Mają misję: Sadzą kwiaty i rzodkiewki

Igor Nazaruk

Architekci zieleni proponują współczesnemu mieszczuchowi ogrody na dachach, balkonach, ogrody zimowe. Wszystko ma być sterylne, bez niebezpieczeństwa pobrudzenia się ziemią. Ale nie wszystkim to odpowiada

"Miejska partyzantka ogrodnicza" oraz "Kwiatuchi" chcą jednak sadzić, kopać i przesadzać. Wypowiedziały wojnę betonowym klombom, ażurowym ceglanym śmietnikom i zadeptanej trawie. Zdaniem członków tych organizacji, żeby zasadzić kwiaty przy drodze czy ścieżce rowerowej, niepotrzebna jest biurokratyczna miejska machina. Dlatego często działają na granicy prawa.



W Zielonej Górze się udało, w Warszawie niekoniecznie

Kiedy "Kwiatuchi" zbombardowały kwietniki pod zielonogórską galerią BWA, sadząc tam rzodkiewki, poziomki i inne smakołyki, poparli ich mieszkańcy miasta, przynosząc flance i sadzonki, dzieląc się ogrodniczymi mądrościami. Potem starannie hodowali wszystko aż do zbiorów.

"Tucha", połowa kolektywu "Kwiatuchi", uważa, że jego działania, często o charakterze performance'u, próbują przełamać betonową rzeczywistość miasta. Są przyczynkiem do spotkania, dialogu, wyjściem do ludzi z czymś pięknym.

Nie chcą się ukrywać, działać nocą, liczą na pomoc mieszkańców. Nie każda akcja kończy się sukcesem, często brakuje osób, które opiekowałyby się świeżo posadzonymi roślinami. Tak było na ul. Hożej i Kijowskiej. - Przy Hożej posadziliśmy kwiaty, ale nikt ich nie podlewał - mówi "Kwiat". - Dlatego teraz czekamy na propozycję mieszkańców.

"Ogrodnicza partyzantka miejska" nie jest wymysłem bogatych dzieciaków. Partyzantami są zarówno babcie, jak i studenci - taki manifest można znaleźć na blogu Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej (mpo.blox.pl). Jak wykonać do nielegalnego siewu bombę z nasion, jak przeprowadzić krok po kroku nocną akcję wysiewu roślin w mieście - takich praktycznych porad jest na blogu wiele.

Niestety, ostatnie posty na mpo.blox.pl zostały dodane w styczniu zeszłego roku. Czy to oznacza, że partyzanci złożyli broń?

Otwarty ogród pani Katrzyny

W samym centrum warszawskiej Pragi, przy starej kamienicy, pani Katarzyna Pyrzakowska pielęgnuje wspaniały ogród.

Ośmioletnie brzozy i iglaki zapewniają cień, jednocześnie odgradzając od zalanego betonem podwórka. Skalniaczki z bylinami, alejki ze stokrotkami i z niezapominajkam otaczają ławeczkę, na której odpoczywają mieszkańcy. Wszystko starannie wypielone i zaplanowane. Na pytanie, dlaczego to robi, pani Katarzyna odpowiada: - Chcę po prostu, żeby na naszym wspólnym podwórku było ładnie. Wieczorami spotykamy się z sasiadami, rozpalamy gril, rozmawiamy i odpoczywamy. Sąsiedzi bardzo mi pomagają, nie mam samochodu, więc kiedy trzeba jechać po ziemię lub rośliny, mogę na nich liczyć.

Teresa Skubij z Zarządu Praskich Terenów Zielonych kibicuje takim inicjatywom. - Razem z koleżanką posadziłam na ul. Strzeleckiej jałowce. Jako inspektor zieleni zgodziłam się na posadzenie na rogu ul. Kawęczyńskiej i Otwockiej bratków przez Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Michałowickiej. Uważam jednak, że aby rośliny się utrzymały, niezbędne są podstawowa wiedza oraz dobra wola ludzi. Zdarzają się niestety przypadki, kiedy mieszkańcy dewastują lub kradną świeżo posadzone rośliny - mówi.

Zielone debaty i sprawy w sądzie

Jak wynika z raportu przygotowanego przez uczestników warszawskich Zielonych Debat, mieszkańcy są zainteresowani stanem miejskiej zieleni. Spotkania podczas umownych śniadań w zielonych miejscach stolicy były organizowane przez Centrum Komunikacji Społecznej m. st. Warszawy. Dobre pomysły mieli architekci krajobrazu, twórcy, urzędnicy i mieszkańcy, którzy jako użytkownicy najlepiej umieją ocenić, czy to, co proponują eksperci, odpowiada im. Nie porozumiano się jednak w sprawie ursynowskiego parku przy Bażantarni, gdzie wbrew protestom mieszkańców i organizacji ekologicznych wycięto kilkaset starych drzew. W miejscu, gdzie liczne gatunki płazów mają swoje siedliska, ma powstać park rozrywki. Joanna Mazgajska, prezes stowarzyszenia Tryton, twierdzi stanowczo: - Działania ursynowskiego wydziału ochrony środowiska są niezgodne z prawem. To krańcowa hipokryzja, wydział ochrony zajmuje się dewastacją środowiska, dlatego powołaliśmy Komisję Dialogu Społecznego ds. Środowiska Przyrodniczego i będziemy walczyć.

Listy pomogły uratować park

Ursynów nie ma dobrej opinii wśród miłośników zieleni. Kiedy w 2008 r mieszkańcy posadzili pod blokami krzewy, to wysłani przez urząd dzielnicy pilarze je wycięli. Pomysłodawca Naszego Parku, Jacek Powałka zgłosił pomysł stworzenia go, urzędnikom Ursynowa. Kazali mu wrócić za siedem lat. Ale Pan Powałka nie poddał się. Dzięki jego uporowi obrona parku stała się sprawą sasiedzką. Mieszkańcy wysłali ponad 500 listów i petycji do ursynowskiego urzędu. Dopiero to podziałało.

W Naszym Parku sąsiedzi nie tylko sadzą rośliny. Rok temu zorganizowali otwarty piknik pod hasłem "Sąsiadki rządzą w Naszym Parku". - Takie wydarzenia cementują powstałe już więzi i sprzyjają tworzeniu nowych - twierdzi Jacek Powałka. W planach kolejne przedsięwzięcia, m.in. koncerty w jubileuszowym roku Chopinowskim 2010.

P.S. Kolektyw Kwiatuchi oraz Kwiaty Na Talerzu serdecznie zapraszają wszystkich zainteresowanych mieszkańców stolicy do współpracy i przeprowadzenia kolejnych zielonych akcji.

    Więcej o:

Skomentuj:

Mają misję: Sadzą kwiaty i rzodkiewki