Styl 'gitane'

Joanna Olech

Kobieta pracująca. Samotna, z dwojgiem dzieci. Prawdziwy 'sobieradek'. Jej tupet i odwaga są kluczem do sukcesu. A mieszkanie jest tej odwagi manifestacją

Z wysokiego piętra na opolskim blokowisku obserwowała powódź. Blaszane hełmy przedwojennych kamienic ponad burą, spienioną wodą. Śródmiejska wyspa popłynęła. Na murach do dziś widać ślad - szarą smugę na wysokości dwóch i pół metra. Z dnia na dzień ceny mieszkań dotkniętych powodzią spadły. Te na górce - zdrożały. Irena od dawna nosiła się z zamiarem zamiany mieszkania.

Dzielnica na wyspie ma ten sam klimat co poznańskie Jeżyce czy wrocławskie Krzyki - solidne, mieszczańskie budownictwo z secesyjnym detalem, wieżyczki i frymuśne balkony. Nie zmienisz żarówki pod sufitem z byle stołka, trzeba lecieć po drabinę. Okna wysokie jak w kościele, drewniane schody i witraże na klatkach. Stare drzewa, ścieżki rowerowe, pobliskie zoo. Tylko ta woda. Lokatorzy z parterów, którym parkiet odpłynął przez okno, wyłożyli wszystkie podłogi kaflami i już nie zachwyca ich szum Odry.

Irena i jej mąż Assi - Holender - znaleźli 130-metrowe mieszkanie na piętrze. Było tanie, nikt się nie kwapił do kupna. W piwnicach leżał szlam, mury nie obeschły po powodzi. A w mieszkaniu - disneyland! Sztukaterie od podłogi do sufitu grubo pociągnięte 'złotolem', kominek jak tort bezowy, nisza z gipsową konchą, łoże - lotnisko z białej skóry. W kuchni równie ekstrawagancko - lipne ludwiki i lipne marmury, rżnięte szyby w kredensach. A przy tym łazienka tycia i szpetna, kibelek na klatce ukryty w tekturowym 'kiosku'. Kto tu mieszkał? Cyganie. Irena i Assi parsknęli śmiechem i szybko dobili targu. Kiedy skuli już połowę stiuków, żal im się zrobiło jarmarcznego szyku. Do ozdób z gipsowego lukru dołożyli własne: żyrandol ośmiornicę, polerowaną blachę, pstrokate kolory ścian, zelektryfikowany bukiet sztucznych kwiatów. W miejsce kiczu z pretensjami - kicz podniesiony do potęgi, rozmyślny i bezczelny. Stolik w kształcie stokrotki, snopek suszonych róż, druciany manekin ubrany w sukienkę z bibułki. Styl 'gitane', kpina ze stylu. Hulaj dusza!

Za grosze kupowali śląskie kredensy i układali z nich puzzle - połowa w salonie, połowa w pracowni. Opole jest prawdziwym eldorado dla zbieraczy. Kilka razy w roku miasto organizuje dzień wywożenia gratów i wtedy na chodniku lądują prawdziwe skarby - foteliki z lat 60., lampy, biedermeiery. Cokolwiek wnosili do domu - pasowało. Bo tu zasadą jest brak zasady.

Niebawem osuszono piwnice i odnowiono elewacje, dzielnica odzyskała blask. Zakup mieszkania na wyspie okazał się transakcją życia - cena metra wzrosła pięciokrotnie. Ale żeby nie było zbyt słodko - mąż prysnął, a Irena straciła pracę. Życie zdemolowane jak po powodzi.

Irena to rzadki egzemplarz - kobieta pomysłowa i niezłomna. Jej życiorys mógłby posłużyć za instruktaż dla bezradnych panien na rozdrożu.

Po studium pedagogicznym zdała na studia. Na pierwszym roku filologii - bęc! - niefrasobliwie zaszła w ciążę. Dziekanka, praca. Przez cztery lata składała książki na siermiężnym komputerze. O pecetach nikt jeszcze nie słyszał. Ale robota ciekawa - dużo lektur. Zaocznie skończyła studium poligraficzne w Warszawie. Pierwszy PC z myszką zobaczyła w redakcji tandetnego pisemka, które łamała - 'Świat Zbrodni'. - Uwierzysz? - śmieje się Irena. - Cóż to była za amatorska robota! Zarobiłam, kupiłam własny komputer. Ledwie go rozpakowałam. ogłoszenie w gazecie: poszukują grafika komputerowego. Poszłam. Na rozmowie kwalifikacyjnej o cokolwiek pytali, mówiłam, że umiem. I krzyżowałam palce pod stołem. No i dali mi tę pracę. Po miesiącu jedyna osoba, na której pomoc mogłam liczyć w redakcji, wyjechała do Kanady.

Dała radę, awansowała, przez pięć lat była szefową działu graficznego. Zrobiła kolejne kursy, została administratorem sieci - capo di tutti capi w komputerowej hierarchii.

Urodziła drugie dziecko, zaczęła nurkować. A że to drogi sport - skończyła kurs fryzjerski i ogłosiła się w internecie. Po pracy w redakcji robiła we własnym domu dredy i warkoczyki. Klientki przyjeżdżały zewsząd. Zarobiła na sprzęt i wyjazdy.

Szybko uświadomiła sobie, że to zajęcie lubi bardziej od pracy biurowej. Toteż kiedy redakcję, w której pracowała, rozwiązano - nie szukała posady w branży informatycznej. Oszczędności zainwestowała w kolejne szkolenie i otworzyła zakład fryzjerski. Wstawiła pstrokate meble, a że sufit był wysoki i brzydki, podwiesiła pod nim tuzin białych parasoli.

- Uwielbiam tę pracę - mówi Irena. - Na otwarciu kolega powiedział: 'Coś mi się wydaje, że tu wszystkie świry z miasta będą się zbiegać'. Miał rację. To fajne 'świry'. Przychodzą dziewczyny - wesołe, odważne (tylko odważne robią dredy). Taki zabieg trwa kilka godzin. Siedzimy, śmiejemy się, one opowiadają mi całe życie. Mówią o swoich kłopotach - balsam na moje problemy. Terapia gadaniem działa. Fotel fryzjerski jak kozetka psychoterapeuty - leczy smutki i daje poczucie wspólnoty. Mała republika kobiet.

Jakby tego było mało, Irena po godzinach projektuje strony internetowe. I gromadzi dziwne meble, które niebawem wystawi we własnej galerii



Skomentuj:

Styl 'gitane'