architekci. – Jeżeli chodzi o idee projektowe, które nam w tym przyświecały, to przede wszystkim chcieliśmy mieć jak najwięcej mebli z litego dębu. Stąd ława, stół i zabudowy meblowe w pokoju gościnnym oraz naszej sypialni zostały wykonane właśnie z tego materiału, przez znajomego stolarza z Roztocza. Kuchnia na zamówienie, stworzona przez innego kolegę, stanowi połączenie litego dębu oraz naturalnego forniru. Zabudowa ściany z ukrytymi drzwiami, również robiona na zamówienie, to naturalny fornir dębowy. A podłoga w pokoju gościnnym (teraz siłowni) oraz całe piętro zostały wyłożone parkietem dębowym.
Akcja liść dębu, chciałoby się powiedzieć za tytułem jednego z odcinków przygód pewnego fałszywego kapitana Abwehry. Rzeczywiście, gdy ogląda się efekt prac aranżacyjnych, pierwsze skojarzenie wiedzie ku eleganckim, funkcjonalnym wnętrzom modernistycznych willi z lat 30., w których często królowało naturalne drewno, nadające całości klasy i elegancji. Widzimy je nie tylko w detalach czy w meblach, ale i w całych płaszczyznach ścian, a ponieważ jest to wszędzie ten sam rodzaj drewna, więc z łatwością uzyskano efekt jednolitego wyposażenia domowych przestrzeni. Dąb towarzyszy nam więc zarówno, gdy idziemy schodami na piętro, jak i gdy obserwujemy świat na zewnątrz, bo ogrodowe widoki kadrowane są niezmiennie przez obramowania okien utrzymane w dębowej kolorystyce. Co więcej, efekt podbijają nawet niedrewniane meble – przykładem obszerna sofa w salonie, której obicie koresponduje z dębowymi brązami.
Jest w tym wszystkim jakieś dalekie echo przewrotnego nawiązania do stylu glamour, bo dokonywane nie poprzez błysk złota i brylantowych kandelabrów, ale zupełnie na odwrót: przez efektowne wykorzystanie naturalnych materiałów wysokiej jakości. Nie przeszkadza temu wrażeniu nawet fakt wystąpienia na finiszu inwestycji pewnych budowlanych… niedoróbek.
– Gdy kończyliśmy budowę w roku 2020 r., to kończyły się nam już również fundusze – zdradzają gospodarze. – Stąd w łazienkach, jak również na podłodze w strefie dziennej, musieliśmy zastosować płytki z marketu budowlanego.
Ale wcale ich nie widać! Podobno najlepsi iluzjoniści zawsze skutecznie przekierowują uwagę widzów tylko na to, co chcą im pokazać.
Copy, paste i 300 procent
Jeden aspekt projektowy całej realizacji jeszcze nie został zakończony, choć w sumie sztuka iluzji dobrych architektów potrafiła i to zamaskować.
– Urządzanie ogrodu zaczynaliśmy sami, potem pomogła nam znajoma projektantka ogrodów, ale w sumie to jeszcze cały czas coś w nim robimy – przyznają właściciele. – Charakterystyczne elementy stanowią bluszcze na garażach i żelbetowym murze od strony sąsiada. Kilka lat temu zasadziliśmy żywopłot z cisa, trawy, a wokół przydomowej oczyszczalni ścieków mamy krzewy. Przez większą cześć roku ogród jest zielony, a jesienią staje się kolorowy. Kluczowe w tym wszystkim są jednak drzewa: klon, który stoi przed domem, brzozy i sosny wzdłuż granicy działki.
Od strony sąsiada, na jego części, stoi coś jeszcze. Drugi dom, bliźniaczo podobny, prawie taki sam, choć w innej skali. Déjà vu?
– Nie, po prostu ten budynek również wyszedł spod naszej ręki – przyznaje pan Marek. – Oba były projektowane jednocześnie i w znacznym stopniu wspólnie realizowane. Elewacja części mieszkalnej też została wykonana z cegły, a garaż, jak nasz, powstał z betonu. Dom kolegi jest jednak przynajmniej trzy razy większy.
Dorota i Marek zaprojektowali swój dokładnie pod własne potrzeby. Już niedługo mogą się one okazać jednak nieco za duże.
– Ponieważ dzieci są już pełnoletnie, za chwilę zostaniemy w domu we dwójkę – prognozują właściciele.
Kto to jednak wie, co szykuje dla nas życie. Kolega też jechał przecież kiedyś na zupełnie inną działkę.
Skomentuj:
Dom z natury